Polityka i pamięć

Polityka i pamięć

Zacznijmy może od wpisu z mediów społecznościowych:
„Przyczynek do kultury polskiej dyplomacji. Od pewnego czasu zniesiono praktykę nie tylko dawania anonsów w prasie o śmierci pracowników służby zagranicznej i emerytów, ale także wysyłania delegacji na pogrzeby i składania choćby małego wieńca, nie mówiąc o przemówieniach. Ta praktyka zaczęła się w czasie II RP, przetrwała PRL, ale nie dała rady »dobrej zmianie«. Ostatnio MSZ nie zainteresowało się pogrzebami byłego ministra spraw zagranicznych Emila Wojtaszka (czasy PRL) i sekretarza stanu Józefa Wiejacza (PRL i III RP), niektórzy nazywają to »polityką de-kontynuacji«.

Dodam, że anulowano także praktykę choćby symbolicznego pożegnania pracowników odchodzących na emeryturę, w tym spotkań ambasadorów z ministrem lub sekretarzem stanu. Smutne”.

Autorem wpisu jest Jerzy Maria Nowak, były ambasador RP przy NATO, dyplomata z kilkudziesięcioletnim stażem, poruszający się w sprawach polityki bezpieczeństwa z godną podziwu biegłością. Niezastąpiony dla kolejnych szefów MSZ. Przez dziennikarzy bardzo chętnie zapraszany, gościł też parokrotnie na łamach PRZEGLĄDU.

Kiedy tak wytrawny dyplomata zwraca uwagę na jakąś sprawę, warto jej się przyjrzeć.

Decyzja ministra Waszczykowskiego, by nie pamiętać o odchodzących ważnych postaciach MSZ, jest dla szefa resortu kompromitująca. Pokazuje go nie tylko jako człowieka o niewielkim kapitale kulturowym, ale i osobę, która nie rozumie, czym jest MSZ i jakie wartości powinny tę instytucję spajać.

Przez lata toczyła się podskórna wojna między dwoma spojrzeniami na MSZ.

Pierwsze zakładało, że jest to instytucja profesjonalna, możliwie jak najlepiej realizująca polską politykę zagraniczną. W związku z tym budowano prestiż MSZ, rozwijano wśród pracowników poczucie elitarności, profesjonalizacji, poczucie misji. Tym postawom sprzyjały niepisane zasady – dyplomaci rozwijali się podczas kariery, m.in. ucząc się kolejnych języków, a przede wszystkim tego, by w tych językach mieć coś do powiedzenia. Po powrocie z placówki ambasadorowie odbywali spotkania z ministrem, przedkładali raport ze swojej pracy. A kiedy przechodzili na emeryturę, byli żegnani, choć nie do końca, bo często proszono ich o jakieś opracowania i o to, by nauczali młody narybek… MSZ pamiętało także o pracownikach, którzy odeszli na zawsze. Takie gesty również budowały poczucie wspólnoty.

A drugie spojrzenie na MSZ to perspektywa szabrownika. Na różnych zakrętach historii (a było ich trochę) wskakiwało tu wielu. Żeby zarobić. Układy były tu ważniejsze niż wiedza i umiejętności. Owi spadochroniarze dorabiali sobie różne wytłumaczenia – że potrzebna jest świeża krew, inne spojrzenie, że trzeba przewietrzyć to całe towarzystwo itp. Dziwnie przy tym pomijając sprawy przygotowania zawodowego…

Dla tych osób celebra związana z honorowaniem zasłużonych dyplomatów była nie tylko niepotrzebna, ale i krępująca. Źle się czuli w takiej sytuacji. No to już wiemy, do której grupy zapisał się Waszczykowski. I ludzie z jego ekipy.

Wydanie: 37/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy