Okrągły Stół – wielka gra Jaruzelskiego

Okrągły Stół – wielka gra Jaruzelskiego

Generał wiedział, że wszystko będzie musiał wziąć na siebie

Gdy patrzymy dziś na Okrągły Stół, wielkie, przełomowe wydarzenie, to tak, jakbyśmy widzieli wierzchołek góry lodowej. Pamiętamy pierwszy dzień, kiedy gen. Kiszczak witał się z przybyłymi, pamiętamy migawki z obrad, może i dzień ostatni, wraz z przedłużającą się przerwą. Niektórzy dodają do tego Magdalenkę… I na tym koniec. Tymczasem historia Okrągłego Stołu, sam proces dochodzenia do niego, to temat na polityczny thriller.

Czas mrozu

W polityce, żeby dana sprawa mogła zaistnieć, muszą być odpowiednie okoliczności. Europa Środkowa, przynajmniej do marca 1985 r., czyli do śmierci Konstantina Czernienki i przejęcia władzy na Kremlu przez Michaiła Gorbaczowa, była w epoce mrozu. Obowiązywały twarde zasady socjalistycznej jedności, przystemplowane doktryną Breżniewa.

Została ona przyjęta w roku 1968, po interwencji w Czechosłowacji, i głosiła, że w krajach Układu Warszawskiego obowiązuje ograniczenie suwerenności państw członkowskich na rzecz interesów wspólnoty socjalistycznej (w praktyce ZSRR). Pisała o tym „Prawda”, mówił Andriej Gromyko, wieloletni szef radzieckiej dyplomacji. Mówił też o tym na V Zjeździe PZPR, w listopadzie 1968 r., Leonid Breżniew: „Wspólnota socjalistyczna jako całość ma prawo do interwencji na terytorium każdego państwa członkowskiego bloku socjalistycznego w sytuacji, gdy wewnętrzne lub zewnętrzne siły, wrogie wobec socjalizmu, usiłują zakłócić rozwój tego kraju i przywrócić ustrój kapitalistyczny”. Te słowa organizowały życie polityczne w państwach regionu.

Aż do momentu, kiedy przyszedł Gorbaczow. Opowiadał mi o tym Józef Czyrek, który chyba jako pierwszy z Biura Politycznego PZPR poznał Gorbaczowa. Było to w Portugalii, w roku 1984, podczas zjazdu tamtejszej partii komunistycznej. Gorbaczow był przewodniczącym delegacji KPZR. – Spotkaliśmy się wieczorem, w nieformalnej atmosferze, zaskoczył mnie, że jest tak otwarty i tak krytyczny wobec sytuacji wewnętrznej w ZSRR – wspominał Czyrek. – Mówił otwarcie, że gospodarka stoi, że to długo nie pociągnie. Po powrocie opowiedziałem o nim generałowi. Pomyślał trochę i powiedział: „To zaproś go do Warszawy”. Zacząłem więc zapraszać. Ale zanim procedury ruszyły, umarł Czernienko.

Pierestrojka

Gorbaczow nie pojawił się znikąd, w gronie przywódców ZSRR był liderem grupy, która uważała, że imperium musi się odnowić, że trzeba dokonać zmian. Odnowić, czyli zamknąć te sprawy, które są balastem, i otworzyć się na świat. Nowe myślenie zakładało rezygnację z wyścigu zbrojeń, wycofanie się z Afganistanu i z Europy Środkowej, wraz ze zgodą na zjednoczenie Niemiec. Ekipa Gorbaczowa traktowała te działania nie jako porażkę radzieckiej polityki, tylko jako przystosowanie się do nowej rzeczywistości.

Wyścig zbrojeń? Po co wydawać na kolejne rakiety, skoro już te, którymi Moskwa dysponuje, wystarczą do kilkukrotnego zniszczenia Ziemi? Wojciech Jaruzelski mówił mi, jak wspomagał Michaiła Gorbaczowa radą w jego dyskusjach z radzieckimi marszałkami (było to już później, gdy się zaprzyjaźnili). Gorbaczow pytał go jako wojskowego o siłę arsenałów. – Odpowiadałem mu, że to wystarczy na kilka wojen. A wojskowym to zawsze mało.

Zwrotem była decyzja o wycofaniu się z Europy Środkowej i zgoda na zjednoczenie Niemiec. Zamysł był prosty – Gorbaczow widział, że ze strony Europy nic ZSRR nie zagraża, a w razie czego Moskwa ma wystarczającą liczbę rakiet, by czuć się bezpiecznie. Europa Środkowa? Jedynie ciąży. Utrzymanie wojska, pomoc dla tamtejszych władz – to wszystko kosztuje, a pożytku z tego niewiele. Zjednoczenie Niemiec? Otworzyłoby możliwości rozwoju wielkiej rosyjsko-niemieckiej współpracy. Bo jedni mają technologie, a drudzy surowce. Te plany nie do końca się powiodły, choć ich odpryskiem jest m.in. Nord Stream 2, ale istnieje w obu społeczeństwach silny mit niemiecko-rosyjskiej współpracy i wielkich korzyści z niej wynikających.

Takie były zamiary Gorbaczowa, trzeba jeszcze było je przeprowadzić. A to wymagało, zwłaszcza jeśli chodzi o zjednoczenie Niemiec, współpracy z Amerykanami. Należało również złamać opór rosyjskich marszałków, którzy nie rozumieli, dlaczego wojsko miałoby ewakuować się na wschód. O ich mentalności znakomicie opowiadał Wojciech Jaruzelski na spotkaniu w hotelu Hyatt z okazji swoich 90. urodzin: – Miałem bardzo ciekawą rozmowę z ówczesnym ministrem obrony Związku Radzieckiego, marsz. Dmitrijem Ustinowem. Powiedział ciekawą rzecz: „My mamy trzy fronty. Dzisiaj jest front polski, jest front afgański, który właściwie jest dla nas jak pryszcz na nosie, my to załatwiamy zupełnie marginalnie, i zarysowuje się coraz bardziej front chiński”. A to był taki czas, kiedy wiceprezydent Bush złożył wizytę w Chinach, padły tam wzajemne deklaracje dostaw uzbrojenia itd. I Ustinow mówił: „Jaki front w pierwszej kolejności trzeba zlikwidować? Który najbardziej zagraża? Wasz! To jest racja bytu Układu Warszawskiego! Bez Polski nie ma Układu Warszawskiego, nie ma NRD. Kluczowe rzeczy!”. Doskonale to rozumiałem. Nie dlatego, że oni byli tacy źli, drapieżni, chcieli do tej Polski wkraczać. Ale to była nieubłagana logika tamtego czasu, myśmy musieli ją rozumieć.

Oko na Wschód

Opowiadał mi Józef Czyrek, jak już w czasie pierestrojki spotkał się z jednym z zaprzyjaźnionych skandynawskich dyplomatów. Rozmowa była dla niego szokująca. – To pan nic nie wie? – dziwił się jego rozmówca. – Przecież wszystko jest już dogadane między Moskwą a Waszyngtonem, jest zgoda na zjednoczenie Niemiec. Amerykanom to odpowiada, bo liczą, że Niemcy stracą 15-20 lat na odbudowę wschodniej części, więc ich światowa ekspansja przyhamuje. A Rosjanie liczą na pomoc w odbudowie gospodarki.

Czyrek o tej rozmowie natychmiast poinformował Jaruzelskiego. W odpowiedzi usłyszał: „Musimy się temu przyglądać”.

Jaruzelski doskonale zdawał sobie sprawę, że przemiany w ZSRR zmieniają również jego pole manewru. A wiedział, że go potrzebuje, choćby po to, żeby ruszyć gospodarkę. Wspierał więc Gorbaczowa, jednocześnie obserwując jego sytuację polityczną. Chciał wiedzieć, jakie Gorbaczow ma plany, czy jest w stanie je realizować, czy nie zmieni zdania. I czy jest siła, która może go obalić.

Czesław Kiszczak, pytany o tamten historyczny moment, przywoływał swoją wizytę w Moskwie. Z płyty lotniska odbierał go bezpośrednio szef KGB gen. Władimir Kriuczkow – to był rok 1988 – i już w samochodzie mu opowiadał: że Gorbaczow jest fatalny, że idzie od klęski do klęski, że tak się nie da… – Słuchałem tego i nie wiedziałem, jak się zachować – mówił Kiszczak. – Szef KGB, szef ochrony Kremla, takie rzeczy opowiada o swoim szefie! Było wiadomo, że pozycja Gorbaczowa wisi na włosku.

Innym narzędziem, którego używał Kiszczak, była grupa „Wisła”. Zainstalowana w ambasadzie w Moskwie niewielka komórka oficerów polskiego kontrwywiadu, której rolą była współpraca z radzieckim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, żeby w razie jakichś spraw dotyczących pracujących lub studiujących na terenie ZSRR Polaków mieć szybki kontakt. Pod koniec lat 80. szef tej grupy miał jeszcze jedno zadanie – zbierać informacje o nastrojach kadry ministerstwa, o ich stosunku do Gorbaczowa. Okazji do rozmów, oficjalnych i nieoficjalnych, nie brakowało.

Te informacje oficer przekazywał Kiszczakowi osobiście, ustnie, podczas wizyt w Warszawie, wtedy też odbierał rozkazy. Nie wolno mu było korzystać w tych sprawach z systemu łączności ambasady. Wszystko odbywało się tylko w gabinecie ministra i „na gębę”. Można więc powiedzieć, że jeśli chodzi o ZSRR i pozycję Gorbaczowa, ekipa Jaruzelskiego miała dobre rozeznanie. – Jaruzelski był jak kot. Zawsze tą łapą sprawdził, zanim się posunął – to częste porównanie Stanisława Cioska. A chciał się posunąć…

Decyzja

Atmosferę tamtych czasów odtwarza Andrzej Gdula, wtedy sekretarz KC PZPR, kierownik Wydziału Społeczno-Prawnego KC. – Gospodarka stała, bo sankcje i zła sytuacja gospodarcza Rosji. Nie było szans, żebyśmy mogli zrobić coś więcej. Jaruzelski szukał więc różnych rozwiązań. Tworzył Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, Radę Konsultacyjną, urząd rzecznika praw obywatelskich… Ale to nie było to. Miał poza tym przeciw sobie opór materii, czyli jakiejś części członków aparatu partii, którzy mówili: „Jest dobrze, pokonaliśmy wroga. Solidarność, Wałęsa, oni się nie liczą! Wszystko się zablokowało”.

A jednocześnie Gorbaczow coraz częściej mówił: „Każdy niech szuka rozwiązań na własną rękę. Doktryny Breżniewa już nie ma”. Zgoda, mówił, na ile jednak szczerze, a na ile był to propagandowy trik? A jeżeli nawet mówił z przekonaniem, to co na to inni w kierownictwie ZSRR? Czy Gorbaczow się utrzyma? Te pytania pod koniec lat 80. stawały się pytaniami podstawowymi.

– W mniejszym gronie, kiedy przygotowaliśmy się do wysłuchania „Dziennika”, zapytałem Jaruzelskiego, czego najbardziej się boi – opowiada Andrzej Gdula. – A on odpowiedział tak: „Kocham Rosjan, to są dobrzy ludzie. Ale mam zupełny brak zaufania do działań imperium i władz. Przerobiliśmy Węgry, przerobiliśmy Czechosłowację. A polskiej krwi już tyle przelaliśmy w historii, że nie powinniśmy jej więcej przelewać. Nigdy bym sobie tego nie darował. Dlatego – spokojnie”.

Kiedy nastąpił przełom? Wszystko wskazuje na to, że latem 1988 r. Najpierw wiosną przetoczyła się przez Polskę fala strajków. Dość łatwo przez władze stłumiona. – Po tych strajkach, które przegrali, oni już wiedzieli, że nie poderwą klasy robotniczej, nie odtworzą dawnej Solidarności – mówi Gdula. – A my? My także wiedzieliśmy, że gdyby fala się rozlała, nie mamy żadnych sił, żeby ją zdławić. Rozmawiałem z szefami wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych. Jak będzie fala, to tylko rozwiązanie polityczne – oceniali. Drugi raz już się nie da zrobić czegoś takiego jak stan wojenny.

W lipcu z sześciodniową wizytą przyjechał do Polski Michaił Gorbaczow. Witano go chlebem i solą, miał m.in. spotkanie z grupą intelektualistów i ludzi kultury bliskich Solidarności, Andrzej Rosiewicz śpiewał mu „Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir”.

Wizytę kończyło posiedzenie Doradczego Komitetu Politycznego Państw Stron Układu Warszawskiego. I tam Gorbaczow mówił wprost: „Każdy niech szuka rozwiązań na własną rękę, każdy ma prawo do takiego państwa, jakie uważa za konieczne. I deklaruję, że my, jako Związek Radziecki, nie będziemy interweniować”.

– Gorbaczow już wyjechał, Jaruzelski wezwał mnie i Czyrka – wspomina Gdula. – Słuchajcie, siądźcie, pracujcie nad tym, trzeba znaleźć formułę. Jeszcze nie było pomysłu Okrągłego Stołu, szukaliśmy inaczej, padała nazwa paktu antykryzysowego, były też inne… Na innych stołach pracowali inni. Dzielna trójka: Ciosek, Pożoga i Urban, pisała, że trzeba wymienić Messnera na Rakowskiego.

Jaruzelski miał karty na stole. Miał obietnicę Gorbaczowa, że ZSRR nie będzie w Polsce interweniował. I oceniał, że w najbliższym czasie nic jego władzy nie zagraża.

Miał do wyboru trzy warianty. Mógł nic nie robić, odgrywać rolę twardego obrońcy socjalizmu jak Gustáv Husák czy Erich Honecker. Oni chcieli przeczekać Gorbaczowa. A gdy dostali z Moskwy wolną rękę, by działać, jak chcą, Honecker natychmiast zakazał sprzedaży w NRD rosyjskiego „Sputnika”. Drugi wariant w jakimś sensie podpowiadał Rakowski, a zwłaszcza jego minister gospodarki Mieczysław Wilczek. Streszczało to podejście późniejsze powiedzenie Rakowskiego, że Polacy od Okrągłego Stołu wolą stół zastawiony – a więc reformy gospodarcze przy wstrzymaniu reform politycznych.

No i był trzeci wariant, który Jaruzelski, chyba bez jakiegokolwiek wahania, wybrał – Okrągły Stół, rozmowy z opozycją.

Dlaczego tak? Moi rozmówcy odpowiadali dość zgodnie. Generał był już do rozmów z opozycją dobrze nastawiony. Od roku 1987 kontaktowali się ze sobą Józef Czyrek i Andrzej Stelmachowski. Panowie regularnie się spotykali, toczyli rozmowy, które przebiegały w dobrej atmosferze. Grupa trzech – Ciosek, Pożoga, Urban – podpowiadała w opracowaniach konieczność dogadania się z opozycją. Podobne głosy docierały z MSW. – Biuro Analiz Wojciecha Garstki od połowy lat 80. sugerowało, że z opozycją trzeba się dogadać, bo nie da się jej zwalczyć – mówi Andrzej Anklewicz, wtedy pracujący w Gabinecie Ministra Spraw Wewnętrznych. Sam generał uważał, że to najlepsze rozwiązanie, chciał zamknąć etap zimnej wojny domowej.

Poza tym takie miał poglądy – najbliższa była mu wizja wspólnoty narodowej, współpracy różnych sił, pewnie wyniesiona jeszcze z czasów edukacji u księży marianów.

Jednym z mitów jest to, że poszerzając grono uczestników Okrągłego Stołu o OPZZ Alfreda Miodowicza i tzw. stronnictwa sojusznicze, generał zamierzał wzmocnić obóz rządowy. Strona rządowa w tamtym czasie była wystarczająco silna, mówiąc cynicznie, wojskiem i MSW, więc innych pomocników nie potrzebowała. Bo efektywniej dogadywała się z opozycją sama. Chodziło o wciągnięcie do wspólnoty jak najwięcej sił, żeby była ona jak najszersza i jak najmniej kwestionowana.

Z drugiej strony stąd brał się irracjonalny strach obozu władzy przed Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem – bo uważano ich za nieprzejednanych wrogów. Jaruzelski obawiał się, że ich jedynym celem będzie rujnowanie jakichkolwiek szans na umowę. Być może też obawiał się reakcji Moskwy. Niepotrzebnie.

W efekcie poza Okrągłym Stołem znalazły się tylko niewielkie grupy opozycji, np. Solidarność Walcząca Kornela Morawieckiego, i grupka działaczy PZPR. Tych, którzy od razu zdawali sobie sprawę, że jest to demontaż systemu i kierowniczej roli partii. – Stanisław Kociołek przestał podawać mi rękę, odwracał się plecami na mój widok – opowiada Gdula. – Mówił: „Nastąpiła zdrada państwa socjalistycznego, zamach stanu”.

Ale na więcej nie miał sił.

MSW? Andrzej Anklewicz: – Resort był przez te 10 lat całkowicie zdyscyplinowany przez ministra. Wewnątrz resortu nie było nawet ułamka myśli, żeby coś zrobić nie tak.

PZPR? Na słynnym X Plenum KC (20-21 grudnia 1988 r., 16-18 stycznia 1989 r.) zgodziła się na rozmowy z opozycją. Oficjalne rozmowy. A to oznaczało jedno – uznanie Solidarności, jej powrót. Bo nie można z kimś rozmawiać przed kamerami, a potem wsadzać go do więzienia.

Przed Okrągłym Stołem

Opozycja, zdaje się, niezbyt szybko to pojęła. Ze wspomnień jej przedstawicieli wynika, że główną jej troską było nie dać się „wciągnąć” w firmowanie reform gospodarczych, w rządzenie.

Dynamika, którą uruchomił Okrągły Stół, zaskoczyła więc wszystkich. Co nie oznacza, że był on przedsięwzięciem spontanicznym. Przeciwnie, był drobiazgowo przygotowany. – Sytuacja dojrzała do decyzji w grudniu 1988 r. – mówi Gdula. – Przyleciał Ciosek. Jest zgoda! Ruszamy! Zaczęły się u nas rozmowy. Pamiętam jedno ze spotkań u Jaruzelskiego. Czyrek, Ciosek, przyjechał Kiszczak… I generał zaczął: „Nie ma co deliberować, jest dobry czas. Jest Gorbaczow, który dał nam wolną rękę. A my musimy znaleźć rozwiązanie, bo za nas nikt tego nie zrobi”.

Jednym z elementów tego rozwiązania, bezpieczników, które Jaruzelski montował, był udział w Okrągłym Stole Kościoła. Tę sprawę przeprowadzono drogą dyplomatyczną, ambasadorem w Rzymie był Jerzy Kuberski, który skontaktował się z Janem Pawłem II. Poinformował, że będą rozmowy rząd-opozycja i że Kościół powinien w nich uczestniczyć. Papież wyznaczył bp. Tadeusza Gocłowskiego oraz księży Bronisława Dembowskiego i Alojzego Orszulika.

Potem, już podczas obrad, Orszulik wyróżniał się tym, że pilnie stenografował. – Zapytałem go pewnego razu, czy Episkopat będzie to czytał – mówi Gdula. – Obruszył się: „Żaden Episkopat, to jedzie do Rzymu!”.

Gdula opisuje też, jak strona rządowa przygotowywała się do Okrągłego Stołu: – Generał mówił: „Ci, co pójdą do negocjacji, muszą być wiarygodni. Dla nas i dla opozycji. I musi być wiadomo, kto za to bierze odpowiedzialność”. Siedzimy więc w gabinecie i Ciosek odzywa się do Czyrka: „Jedynym facetem, który ma umiejętność słuchania, działania, jesteś ty. Dyplomata, członek Biura… Ty to poprowadź”. A Czyrek z takim pobłażaniem: „Stasiu, co ty opowiadasz… Jedyną osobą jest wiesz kto? Kiszczak! Jakby coś nie tak szło, to kto kopnie w ten stół, że się rozleci? To może być albo Wałęsa, albo resorty. Więc od nas jedyną osobą, która taki ciężar uniesie, jest Kiszczak”. Na kolejne spotkanie przyjechał Kiszczak. Referuje, twardo… Że socjalizm tak, wypaczenia – nie. Że trzeba to przypomnieć. Bo inaczej w resorcie nie będzie zrozumienia. I tak mówił… Więc odezwał się generał: „Czesławie, jedyną osobą, która mogłaby unieść ciężar tej operacji, jesteś ty”. Od razu się wyjaśniło! Kiszczak się wyprężył: „Jeżeli taka będzie decyzja, jestem gotów!”.

Potem miały miejsce spotkania przygotowawcze, uczestniczyli w nich przedstawiciele Kościoła. Historia ruszyła z kopyta.

– Wszystkich uczestników Okrągłego Stołu w różnych wersjach sprawdzało archiwum i departament operacyjny. Zresztą tych list uczestników było kilka. Były ciągłe weryfikacje – tłumaczy Andrzej Anklewicz. – Notabene, gdyby ktoś zobaczył, jacy ludzie starali się, żeby być przy Okrągłym Stole, toby mu się oczy otworzyły! Niektórzy wręcz na kolanach błagali, żeby być. A teraz są wrogami Okrągłego Stołu.

Pałac

Generał osobiście ułożył listę uczestników obrad ze strony rządowej. Czesław Kiszczak, Janusz Reykowski, Władysław Baka, Stanisław Ciosek, Aleksander Kwaśniewski, Andrzej Gdula… Sam stał, teoretycznie, z boku. To dawało mu pole manewru. Możliwość wycofania się, zmiany składu rozmówców, swobodę wobec Kremla.

Przy tym wszystko obserwował bardzo dokładnie. I Kwaśniewski, i Ciosek, i Gdula zgodnie to potwierdzają. W jego gabinecie przedstawiciele strony rządowej ustalali taktykę działania, granice, do których można się posunąć. W ciągu dnia posyłał im kartki przez adiutanta. To nie był czas telefonów komórkowych… Z drugiej strony pozostawiał swoim negocjatorom dość szerokie pole do samodzielnego działania. Tak przecież było, gdy Aleksander Kwaśniewski wymyślał formułę Senatu.

Czy były trudne chwile w negocjacjach? Tak. A jednym z najważniejszych pytań było, kto zostanie prezydentem. – Na którymś posiedzeniu w Pałacu Namiestnikowskim Adam Michnik mnie zagadał: „Ja powiem panu, jak czekista czekiście, Jaruzelski nie może być prezydentem” – wspomina Andrzej Gdula. – A ja na to: „To panu odpowiem, jak czekista czekiście – jak nie Jaruzelski, to w ogóle nie skończymy tego stołu. Jaruzelski dla nas jest kamieniem węgielnym, na którym to się opiera. On jest gwarantem i dla nas, i dla sojuszników, że to wszystko pójdzie we właściwym kierunku”. Kłóciłem się z Michnikiem i podszedł do nas Kuroń: „Weź Olka, weź Michnika i przyjeżdżajcie do mnie do domu, ja tam będę z Geremkiem, przegadamy”. Pojechaliśmy. Geremek mówił: „Musicie zrozumieć, że my nie możemy generała poprzeć, natomiast rozumiemy tę sytuację, że tego wymaga racja stanu. Ale przecież będziecie mieli większość w Sejmie. Zrobicie to jedną ręką”. I jak wyszło w tym Sejmie, to już jest inna opowieść. Myśmy przy Okrągłym Stole nie wiedzieli, dokąd idziemy. To jest prawda. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć porozumienie. Szczęśliwie, że w tym czasie cztery osoby zdarzyły się w polityce. Papież, który wiedział, w którym kierunku to idzie. Wałęsa, który to rozumiał. A jak nie szło, to abp Gocłowski brał go na bok, spacerowali, on tłumaczył, że idzie o ważniejsze sprawy, że nie trzeba upierać się w sprawach drugorzędnych. Generał, który wiedział, że będzie musiał wziąć to na siebie. Że będzie w naszym środowisku oskarżany, że źle wszystko przeprowadził. Ale – jak mówił – najważniejsze, żeby Kreml w to się nie wdał i żeby Gorbaczow dotrzymał słowa. No i czwarty – Gorbaczow. Interesował się, wiedział, co i jak, ale nie naciskał. Ta czwórka w jednym czasie – to był ten moment.

– 200 tys. ludzi oddało władzę bez mrugnięcia okiem – opowiada Andrzej Anklewicz o MSW w tamtych miesiącach. – Nie przypominam sobie żadnych rozmów podważających to, co się dzieje. Wszyscy uważali, że to się jakoś utrzęsie. Że oczywiście podzielimy się władzą, przyjdą nowi, będą się uczyć.

Epilog

Dzień po podpisaniu porozumień Okrągłego Stołu Margaret Thatcher rozmawiała z Michaiłem Gorbaczowem w Londynie. Dokumenty z tego spotkania zostały opublikowane parę lat temu przez George Washington University. Thatcher mówiła: „Najbardziej interesujące rzeczy dzieją się w Polsce. Spotkałam się z Wojciechem Jaruzelskim. Jest znaczącym i uczciwym politykiem, który robi wszystko dla swojego kraju w tym bardzo trudnym momencie rozwoju. Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji”.

Po raz kolejny rozmawiała z Gorbaczowem niecałe dwa tygodnie po powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, 23 września 1989 r. w Moskwie. Przyznawała wtedy: „Byłam pod wielkim wrażeniem odwagi i patriotyzmu gen. Jaruzelskiego w Polsce. Rozumiem pańskie stanowisko tak: opowiada się pan za tym, aby każdy kraj wybierał własną drogę rozwoju, tak długo jak nienaruszony pozostanie Układ Warszawski. Doskonale rozumiem to stanowisko”.

Moskwa przyjęła więc zmiany w Polsce w miarę spokojnie. Nie ma awantur, chaosu, jest porządek. W Moskwie jeszcze wierzono, że jakaś forma kontroli nad Europą Środkową zostanie utrzymana.

Margaret Thatcher mówiła, co mówiła, a Nicolae Ceauşescu wzywał do interwencji w Polsce. Parę tygodni później ruszyła Jesień Ludów, stare, komunistyczne reżimy upadały jak domki z kart. Władzę przejmowała opozycja, czasami gorączkowo skądś wyszukiwana. A jeśli jej nie było – to w niejasny sposób organizowana, tak jak w Rumunii.

Rozmowa Józefa Czyrka ze skandynawskim dyplomatą nabrała innego znaczenia.

Fot. Wojtek Łaski/East News

Wydanie: 17-18/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 11 maja, 2019, 19:21

    A co ci wszyscy styropianowcy dali narodowi? Tysiące samobójstw z przyczyn bytowych. Setki zamarzniętych bezdomnych każdej zimy. Prawie cała młodzież parobkami całego świata. Niespotykana w historii narodu skala bezpowrotnej emigracji zarobkowej. Bezdenna pauperyzacja środowisk robotniczych. Dziedziczna bieda. Większość pracowników fizycznych wdeptana w socjalne bagno, bez szans na lepsze jutro. Kult śmietnika i żebraka. Powrót takich plag jak grużlica czy wszawica. Bezprzykładne skłócenie narodu. Sprowadzenie polityki do rynsztoka. Unicestwienie praworządności. Taką cenę płaci naród za skok na kasę styropianowych bohaterów. Ich „atutem” były dwie lewe ręce i gęby pełne frazesów. Podobno mieli walczyć o poprawę losu robotnika a dzisiaj jedynie coś bełkocą o wolności. Za ten sabotaż dokonany na narodzie należy pozbawić ich wysługi emerytalnej za lata PRLu gdyż wówczas nie pracowali a jedynie za judaszowe dolary, na zasadzie „im gorzej tym lepiej” rozwalali gospodarkę i państwo. Pod trybunał z nimi!

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Anonim
    Anonim 11 maja, 2019, 19:25

    Gen. Jaruzelski od pewnego momentu zaczął traktować swych przeciwników politycznych jak partnerów. Z kim to było gadać i o czym okazało się później w sposobie jego traktowania przez tych pożal się Boże partnerów.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy