Pamięć Wołynia, pamięć Chełmszczyzny

Pamięć Wołynia, pamięć Chełmszczyzny

W tym roku przypada 65. rocznica ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Nie ma wątpliwości, że to, co tam się dokonało, było zbrodnią ludobójstwa.
Tak zbrodnie zbrojnych nacjonalistycznych formacji ukraińskich na ludności polskiej dawnych tzw. Kresów Wschodnich kwalifikuje zarówno polski kodeks karny, jak i normy międzynarodowego prawa karnego. Wszak mordowano tam Polaków, dlatego że byli Polakami. Mordowano, by wyniszczyć ich jako grupę narodową, a demonstrowanym tak terrorem zmusić pozostałych do opuszczenia terenów, które Ukraińcy uważali za własne.
Niewinnym ofiarom nieludzkich nieraz, zadanych ze szczególnym udręczeniem mordów – w tym starcom, kobietom i dzieciom – należy się nasza pamięć i szacunek.
Historyk nie tylko powinien opisywać fakty, ale musi również podjąć próbę ich wyjaśnienia. A wyjaśnienie nie jest możliwe bez wskazania przyczyn. W działaniach ludzkich, zarówno w wymiarze indywidualnym, gdy idzie o pojedynczego człowieka, jak też w wymiarze zbiorowym, gdy idzie o grupy ludzi, w tym także narody, nic nie jest bezprzyczynowe. Wszystko ma jakąś przyczynę. Poznanie tej przyczyny nie musi nikogo usprawiedliwiać, ale przynajmniej coś wyjaśni. Jeśli wyjaśni, to daje jakąś naukę na przyszłość. Bez zrozumienia przyczyn wydarzeń z naszej historii, także zdarzeń tragicznych, nasza o nich pamięć sprowadzać się będzie co najwyżej do rytualnych, niemal magicznych gestów – obchodów rocznic. Nie będziemy przez to ani mądrzejsi, ani bardziej szlachetni, ani bardziej bezpieczni na przyszłość.
A więc pamiętajmy, ale też spróbujmy szukać wyjaśnień. Nie rytualizujmy swojej narodowej pamięci. To nic nie daje, a tylko zniekształca pamięć.
Przed pięciu laty, 10 lipca 2003 r., Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wydał oświadczenie „w związku z 60. rocznicą tragedii wołyńskiej”. Było to oświadczenie mądre i piękne.
W sprawie tragedii wołyńskiej głos zabierali prezydenci Polski i Ukrainy: Kwaśniewski i Kuczma. Głos zabierał także obecny prezydent Lech Kaczyński.
Dla niektórych środowisk to wciąż za mało. W tym roku projekt kolejnej uchwały potępiającej zbrodnie na polskiej ludności kresowej w 65. rocznicę ich popełnienia złożył klub PSL. Spotkało się to z żywym poparciem środowisk kresowych. Czy jednak na pewno trzeba, by co pięć lat Sejm wydawał kolejne oświadczenie w tej sprawie?
Pochodzę z rodziny kresowej. W dzieciństwie, zanim byłem zdolny do przeczytania czegokolwiek na ten temat, nasłuchałem się wielu opowieści o bestialstwach „banderowców” (tak u mnie w rodzinie nazywano UPA). Bestialstwach, których ofiarami padli przyjaciele i znajomi moich rodziców czy dziadków. Dziś, gdy przejeżdżam przez Ukrainę i widzę kurhany i pomniki na cześć UPA, ogarnia mnie złość i żal. Choć próbuję zrozumieć Ukraińców, do końca nie potrafię. Wiem, że oni żyją białą legendą UPA. Formacji, która – jak powszechnie uważają – walczyła za wolną Ukrainę. Walczyła dzielnie i z poświęceniem. Dla nich mit UPA jest tak silny, jak dla niektórych Polaków silny jest np. mit „Ognia” – bohaterskiego partyzanta z Podhala. Mit tak silny, że wypiera poza świadomość jego niewinne żydowskie, słowackie, a nawet polskie ofiary. Na Ukrainie Zachodniej mit UPA to taki zwielokrotniony mit „Ognia”. Co na to poradzić? Naprawdę nie wiem. Chyba doraźnie nic. Trzeba prowadzić badania historyczne, wciągać w nie historyków ukraińskich, razem badać fakty sprzed lat. No i trzeba dać Ukraińcom czas, by dojrzeli do poznania i oceny całej prawdy o UPA. Także naszej prawdy. My też jako społeczeństwo długo dojrzewaliśmy do prawdy o Jedwabnem i nie jestem do końca pewien, czy dojrzeliśmy.
Będzie nam niewątpliwie łatwiej wymagać od Ukraińców, by spojrzeli w twarz własnej historii, gdy sami będziemy umieli to zrobić. Gdy przyznamy, że wobec Ukraińców po wojnie przyjęliśmy odpowiedzialność zbiorową. Gdy za zbrodnie upowca z Tarnopolszczyzny czy Wołynia zapłacił wygnaniem w ramach akcji „Wisła” Łemko spod Gorlic czy Krynicy.
I proszę nie mówić, że to nie my, tylko Sowieci, komunistyczna, obca nam władza. Oczywiście przeciętny Polak nie odpowiada za akcję „Wisła”, nawet jeśli życzliwie jej kibicował, a jego dzisiejszy wnuk nadal bezmyślnie powtarza, że była ona wojskową koniecznością. Zapytajcie Łemków, tych spod Gorlic i Krynicy, jak traktowali ich przez lata polscy przesiedleńcy z Kresów, z którymi przyszło im żyć na „ziemiach odzyskanych”, jak traktowały ich polskie władze lokalne, jak opisywano ich w literaturze PRL (jak choćby w „Łunach w Bieszczadach” Gerharda), pokazywano w filmie (aby przypomnieć tylko takie jak „Ogniomistrz Kaleń” czy „Zerwany most”).
W tym roku mija okrągła, 70. rocznica zburzenia przez Wojsko Polskie na polecenie władz administracyjnych stu kilkudziesięciu cerkwi prawosławnych w województwie lubelskim, głównie na Chełmszczyźnie. Ten niewątpliwy akt barbarzyństwa, motywowany głupio pojętą polską racją stanu, niszczący cerkwie byli bowiem przekonani, że w ten sposób umacniają polskość tych ziem, będący wciąż niezaleczoną traumą polskich wyznawców prawosławia, znany jest poza nimi może jedynie garstce historyków. Ogół wykształconych Polaków nie ma o tym nawet pojęcia i słucha o tych wydarzeniach z niedowierzaniem.
Rzecz nie w tym, by teraz za ten akt przepraszać dzisiejszych prawosławnych, by ścigać i potępiać jego inicjatorów i wykonawców, z których zapewne żaden już nie żyje, a jeśli żyje, to musi mieć ponad 90 lat. Rzecz jedynie w tym, by fakt ten przypomnieć, zło nazwać złem i pokazać, do czego może prowadzić przekonanie rządzących o ich nieomylności, o monopolu na wyczucie racji stanu, przekonanie, że cel uświęcać może wykorzystane przy jego realizacji środki. W ten sposób damy historii szansę, by była nauczycielką życia i mistrzynią polityki.
Gdy będziemy mieli dość moralnej siły, by zmierzyć się ze swoją historią, całą historią, będziemy mieli większe prawo wymagać tego od naszych sąsiadów.

Wydanie: 31/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy