Oczy na wschód, na zachód marsz

Oczy na wschód, na zachód marsz

Zachłannie czytywałem kiedyś pamiętniki opowiadające o życiu na Kresach i jeszcze teraz od czasu do czasu tym się zabawiam, jak również przeglądaniem jedenastu tomów Aftanazego. Wileńszczyzna, Wołyń, Podole są mi w wyobraźni bliższe niż moje strony rodzinne czy Mazowsze, skąd moi przodkowie wywędrowali przypuszczalnie na piechotę trzysta lat temu. Czego brakuje Mazowszu, że nie pobudza marzycielstwa tak jak jeszcze biedniejsze tereny tak zwanej Litwy, czyli przeważnie Białorusi?
Nazwy mogą bardzo skrzywić wyobrażenie o rzeczach. Litwa, „ojczyzna moja, która jest jak zdrowie”, to w rzeczywistości Białoruś właśnie. Słowo Litwa przesłoniło fakt, że Wielkie Księstwo było w rzeczywistości tylko w dziesięciu procentach litewskie, a w dziewięćdziesięciu ruskie.
Jako władca Rusi litewski książę Olgierd spierał się w pewnym okresie z władcą Moskwy o prawo „zbierania” ziem ruskich, co dziś wprawia w zakłopotanie historyków litewskich. Dzięki unii polska i polskojęzyczna szlachta opanowała – nie od razu, lecz stopniowo – wielki obszar między Bałtykiem a Morzem Czarnym zamieszkany przez ludność ruskojęzyczną i prawosławną.
„Tradycja jagiellońska” – to brzmi dumnie i jakoś miło, jeśli jednak przyjrzeć się temu dokładniej, zobaczy się zdecentralizowaną tyranię, twarde, bezwzględne panowanie polskich posiadaczy ziemskich nad ludem ruskim, który w odwecie co kilka pokoleń zrywał się na Ukrainie do równie bezwzględnego buntu i sprawiał szlachcie krwawą łaźnię. Po której następował okrutny odwet. Opisana przez Zofię Kossak pożoga, jaka nastąpiła po upadku porządku carskiego, oraz rzezie Polaków w latach 40. poprzedniego wieku zakończyły historyczny cykl ucisku, buntu i odwetu. Taka jest podstawowa treść „tradycji jagiellońskiej”, a rzekoma wielokulturowość i jeszcze bardziej rzekoma tolerancja to patriotycznie zmyślone kwiatki przyczepione do baraniego kożucha. Od zmistyfikowanej „tradycji jagiellońskiej”, sztucznie rewitalizowanej w III i IV RP, trzeba stanowczo się odciąć.
Najbardziej malowniczo i wzruszająco przedstawia życie szlacheckie na Litwie Henryk Rzewuski w nostalgicznych „Pamiątkach Soplicy”, będących czymś w rodzaju „Pana Tadeusza” prozą. W Polaku lektura tej książki wywołuje błogi nastrój, a nieraz uśmiech przez łzy. Inaczej czytał szwajcarski profesor slawistyki, którego wykładu kiedyś wysłuchałem. Jego zdaniem Rzewuski napisał dowcipną, ale demaskatorską satyrę, a przedstawiona przez niego szlachta z Radziwiłłem na czele to przeważnie pijani półbarbarzyńcy.
O ten jagielloński spadek Polacy w XIX w. wywołali dwa powstania i nie wyrzekli się go jeszcze po pierwszej wojnie światowej.

Czytając artykuł ministra Radosława Sikorskiego w „Gazecie Wyborczej”, gdzie dystansuje się on od tradycji jagiellońskiej, podkreślając jej klęskę cywilizacyjną oraz polityczną bezużyteczność, pomyślałem, że autor proponuje, w języku nieco ezopowym, bardzo odważną reorientację polskiej polityki. Pomyślałem też, jakich znajdzie zwolenników i czy w ogóle ich znajdzie w klasie politycznej. Poza tym nie można było mieć pewności, czy dobrze się zrozumiało jego wyrażenia idiomatyczne, takie jak np. „jagiellońskie ambicje mocarstwowe”, dziś dające o sobie znać. Jeżeli tekst jest trochę niejasny, ale zawiera ważną myśl, to będzie on dookreślony przez polemistów. Z tą nadzieją zabrałem się do czytania artykułu marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego („Gazeta Wyborcza”, 22 września). Istotnie, dookreśla on myśl Sikorskiego, niestety sprowadza dyskusję na zbyt symplicystyczny poziom, ograniczając się do prostego podtrzymywania stanowiska, które było zakwestionowane, i nie dodając na jego obronę nowego argumentu. Wszystko, co miał do powiedzenia, dało się zawrzeć w tytule: „Pamiętajmy o Ukrainie i Białorusi, razem tworzyliśmy I Rzeczpospolitą”. Jako marszałek Sejmu nie bardzo przykładał się do pamiętania o Ukrainie, raczej przeciwnie, tłumił próbę PSL upamiętnienia najwięcej mówiącego zdarzenia w historii stosunków polsko-ukraińskich. I Rzeczpospolitą „razem tworzyliśmy” w taki sposób, że Polska wraz z politycznym przesunięciem się na wschód uległa uwstecznieniu cywilizacyjnemu i stała się w końcu dziwolągiem politycznym, kawałkiem Orientu w Europie, jak pisał Carl von Clausewitz. Marszałek Komorowski zapewnia: „Do naszej tradycji należą setki lat demokracji, parlamentaryzmu, konstytucjonalizmu i doświadczeń wspólnotowości europejskiej w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów”. To są poglądy wzięte z najbardziej ciemnego nurtu samochwalczej publicystyki historycznej, z „Ducha dziejów Polski” Chołoniewskiego, z naiwnie neoromantycznego kadzenia sobie, jakim była książka Górskiego „Ku czemu Polska szła” i tym podobnej „historiozofii”, która dziś się odrodziła, nie wiadomo jakim sposobem. Poglądy Komorowskiego, który był podobno nauczycielem historii, pozostały nietknięte ani działaniami krakowskiej szkoły historycznej, ani badaniami Konopczyńskiego, ani w ogóle poważną nauką historii. Z „gotowców” nacjonalistycznej polityki historycznej, z oklepanek „patriotycznych”, jakie kładziono do głowy małym i dużym dzieciom w czasach narodowego ucisku, składa się większa część artykułu. Widzimy tu inteligenta nowego typu, który nie zna polskiej tradycji intelektualnej; nawet jeśli czytał Pawła Popiela i Aleksandra Świętochowskiego, Bobrzyńskiego i Brzozowskiego, to nie odniósł z tej lektury żadnej korzyści. Skoro tak bardzo wlepił wzrok w Ukrainę, to powinien był przeczytać „Trójkąt ukraiński” Daniela Beauvois, ale śladów tej lektury w jego rozumowaniu także nie widać. Przywiązany wyobraźnią do „jagiellońskiego” wschodu, mówi niewiarygodnie o „ciążeniu Polski ku twardemu rdzeniowi Europy”.

Marszałek Komorowski pisze z naganą o „zdominowaniu naszej części świata przez logikę „wojny jako polityki prowadzonej innymi metodami”. Zasada Carla von Clausewitza święciła (…) triumfy. Podbijanie słabszych uchodziło w autorytarnych reżimach za prawo niemal oczywiste…”. Podbijanie słabszych nie wynika z żadnej zasady i nie jest przypisane do jakiegoś okresu czy ustroju. To polityczne prawo grawitacji.
Przywołana zasada Clausewitza nie jest ani usprawiedliwieniem wojny, ani nawoływaniem do niej. Przeciwnie, służy względnemu jej ucywilizowaniu. Znaczy ona tyle: jeżeli wojna jest jakościowo odmienna od polityki, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby dochodziło do wojny absolutnej, mającej na celu totalne zniszczenie przeciwnika. Jeżeli natomiast wojna jest tylko środkiem, a nie celem samym w sobie, to uznaje jakieś wspólne dobro, tak jak każda polityka, a w szczególności zakłada współistnienie z przeciwnikiem po wojnie. Jest ograniczona w swoich celach jak polityka i pragmatyczna jak polityka. Jej ostatecznym celem, jak celem polityki, jest pokój w różnorodności, a nie totalne unicestwienie wroga. Sprzeczna z koncepcją Clausewitza jest wojna prowadzona środkami politycznymi. Jest to działanie zafałszowane co do swojej istoty, obliczone na zniszczenie wroga lub wyrządzanie mu ciężkich szkód metodami politycznymi. Bywają takie sytuacje, kiedy wrogość między państwami nie może przybrać formy otwartej wojny, wówczas polityka, przy zachowaniu pozorów, zastępuje wojnę. Parodią takiego stanu rzeczy jest, na przykład, obecna wojna Polaków z Rosją prowadzona środkami polityki historycznej.

Wydanie: 39/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy