Okrągły Stół z powyłamywanymi nogami

Okrągły Stół z powyłamywanymi nogami

Program drugiej dekomunizacji umożliwi po wyborach koalicję trzech partii, skądinąd (w drugorzędnych dla nich kwestiach) skłóconych: Platformy Obywatelskiej z Rokitą i Tuskiem na czele, PiS-u braci Kaczyńskich i Ligi Polskich Rodzin. Ten program dziś przez PiS i LPR głoszony z całą otwartością, w kampanii wyborczej zostanie złagodzony albo ukryty, po wyborach wróci jako jedyna idea przewodnia postsolidarnościowej koalicji. Rozpoznanie rzeczywistości jest takie: mimo zmiennych wyników wyborów przez czternaście lat niezmiennie rządziły „układy” okrągłostołowe (według jednego stylu) czy postkomunistyczne (według innego). Wskutek tego majątek narodowy został rozkradziony (według LPR), kapitalizm obrócony na korzyść komunistów (PiS), a zbrodnie PRL-u nie zostały ukarane (wszystkie trzy partie).
Partie przyszłej koalicji trafnie wyczuwają, że znaczna część ludności jest znudzona tym, co się dzieje, i pragnie jakiejś silniejszej podniety. Niechby to była przynajmniej obietnica „szarpnięcia cugli”; później się zobaczy, co to jest i czy wystarczy.
W Polsce mniej więcej co 10-12 lat następowały większe lub mniejsze wstrząsy, zwroty, przewroty, zmiany ekip rządzących i stylu rządzenia. Nie twierdzę, że jest to spiżowe prawo historii, ale empirycznie tak się działo. Potrzeba politycznego zwrotu dawała się silnie odczuć już w końcowej fazie rządów Buzka. SLD, obiekt nieustającego ataku propagandowego, jawił się wielu wyborcom jako partia bliższa społeczeństwu niż inne i gotowa do dokonania zwrotu w polityce, rozliczenia obozu solidarnościowego za wyprzedaż przemysłu cudzoziemcom, „złodziejską prywatyzację”, za bezrobocie, nierówność itp. Sojusz Lewicy Demokratycznej objawiał zachcianki spełnienia tych oczekiwań, ale prezydent, który czuł się odpowiedzialny za to, co się stało, i aprobował dokonane zmiany, od razu te zachcianki Sojuszowi wyperswadował. Leszek Miller widząc, jak prezydentowi się dobrze dzieje, postanowił go naśladować i bardzo szybko zrezygnował z lewicowego programu. Wyspowiadał się przed „Gazetą Wyborczą” raz i drugi i popełnił inne gesty, które przyniosły mu utratę poparcia wśród wyborców, a zwłaszcza członków SLD. Rządząc w sposób nieróżniący się od polityki prawicowych przeciwników, Sojusz nie widział ani naglącej potrzeby, ani możliwości, ani zdolności nie miał, aby z nimi walczyć na płaszczyźnie politycznej i ideowej. Zachowywał się tak, jakby nie miał przeciwników, a jednak ich miał. Ci skorzystali z tego, że zostawił ich w spokoju i przypuścili na niego atak propagandowy jako na organizację przestępczą, przeżartą korupcją i kolesiostwem, zawłaszczającą państwo. Aura potępienia wytworzona wokół Sojuszu przez media znakomicie ułatwi zadanie dekomunizatorom z prawicowej koalicji. Gdyby nawet prowadzili politykę rujnującą, będzie to usprawiedliwione, bo postkomunistyczne układy trzeba zniszczyć za wszelką cenę. Potem się wszystkim poprawi.
Niektórzy mówią, że druga dekomunizacja nie dojdzie do skutku, ponieważ ten zamiar opiera się na błędnym rozpoznaniu rzeczywistości i jest oczywistym anachronizmem. Można się z tym zgodzić tylko częściowo. Nigdy nie jest tak, jak politycy sobie planują. Cel nie będzie osiągnięty, ale działania mające do niego prowadzić zostaną rzeczywiście podjęte i wywołają, mówiąc językiem taktyków wojskowych NATO, szkody uboczne. I nic więcej poza nimi. Można już z grubsza wskazać, kto będzie należał do szkód ubocznych: biznesmeni i menedżerowie, którzy się wzbogacili bez pozwolenia partii posierpniowych.
Żeby przypuszczalna koalicja mogła robić to, co zapowiada, w kraju musi zapanować klimat irracjonalizmu i oderwania od rzeczywistości. Taki klimat jest już usilnie wytwarzany. Szpiegomania panuje jak w najgorszym okresie stalinizmu. Rusofobia przybiera takie natężenie, że obserwator nieznający polskiej nieodpowiedzialności, tromtadracji i zamiłowania do blagi może pomyśleć, że polska armia lada dzień wyruszy przeciw Rosji, zmiatając po drodze reżym Łukaszenki i wioząc w taborach Samozwańca Anty-Putina. Nie lepszy los czeka naszych zachodnich sąsiadów. Głosem Donalda Tuska i innych umiarkowanych polityków oznajmiliśmy, że druga wojna światowa dopiero teraz się skończy, jeżeli Niemcy spełnią nasze żądania. Obalamy cały układ powojenny i stajemy oko w oko z Niemiecką Republiką Federalną, tak jak nas Pan Bóg stworzył, nieskrępowani żadnymi traktatami Bierutowskimi. I dopiero w tym drugim zakończeniu wojny światowej już jako zwycięzcy żądamy reparacji wojennych. Ewentualnie robimy ustępstwo i zadowalamy się odszkodowaniami rządu niemieckiego dla klientów pana Pawelki i jego Pruskiego Powiernictwa. (SLD okazał się do tego stopnia trzęsącą się galaretą, że się do tego szaleństwa dopisał).
Z takim poczuciem rzeczywistości, z taką logiką przyszła koalicja będzie prowadzić politykę wewnętrzną, dekomunizować, zwalczać układy okrągłostołowe i tworzyć IV Rzeczpospolitą.
Gdy sprawy publiczne idą źle, a głos rozsądku nie może przebić się przez triumfujące kłamstwa, nie pozostaje nam wiele więcej, jak powiedzieć sobie: cała nadzieja w młodych, oni uzdrowią kraj. Niestety, pokolenie, na które teraz kolej, jest jeszcze gorzej przygotowane do rządzenia niż to, które ma być zluzowane. Z pewnością jest ono wystarczająco bystre, by się uczyć, jak dochodzi się do pieniędzy, ale jego pojęcia polityczne wywodzą się z pism drugiego obiegu, z literatury propagandowej i polemicznej, która uczyła, jak podły i głupi jest wróg, ale nie uczyła szacunku dla faktów.

Wydanie: 44/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy