Polacy żyją krócej

Polacy żyją krócej

Mimo postępu medycyny i lepszych warunków bytowych życie Polaków przestało się wydłużać. Jest krótsze nawet o półtora miesiąca

Przyzwyczailiśmy się przez lata do krzepiącej myśli, że raczej pożyjemy długo. Mamy skuteczne leki na nadciśnienie, stenty i wiele nowoczesnych metod, dzięki którym lekarze w razie czego wyciągną nas z zawałów i różnych innych chorób.

Poza postępem medycyny mamy też lepsze niż rodzice warunki bytowe i od lat cieszymy się pokojem. To wszystko sprawia, że przeciętny polski mężczyzna żyje dziś grubo powyżej 70 lat, a przeciętna kobieta przekracza osiemdziesiątkę. To duży postęp, zważywszy, że w roku 1950 statystyczny Kowalski mógł mieć nadzieję na dotrwanie do mniej więcej 56. roku życia, a jego żona przeżywała go o jakieś pięć lat. Współcześnie w tym wieku dopiero planujemy emeryturę.

Ale od 2017 r. coś zaczęło się psuć. Rok wcześniej, w 2016, przeciętną długość życia mężczyzn szacowano na 73,9 roku, natomiast kobiet na 81,9. Tymczasem rok 2017 przyniósł wprawdzie nieznaczną poprawę, jeśli chodzi o panów – o 0,1 roku, jednak w przypadku kobiet o tyle samo wynik się pogorszył. W 2018 r. odnotowano już pogorszenie dla obu płci. Przeciętne dalsze trwanie życia noworodków płci męskiej szacowane było wtedy na 73,8 roku, a płci żeńskiej – na 81,7.

Ile lat życia ma więc statystycznie przed sobą ktoś, kto dobił do trzydziestki? Według danych GUS – 48,5, o 1,5 miesiąca mniej, niż prognozowano rok wcześniej. 40-latek stracił w prognozach 1,3 miesiąca, 50-latek – miesiąc, 60-latek – 1,5 miesiąca.

Czy powinniśmy się martwić?

Prof. Piotr Szukalski, demograf i gerontolog z Uniwersytetu Łódzkiego, twierdzi, że na razie nie możemy mówić o odwróceniu trendu, ale czyni istotne zastrzeżenie: – Jest za wcześnie, byśmy uznali, że nasze życie od tej pory już tylko będzie się skracać. Problem jednak polega na tym, że nie jest to jeden przypadkowy rok. W poprzednich latach mieliśmy bowiem do czynienia ze skróceniem się czasu trwania życia raz u mężczyzn (nastąpiło to w roku 2015, gdy średnia długość ich życia zmalała do 73,6, z 73,8 w 2014 r.), raz u kobiet (we wspomnianym już 2017 r.). W zeszłym roku obniżka wystąpiła natomiast i u mężczyzn, i u kobiet. Poza tym – nie jesteśmy wyjątkiem. W Stanach Zjednoczonych obserwujemy to zjawisko już od 10 lat, a we Francji od dwóch-trzech lat. W innych krajach europejskich również dostrzegane jest wyraźne obniżenie tempa wzrostu długości życia – albo nawet notuje się niewielkie spadki.

Jeśli chodzi o sugerowanie się sytuacją w Stanach Zjednoczonych, dr Paweł Strzelecki, demograf z SGH, ma nieco odmienne zdanie: – To specyficzny kraj, gdzie nie ma powszechnej bezpłatnej opieki zdrowotnej. To, że Amerykanie myślą w zupełnie innych kategoriach, widać na przykładzie dyskusji o sensie wprowadzenia programu Obamacare. Dlatego nie można wnioskować, że skoro w Stanach trend się odwrócił, będzie tak i w Europie. Drugą kwestią jest epidemia otyłości i chorób cywilizacyjnych, która wciąż najbardziej dotyka Amerykę.

Z kolei w przypadku Polski, jak zaznacza dr Strzelecki, przyczyną obecnego spadku nie jest np. osiągnięcie jakiejś granicy w rozwoju medycyny: – Wciąż mamy zaległości do nadrobienia. Jeśli porównamy się z Europą Zachodnią czy Japonią, widzimy, że moglibyśmy żyć dłużej. Przykładowo w Niemczech w 2017 r. mężczyźni żyli przeciętnie 78,7 roku, a kobiety 83,4. W tej chwili jesteśmy więc jakieś 10-15 lat za Niemcami, co oznacza, że w tym miejscu, gdzie jesteśmy teraz, Niemcy byli na początku XXI w.

Światowymi rekordzistami są mieszkańcy Monako. U kobiet średnia przewidywana długość życia w 2015 r. wynosiła aż 93,6 roku, u mężczyzn zaś 85,3.

To nie pierwsze wahnięcia

Aby ocenić, jakie znaczenie ma obserwowane obecnie zjawisko, warto sprawdzić, czy już wcześniej zdarzały się tego rodzaju sytuacje i jaki miały finał.

Dr Strzelecki: – Do XVIII-XIX w. długość życia szczególnie nie rosła, stało się to dopiero później, w niektórych krajach szybciej, w innych wolniej. Jednak w nowożytnej historii nie było takiego okresu, żeby przez kilka lat długość życia malała. Oczywiście wyraźnie widać odwrócenie tego wzrostowego trendu podczas wojen, kiedy ginęło wiele młodych osób. Ale po II wojnie światowej trend wydłużania się życia był kontynuowany, można mówić wręcz o jego przyśpieszeniu. Tak było niemal do końca lat 60., potem nastąpiła pewna stagnacja, zwłaszcza jeśli chodzi o długość życia mężczyzn. Można to tłumaczyć częściowo dietą, konkretnie – zwiększonym spożyciem wódki i tłustego jedzenia, co powodowało nadumieralność mężczyzn. Taka stagnacja trwała jeszcze w pierwszych trzech latach po transformacji ustrojowej, ale potem długość życia zarówno mężczyzn, jak i kobiet znów zaczęła rosnąć.

Czy jeśli chodzi o XXI w., teraz zatrzymaliśmy się po raz pierwszy? Prof. Szukalski: – W ciągu ostatnich 26 lat, odkąd długość życia w Polsce trwale rośnie, dwukrotnie obserwowaliśmy „wpadki”. Z reguły jednak te małe obniżki wynikały z takich czynników jak długa, surowa zima z licznymi zmianami frontów atmosferycznych albo wyjątkowo upalne lato. Osoby mające np. problemy z układem krążenia są w takich warunkach bardziej podatne na zgony. Te spadki były tylko jednorazowymi wahnięciami. Co więcej, po takim gorszym roku zawsze nadrabialiśmy i szliśmy do przodu jeszcze szybciej. Teraz mamy jednak trzy lata, gdy nie widać poprawy.

Trudna diagnoza

Jak uprzedza prof. Szukalski, sugerowane przez niego przyczyny spadków należy uznać najwyżej za możliwe. Dlaczego? – Zacznijmy od tego, że GUS z dużym opóźnieniem podaje statystyki dotyczące przyczyn zgonów. Najaktualniejsze dane pochodzą z 2017 r. – wyjaśnia. – Co gorsza, te statystyki są mało wiarygodne i mocno odbiegają od rzeczywistości, WHO od jakichś sześciu-siedmiu lat już nawet nie publikuje polskich danych na ten temat. Nie mamy koronerów, toteż niewielka część zgonów w Polsce kończy się sekcją zwłok. Lekarze, nie mając wyjścia, wpisują w dokumentach przyczynę zgonu zgodnie z tym, co im się wydaje. Stąd wielka dyskusja w Polsce o finansowaniu koronerów przez Ministerstwo Zdrowia, by pozyskać wiarygodne dane o przyczynach śmierci. Teraz wnioskujemy na podstawie przeszłości, i to nie do końca pewnej. Co więcej, w statystykach podawana jest z reguły ostateczna przyczyna zgonu. Jeśli jednak mamy 60-latka, który umarł na grypę, to trzeba sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście tak było. Najczęściej przecież osoby starsze mają już np. chorobę serca lub cierpią na inne schorzenia, które obniżyły ich odporność.

Swoją listę braków i zaniedbań w polskim systemie, jeśli chodzi o diagnozy, dorzuca prof. Piotr Jankowski, kardiolog: – Wielka szkoda, że nie realizowaliśmy dotąd regularnie ogólnopolskich badań oceniających występowanie najczęstszych chorób. Nie mamy także systemu regularnego monitorowania skuteczności ich leczenia. W konsekwencji zagrożenia zdrowotne ze strony poszczególnych chorób możemy jedynie szacować. Na przykład liczba udarów mózgu według różnych źródeł wynosi od 60 tys. do nawet 100 tys., a liczba zawałów serca 70-90 tys. rocznie. Nie możemy też wiarygodnie oceniać trendów w epidemiologii poszczególnych chorób. Pewnym wyjątkiem, choć niedoskonałym, są choroby nowotworowe. Dopiero teraz NFZ wdraża mechanizmy, które może pozwolą w przyszłości stwierdzić, czy zwiększa się częstotliwość zachorowań na daną jednostkę chorobową. Dodatkowo na liczbę zgonów spowodowanych przez daną chorobę, np. przez nadciśnienie tętnicze, wpływa nie tylko skuteczność leczenia, ale również jej rozpowszechnienie, a to z kolei zależy przede wszystkim od stylu życia społeczeństwa, w mniejszym zaś stopniu od czynników środowiskowych (np. jakości powietrza, którym oddychamy, bądź promieniowania) i genetycznych. Wpływ ma też stopniowe starzenie się społeczeństwa.

Jest jednak jeszcze coś, co może być dobrą wiadomością, jeśli chodzi o przewidywania dotyczące długości życia. Niewykluczone bowiem, że demografowie w pewnym sensie się mylą. Jak to możliwe? Wyjaśnia dr Paweł Strzelecki: – Na dane GUS wpływa również skala migracji. Jeśli chodzi o liczbę zgonów, tu nie ma mowy o nieścisłościach. Ale by obliczyć prawdopodobieństwo zgonu i przewidywaną długość życia, trzeba wiedzieć, jak duża jest populacja. Ta informacja natomiast już nie jest dokładna. Nie ma bowiem danych rejestrowanych, które pozwalałyby na to pytanie łatwo odpowiedzieć – poza tymi pochodzącymi ze spisów powszechnych. Ostatnie spisy w Polsce były zaś w 2002 i 2011 r. Kolejny będzie dopiero w 2021. Im dalej od spisu, tym trudniej oszacować, ile nas jest. Może być więc tak, że obecne wahnięcia wynikają z niedokładności danych. Tymczasem w ostatniej dekadzie, a nawet dłużej, mamy do czynienia z licznymi wędrówkami migracyjnymi. Najpierw obserwowaliśmy migracje po wejściu Polski do UE, teraz mamy brexit.

Co skraca nasze życie?

Mimo że brakuje nam dostatecznych danych jakościowych, prof. Szukalski wymienia kilka zjawisk, które są wskazywane jako wywierające wpływ na długość życia poszczególnych pokoleń: – We Francji i w Stanach Zjednoczonych mówi się np. o odroczonej konsekwencji wzmożonej konsumpcji tytoniu. W latach 50. i 60. pojawiła się wielka moda na palenie. Ówczesne 20-latki czy nastolatki rzuciły się na papierosy i przez wiele dekad intensywnie paliły. Dziś ci ludzie mają już ponad 70 lat i zamiast żyć równie długo jak urodzeni np. 10 lat wcześniej, zaczynają się borykać z bezpośrednimi konsekwencjami palenia.

Ekspert przypomina, że jeśli chodzi o Polskę, możemy też się zastanawiać, jakie są długotrwałe konsekwencje kryzysu lat 80. i późniejszej transformacji ustrojowej. – Chodzi tu głównie o ograniczony dostęp do dobrej jakości pożywienia – tłumaczy. – Deficyty w tym zakresie są szczególnie ważne w kilku kluczowych okresach życia człowieka. Pierwszy taki moment występuje już w czasie rozwoju płodowego, w II trymestrze ciąży. Jeśli pożywienie matki jest słabej jakości, jego składniki są przez organizm płodu „inwestowane” w układ nerwowy czy krwionośny, ale inne narządy czy układy słabiej się rozwijają. Wiemy z badań, że dzieci niedożywione w tym okresie płodowym zdecydowanie częściej chorują na choroby różnych narządów traktowanych przez organizm jako „mniej ważne”. Organizm bowiem tak się buduje, by przede wszystkim zdążyć spłodzić dzieci i je odchować, wystarczy mu zatem, że dożyje pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki. Następną grupą szczególnie narażoną na konsekwencje deficytów w dostępie do jakościowego pożywienia są chłopcy w wieku 13-14 lat, czyli wtedy, gdy dorastają i zmieniają się w mężczyzn. W przypadku kobiet takim krytycznym okresem jest ciąża. Brak dostępu do dobrej żywności wywołuje u nich poważne problemy zdrowotne, np. z zębami – zbyt mało wapnia w diecie powoduje, że jest on wypłukiwany z kości matki, by trafić do dziecka. Możemy więc się spodziewać gorszego stanu zdrowia – niż moglibyśmy tego oczekiwać – u osób, które urodziły się w latach 80., u mężczyzn, którzy byli wtedy nastolatkami, i u kobiet, które rodziły wtedy dzieci.

Prof. Szukalski zwraca też uwagę na te możliwe przyczyny skracania się długości życia, które pojawiają się współcześnie: – W ostatnich latach staliśmy się społeczeństwem nadmiaru aspiracji. Często wydajemy pieniądze tylko po to, by się popisać przed innymi. Co gorsza, jesteśmy niezwykle leniwi, jeśli chodzi o wysiłek fizyczny, tylko dlatego, że nas na to stać. Patrząc na dzieci na elektrycznych hulajnogach, zastanawiam się, jaki będzie ich stan zdrowia za 20-30 lat. Zamiast się poruszać, naciskają guziczek, a potem badania sprawności, siły i wytrzymałości u dzieci, przeprowadzane co 10 lat przez warszawską AWF, pokazują, że dzisiejsze nastolatki są znacznie słabsze niż ich równolatki sprzed 10 czy 20 lat. Taka zemsta pomyślności. I jeszcze jedno: dzień w dzień jesteśmy faszerowani chemią, cukrem i mikroelementami plastiku, które są obecne choćby w mięsie czy rybach. Nasze organizmy mogą już tego nie wytrzymywać. Do tego dochodzą zmiany klimatyczne. Zamiast mroźnych zim mamy długi okres utrzymywania się temperatury około zera, kiedy niemal wszyscy kaszlemy i kichamy. To samo dzieje się latem, gdy przedłużają się upały. Trudno powiedzieć, jakie to może mieć długofalowe następstwa dla naszego stanu zdrowia.

Dobrobyt mimo wszystko lepszy

Jeśli jednak spojrzymy na listę państw świata, które w ogóle udostępniły statystyki średniej długości życia, widzimy, że owa pomyślność wychodzi nam na dobre. Światowe zestawienie zamykają bowiem biedne kraje afrykańskie: Czad (przeciętny mężczyzna żyje tam zaledwie 51 lat, kobieta tylko 48,6) i Gwinea Bissau (52,3 oraz 48,2). Trzeci od końca jest Afganistan.

Prof. Jankowski: – Na pewno długość życia jest związana z wielkością dochodów. Osoby o większych dochodach średnio żyją dłużej. Podobną korelację obserwuje się, analizując wielkość krajowego produktu brutto – jako wskaźnika „bogactwa” danego kraju – a szczególnie nakładów na ochronę zdrowia.

Kardiolog potwierdza jednak to, co mówił prof. Szukalski – pieniądze to nie wszystko. Pokazuje to przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie mimo ogromnych nakładów finansowych na służbę zdrowia ludzie żyją krócej niż w Skandynawii czy kilku innych krajach europejskich.

Dlaczego umieramy

Odchodząc nieco od tematu skracania się długości życia, przypomnijmy sobie, co nas, Polaków, zabija najczęściej. Prof. Jankowski: – Przyczyną ok. 43% wszystkich zgonów są choroby układu krążenia, takie jak zawał serca, udar mózgu, niewydolność serca, zaburzenia jego rytmu czy tętniaki aorty. Na drugim miejscu są nowotwory, powodujące prawie o połowę mniej zgonów, choć wielu z nas ma wrażenie, że jest inaczej – być może dlatego, że nowotwory częściej niż choroby układu krążenia atakują ludzi młodych. Jednak wśród osób po 60. roku życia zdecydowanie choroby układu krążenia stanowią największe zagrożenie.

Wydawać by się mogło, że w związku z tym organizatorzy systemu opieki zdrowotnej powinni się skupić na tym zagrożeniu, jeśli chcą, by nasze życie znów tylko się wydłużało. Prof. Jankowski pozbawia nas złudzeń: – W porównaniu z zagrożeniem, jakie dla zdrowia społeczeństwa niosą choroby układu krążenia, nakłady na profilaktykę i leczenie chorób serca i naczyń nie są duże, a w dodatku w ostatnich latach zostały uszczuplone.

Na szczęście nadrabiamy trochę zaległości dzięki postępowi medycyny: – W ostatnich latach był on bardzo duży, rozwijają się nowe metody leczenia, więc odsetek zgonów spowodowanych chorobami układu krążenia od 30 lat maleje. W 1990 r. były one przyczyną 52% zgonów, a teraz jest to 43% – wyjaśnia kardiolog. Dodaje, że możemy być dumni z wyników leczenia pacjentów z ostrym zawałem serca. – W tym przypadku śmiertelność wewnątrzszpitalna jest jedną z najmniejszych w Europie. Dzięki wprowadzonemu niedawno systemowi opieki nad pacjentami po zawale serca, nazwanemu KOS-Zawał, poprawiła się opieka medyczna po wypisie ze szpitala.

Co jeszcze może sprawić, że nasze życie nie będzie się skracać? – Na horyzoncie pojawiają się nowe leki, które mogą zapobiec występowaniu lub zahamować postęp wielu chorób kardiologicznych – mówi prof. Jankowski. – Do tych leków można zaliczyć nowe leki przeciwcukrzycowe i obniżające stężenie cholesterolu, ale także niedawno opracowane nowe molekuły, których działanie przeciwzapalne hamuje rozwój miażdżycy. Nadzieje budzą też badania nad szczepionką przeciwko białkom odpowiedzialnym za podwyższenie stężenia cholesterolu. Wstępne badania wykazały zahamowanie rozwoju miażdżycy dzięki zastosowaniu tej nowatorskiej metody. Śmiało można ją nazwać szczepionką przeciwko miażdżycy.

I wreszcie inna ważna kwestia: nasz styl życia. Tu kardiolog nie ma dobrych wieści. Nie mamy z czego się cieszyć i jeśli chcemy, by wahania długości życia okazały się krótkotrwałym spadkiem, musimy bardziej się postarać.

– W części społeczeństwa udało się wykreować modę na zdrowy styl życia. Niestety, nie jest to duża grupa – mówi prof. Jankowski. – Na poziomie populacji nie obserwujemy korzystnych zmian, poza zmniejszeniem się powszechności palenia tytoniu (choć wzrasta z kolei zagrożenie płynące z e-papierosów, do których dodawane są różne substancje; co więcej, badania pokazują, że młode osoby używające papierosów elektronicznych trzykrotnie częściej rozpoczynają w przyszłości palenie tradycyjnych papierosów). W ciągu ostatnich 20 lat sposób żywienia Polaków nie zmienił się na bardziej prozdrowotny, a poziom aktywności fizycznej przeciętnego Polaka zmniejsza się. W efekcie przybywa osób z otyłością i cukrzycą. Częstość występowania otyłości wśród polskich nastolatków zwiększa się szybciej niż gdziekolwiek w Europie. Jedną z przyczyn jest szum informacyjny dotyczący prozdrowotnego stylu życia, wzmacniany m.in. przez reklamy suplementów, które często sugerują, że po zastosowaniu „cudownej” tabletki można się odżywiać niezdrowo.

Do tej smutnej wyliczanki kardiolog dorzuca problemy z alkoholem: – Polska jest jednym z niewielu krajów europejskich, w których spożycie alkoholu rośnie i według ostatnich danych wynosi 11 litrów etanolu rocznie na jedną osobę w wieku powyżej 15 lat. Codziennie sprzedaje się w Polsce 3 mln tzw. małpek, czyli małych, zwykle stugramowych, buteleczek wódki.

Ostrzeżenie dla rządzących

Prof. Szukalski: – Być może obecnie rządzący nie potrafią zorganizować nam systemu opieki zdrowotnej. Rosną kolejki i borykamy się z coraz trudniejszym dostępem do różnych procedur medycznych. Wzrasta też gwałtownie zadłużenie szpitali. Skracanie się długości życia może więc być wynikiem pogarszającego się dostępu do opieki zdrowotnej.

Prof. Jankowski: – To oczywiste, że kolejki do kardiologa powinny być krótsze. Jedną z przyczyn długich kolejek do specjalistów jest naturalnie niewystarczająca liczba lekarzy. Inną jest przekonanie wielu rodaków, że każde schorzenie powinno być diagnozowane i leczone przez specjalistę. To nieprawda. Przykład: większość osób z nadciśnieniem tętniczym może i powinna być leczona przez lekarzy POZ. Jednak w Polsce prawie każdy chce być leczony przez specjalistę. Na pewno sytuacji nie da się poprawić bez podjęcia poważnej reformy lecznictwa otwartego w tym zakresie.

Demograf z Uniwersytetu Łódzkiego podsuwa tu jeszcze jedną ważną uwagę: – Jeśli ktoś był niedożywiony kilka dekad temu, jesteśmy w stanie pomóc mu jedynie w niewielkim stopniu. Ale już na niedostateczny dostęp do lekarzy możemy wpłynąć, dokładając środków finansowych albo reorganizując system opieki zdrowotnej. Powinniśmy robić to, co zrobić możemy. To czysty pragmatyzm.

Zakładając, że mamy do czynienia nie z jednorazowym zakłóceniem, lecz z odwróceniem tendencji, trzeba podkreślić kolejną kwestię: rządzący muszą działać szybko. Za chwilę pierwszy rocznik powojennego baby boomu dojdzie do wieku 75 lat, czyli momentu, w którym częste wizyty lekarskie czy pobyty w szpitalu stają się normą. Zbliża się fala, która sama w sobie będzie bardzo wyraźnie obciążać system opieki zdrowotnej. A jeśli już dziś stwierdzamy, że jest on niewydolny, co przyczynia się do pogorszenia stanu zdrowia populacji, mamy wskazówkę, co musi być dla nas priorytetowe. Powinno się zwrócić uwagę choćby na konieczność zmiany wymogów co do standardów zawodowych personelu medycznego. Przykładem są pielęgniarki z Ukrainy, które u siebie w kraju skończyły trzyletnie szkoły pielęgniarskie. U nas pracują zaledwie jako pomoce szpitalne, ponieważ zgodnie z prawodawstwem unijnym pielęgniarka musi mieć wyższe wykształcenie. Europa w tej kwestii idzie w ewidentnie złym kierunku.

Gen długowieczności?

A co z genami? Każdy z nas słyszał, że np. Japończycy żyją wyjątkowo długo. Zajmują pod tym względem drugie miejsce na świecie. Może to dzięki jakimś genom długowieczności, więc i tak nie mamy szans w tym wyścigu?

– Nikt nie udowodnił, że istnieje jakaś nacja, która miałaby gen długowieczności – mówi dr Strzelecki. – Wydaje się, że zbiorowości ludzkie w poszczególnych krajach są zbyt zróżnicowane, byśmy mogli formułować takie poglądy w odniesieniu do całego narodu. Kluczowe znaczenie ma tu raczej styl życia danej nacji. Warto też wspomnieć o wioskach na Sardynii, gdzie żyją ludzie, których przeciętny wiek to prawie 100 lat. Są tam osoby, które mają po 100-110 lat i więcej i czują się zupełnie dobrze. Do tej pory nie wiadomo, co jest tego przyczyną – czy rzeczywiście ma to podłoże genetyczne, czy zależy od diety albo stylu życia danego regionu.

Współpraca Krystyna Rożnowska


Hipotezy, nie prognozy
Aby się zorientować, jakie rzeczywiste znaczenie mają dla nas dane o przeciętnym dalszym trwaniu życia, warto się dowiedzieć, czym tak naprawdę są te prognozy, często okraszane w mediach komentarzami w rodzaju „nasze dzieci pożyją dłużej” (lub – od niedawna – krócej). Okazuje się przy tym, że owe dane wcale nie są prognozami, choć GUS nazywa je „przeciętnym dalszym trwaniem życia”, a wspomniane wartości odnosi do dzisiejszych noworodków.

Jak są liczone? – To, co obserwujemy jako przewidywaną długość trwania życia, jest wskaźnikiem wynikającym z tego, co zostało zaobserwowane u poprzednich generacji – wyjaśnia dr Paweł Strzelecki, demograf z SGH. – I mimo że interpretuje się te dane jako przewidywaną długość życia osób, które właśnie się rodzą, tak naprawdę wcale nią nie są. To raczej przewidywanie, co by było, gdyby rodzące się teraz osoby zachowywały się tak jak ich poprzednicy. Przestrzegałbym więc przed nazywaniem tego prognozą.

Czy zatem przy przewidywaniu długości życia przyszłych pokoleń nie bierze się pod uwagę czynników środowiskowych, zmian klimatycznych, postępu medycyny i podobnych okoliczności? Odpowiedź brzmi: i tak, i nie.

– Hipotezy te jedynie pośrednio uwzględniają zmiany środowiskowe – wyjaśnia prof. Piotr Szukalski, demograf i gerontolog z Uniwersytetu Łódzkiego. – Nie wiemy bowiem, w jakim stopniu oddziałują one na liczbę zgonów w danej grupie wiekowej. Nie uwzględnia się również zdarzeń, o których nie możemy wiedzieć, czy w ogóle wystąpią, tzw. czarnych łabędzi, np. wynalezienia bardzo skutecznego lekarstwa na raka – a przypomnijmy, że na raka umiera obecnie 28% osób w Polsce.


Przeciętna długość trwania życia w Polsce


Fot. Adobe Stock

Wydanie: 2/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy