W ojczyźnie Papkina

W ojczyźnie Papkina

Politycy zachodni mają problem: co zrobić, żeby Kaczyńscy mogli wyjść z twarzą z sytuacji, jaką sobie stworzyli. Widać na tym przykładzie, jak wiele zmieniło się w Europie dzięki ucywilizowaniu stosunków między narodami. Dawniej każdy polityk sam musiał się troszczyć o to, żeby nie stracić twarzy. W Polsce pojawiła się generacja polityków – nie chodzi przecież tylko o Kaczyńskich – dla których coś takiego jak utrata twarzy w ogóle nie zachodzi. Działają oni na arenie międzynarodowej z uzasadnionym poczuciem, że cokolwiek zrobią na przekór innym, nic złego ich nie spotka, ponieważ ci inni do swojego interesu włączają troskę o to, żeby Polacy się nie skompromitowali. Mamy więc rząd specjalnej troski.
Gdyby premier Kaczyński nie był pewien, że premierzy Słowacji i Węgier nie są lepiej wychowani od niego, toby sobie nie pozwolił na publiczne ich strofowanie. I nie pomylił się. Nie odpłacili mu pięknym za nadobne. Potrafili utrzymać fason dyplomatyczny, co przeważnie jest ponad siły polskich polityków.

*

W Unii Europejskiej codziennością jest ucieranie się sprzecznych interesów. Król Wstydliwy byłby złym reprezentantem swojego kraju w Brukseli, bo z pewnością nie chciałby zniżać swojego majestatu do obrony trywialnych interesów. Bracia Kaczyńscy nie są ani majestatyczni, ani wstydliwi i z tego względu mogliby być bardzo użyteczni w starciach o interesy, niestety, nie wiedzą, co jest interesem rzeczywistym, a co urojonym. Walka o „pierwiastek”, którą toczą z poświęceniem narażającym zagranicznych partnerów na konieczność bronienia polskiego rządu przed utratą twarzy, jest walką o drobiazg niewarty uwagi. A o co warto się bić, przynajmniej z punktu widzenia ich „systemu wartości”? Zawarta w projekcie traktatu konstytucyjnego Karta Praw Podstawowych z pewnością w niejednym punkcie jest sprzeczna z tym ich systemem wartości, który skądinąd chcieliby narzucić całemu społeczeństwu. Angielski rząd, wiedząc, „co jest grane”, a grane jest narzucanie krajom członkowskim praw socjalnych i innych, które mogą być nieprzystosowane do potrzeb, chęci i możliwości wielu krajów, na tę Kartę się nie zgadza. I to jest główny problem sporny, a nie jakiś „pierwiastek”, zabawka dla matematyków. Anglia rozgrywa ważną kwestię po cichu, Polska narobiła hałasu z powodu drobiazgu. W Londynie rządzi rejent Milczek, a w Warszawie Papkin.
Zarówno Londyn, jak Warszawa nie są zainteresowane w postępach integracji Europy, nie mówiąc już o federacji jako celu. Ale ta sama polityka jest mądra z angielskiego punktu widzenia i ciężko szkodliwa z polskiego. Anglia od najdawniejszych czasów jest najlepiej rządzonym i urządzonym krajem w Europie i słusznie się tam sądzi, że na upodobnieniu się do innych krajów może stracić. Polska natomiast od co najmniej czterech wieków jest słusznie uważana za najgorzej rządzony i urządzony kraj, i na gwałt potrzebuje ratunku w porządku europejskim. Perspektywa federacji europejskiej powinna być ideą przewodnią polskiej polityki.

*

Walka o „chrześcijaństwo” w preambule traktatu miałaby sens, gdyby chodziło o nierozszerzanie Unii poza granice Europy chrześcijańskiej. Tymczasem polski rząd trochę na żądanie Ameryki, a trochę wskutek własnej nierozwagi obstaje za przyjęciem Turcji. Ani rząd Millera-Kwaśniewskiego nie raczył, ani rząd braci Kaczyńskich nie raczy wytłumaczyć się przed społeczeństwem z tej sprzeczności.

*

Zaraz po odzyskaniu niepodległości zaczęły odradzać się najgorsze cechy staropolszczyzny. Ktoś może myśleć, że I Rzeczpospolita ulegała totalnej degeneracji, bo widocznie nie radzono nad jej uzdrowieniem. Otóż radzono, i to bardzo namiętnie. Radzono wszędzie, w Sejmie, w kościołach podczas sejmików, w trybunałach, w zgromadzeniach ad hoc i gdzie się tylko dało. Mówili wszyscy po kolei albo razem, jedni mądrze, drudzy głupio i przeważnie nikt nie był ciekawy tego, co mówi drugi, jak obecnie w telewizyjnych dyskusjach dziennikarzy. „Idą zatem dyskursa tonem statystycznym, o miłości ojczyzny, o dobru publicznym, o wspaniałych projektach, mężnym animuszu, kopiem góry dla srebra i złota w Olkuszu, reformujemy państwo, wojny nowe zwodzim, tych bijem wstępnym bajem, z tamtymi się godzim, a butelka nieznacznie jakoś się wysusza”. Jeden z najmądrzejszych ludzi swojej epoki, Stanisław Konarski, doszedł do wniosku, że wszelkie reformy w Polsce, państwie republikańskim trzeba zacząć od sposobu obradowania, co wyłożył w dziele „O skutecznym rad sposobie”. Gdyby się we mnie obudził reformator, dziś także bym od tego zaczął. Mówcy, czy to w Sejmie, czy na zebraniach rad naukowych, czy w jakimkolwiek innym miejscu, nie czują ze strony słuchaczy wymagań co do ścisłości, dorzeczności, logiki wywodów i argumentów. Nikt, no powiedzmy ściślej: wielu nie odczuwa potrzeby zweryfikowania swoich przekonań politycznych i nie słucha argumentów. Poglądy się ma po to, aby trwać w swojej „tożsamości” antykomunisty, liberała, narodowego konserwatysty czy lewicowca. Przy powszechności takich postaw naradzanie się w gronach większych niż paroosobowe w ogóle nie dochodzi do skutku. Kariery robią ludzie bezmyślni a gadatliwi, których słowotoku nikomu nie chce się przerwać i zapytać ich, o co chodzi?

 

Wydanie: 26/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy