Ostry punkt widzenia

Ostry punkt widzenia

To najbezczelniejszy numer pana Arłukowicza. Wydał na mnie wyrok, wykonał go publicznie, po czym postanowił sprawdzić, czy aby się nie pomylił

Prof. Jerzy Szaflik jest kierownikiem Katedry i Kliniki Okulistyki II Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i dyrektorem Klinicznego Szpitala Okulistycznego w Warszawie. Inicjator powołania i wieloletni dyrektor Banku Tkanek Oka w Warszawie, autor i współautor licznych publikacji naukowych, również w czasopismach zagranicznych. Jego pasją są nowe techniki chirurgiczne w okulistyce.

Co do współpracy z Arłukowiczem? No cóż, nastał przed Nowym Rokiem 2012, zaanonsował się jako lekarz i nauczyciel akademicki z Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, co mnie cieszyło, w dodatku po MBA i prywatnej praktyce w Szczecinie. Miałem prawo liczyć, że coś rozsądnego wniesie do naszej schorowanej służby zdrowia.

Wniósł przeszłość lewicową?

– Strasznie kręcił z tą swoją partyjną przeszłością. Właściwie nie powinno mnie to obchodzić, podobnie jak jego wcześniejsze zmagania z konkurentami w wygranym turnieju telewizyjnym pod nazwą „Agent”. Podobno wskaźnik oglądalności programu był odwrotnie proporcjonalny do wskaźnika poczytalności, jak mawiał Andrzej Poniedzielski, a ja się pewnie trochę wyzłośliwiam. Ale partyjne krętactwo i parcie na szkło jednak o człowieku i jego charakterze coś mi wówczas mówiły, powiedzmy szczerze, nic dobrego. W swoim regionie najwyraźniej łaknął popularności, nawet za dużą cenę. Wyraźnie szukał też partii jako trampoliny do szybkiej kariery. Najpierw jako bezpartyjnego fachowca rekomendował go na radnego Sojusz Lewicy Demokratycznej. Potem przystąpił do Socjaldemokracji Polskiej, by z jej ramienia w roku 2005 przepaść w wyborach do Sejmu. Wystartował ponownie dwa lata później z listy Lewica i Demokraci i udało się; został członkiem klubu poselskiego SDPL – Nowa Lewica. Po kilku miesiącach odszedł jednak z dwoma posłami z partii i klubu i zapisał się do Lewicy, później przekształconej w Klub Parlamentarny SLD. Nie przeszkadzały mu te wędrówki w zapewnianiu, że jest posłem wolnym i że do żadnej partii nie należy. Pomijając formalny drobiazg – złożył deklarację członkowską do Unii Pracy, do czego z trudem się przyznał, oznajmiając jednocześnie, dość schizofrenicznie, że członkiem Unii nie został. Przewodniczący tej partii był jednak innego zdania i panowie do końca jakoś się w tej sprawie nie porozumieli.

Spór rozstrzygnął, chcąc nie chcąc, ówczesny premier Donald Tusk.

– Pośrednio. Był to czas głośnej, rzeczywiście skandalicznej afery hazardowej, gdzie o siebie ocierały się wielkie pieniądze, prawo ocierało się o polityków, a politycy o biznesmenów. Opozycja szalała, Platforma minimalizowała rozmiar i znaczenie afery, chociaż przy niej sprawa Rywina to było małe, malutkie nawet piwo. Jako reprezentant lewicy poseł Arłukowicz został członkiem sejmowej „komisji do zbadania sprawy legislacyjnego ustawy o grach i zakładach wzajemnych”. Takiej „śledczej”, pamięta pan? Spocony Chlebowski et consortes… Czy komisja wyjaśniła wszystko i nie zamazała niczego, nie mnie oceniać. Jaką rolę odegrał i jak spisał się jej członek, pan poseł Arłukowicz – nie wiem. W każdym razie komisja zakończyła pracę chyba w sierpniu 2010 r., dokumentację zapewne złożono w najdalszych zakamarkach archiwum sejmowego, media szybko ucichły.

Osiem miesięcy później Arłukowicz wykonał polityczny piruet. Swoim wyborcom, którzy na niego i jego lewicowe poglądy głosowali, pokazał gest Kozakiewicza i… przeszedł nagle do poselskiego klubu Platformy. Zarząd tej partii bardzo się ucieszył, bo gołym okiem było widać, że klub sejmowy PO wymagał ilościowego wzmocnienia. (…)

Ciekawe, czy o tej politycznej ścieżce opowiadał restauracyjnym gościom u Sowy i czego dowiemy się z nagrań, które zachwiały niedawno jego karierą. Złożył dymisję, którą premier Kopacz przyjęła, potem jednak walczył o jedynkę na listach kandydatów PO do parlamentu w wyborach 2015. Bezskutecznie. „Zaliczył” dziesiąte miejsce. Zmierzch kariery?

– Trudno powiedzieć. Wie pan, jak dziwacznymi drogami chadza u nas popularność. Czas i okoliczności zdecydują; ludzie przecież jakoś ocenią jego niemal trzyletnią działalność. Wtedy, po nominacji na ministra zdrowia, mimo wszystko, budził pewne nadzieje…Wizerunek bowiem budował sobie zręcznie; młody, dobrze zapowiadający się polityk, o ujmującej aparycji i umiejętności nawiązywania kontaktów z ludźmi. Także jako inteligentny i już otrzaskany w polityce lekarz, preferujący dialog i porozumienie, co nieustannie podkreślał. Budził nadzieję, moją zresztą też. Nikt nie przewidywał, że nasilą się coroczne protesty właściwie wszystkich rodzajów służb medycznych, że nadal będą podpisywane ściskające za gardło umowy NFZ ze szpitalami, że łamani będą ich dyrektorzy zagrożeni wyrzuceniem z pracy, że – co najgorsze – wydłużą się kolejki nie tylko do specjalistów, ale, tu i ówdzie, także do lekarzy rodzinnych. No i że ani ministrowi, ani jego urzędnikom nawet nie przyjdzie do głów, że zabrzmiał ostatni dzwonek dla ochrony zdrowia, która bez reform ostatecznie wpadnie w czarną dziurę i będzie kiedyś jednym z najważniejszych detonatorów społecznego niezadowolenia. (…)

Myśleliśmy, my – lekarze, że nowy imperator wystartuje lepiej, mądrzej, koncyliacyjnie, bo przecież zapowiadał dialog i porozumienie ze światem medycyny. On jednak od razu wpadł w konflikty. A to z „grupą zielonogórską”, z którą długo nie mógł dojść do ładu. A to i z twórcami, i z krytykami listy leków refundowanych, z którą do końca nie dał sobie rady. Sądziliśmy, że potem, jak już po trudnych porozumieniach z lekarzami się otrząś­nie, zacznie się jakaś poważniejsza debata, może nawet o upadającej służbie zdrowia. Że będzie nas pytał o zdanie, konsultował projekty i programy, że stworzy podwaliny pod nową, lepszą koncepcję jej funkcjonowania. Marzyciele, jak się okazuje. Minister jakoś do tak trudnych tematów zdrowia nie miał, choć właśnie niby od tego zdrowia był. Od nominacji do sierpnia 2012 r., a więc przez dziewięć miesięcy, widziałem go bezpośrednio może cztery, może pięć razy. W studiach telewizyjnych znacznie częściej, widocznie wcześniej się z nimi w teleturniejach oswoił.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 43/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy