Polityka między kampanią i epidemią

Polityka między kampanią i epidemią

Targowisko, market, kopalnia – gdzie pracują teraz posłowie?

W ciągu ostatnich kilku miesięcy epidemia i kampania zupełnie wyssały tlen z debaty publicznej. Tuziny istotnych społecznie spraw zostały zepchnięte na daleki margines. Codzienna i rutynowa praca polityczna, nawet w normalnych okolicznościach nie zawsze spektakularna, całkowicie zaś zniknęła z mediów.

Politycy i polityczki, którzy chcieli pracować i realizować swoje projekty, musieli w tych okolicznościach odnaleźć się na nowo – wyjść na ulice lub przenieść aktywność do sieci, zająć się pomocą dotkniętym pandemią, interweniować w sprawach swoich wyborców, seriami pisać interpelacje. Jedni zakopali się w pracach komisji, drudzy zajęli pracą w swoich okręgach, jeszcze inni weszli w rolę śledczych i kontrolerów – przeprowadzając kontrole i zawiadamiając instytucje państwa o nieprawidłowościach. Niektórzy zmienili swoje biura poselskie w centra pomocy prawnej.

Postanowiliśmy sprawdzić, jak w czasie epidemii pracowali posłowie i posłanki Lewicy.

Poprawki ponad podziałami

– Paradoksalnie okres pandemii jest czasem najintensywniejszej pracy w mojej krótkiej poselskiej karierze – mówi posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek. A przecież już wcześniej pochwaliła się wyborcom tytułem najaktywniejszej posłanki po 100 dniach kadencji. Wtedy – po trzech miesiącach od debiutu w Sejmie – miała na koncie najwięcej interpelacji poselskich i zapytań (154) oraz udział w głosowaniach na poziomie ponad 97%. Łódzka posłanka Wiosny jest członkinią Komisji Finansów Publicznych, która ma tyleż ważne, co stachanowskie i niewdzięczne zadanie przeglądania kolejnych projektów tarcz antykryzysowych przedstawianych przez rząd Mateusza Morawieckiego.

Wśród zgłoszonych przez Lewicę poprawek do tarczy 3.0 jest m.in. ta o zakazie komorniczych licytacji nieruchomości w czasie stanu epidemii i 90 dni po nim. W skrócie chodzi o to, aby nie można było nie tylko wyrzucić kogoś na bruk w trakcie pandemii, ale i ściągać długów poprzez licytacje mieszkań i domów. Poprawka przeszła przy niecodziennym sojuszu posłanki Gill-Piątek z Ministerstwem Sprawiedliwości zainteresowanym wprowadzeniem własnych zapisów antylichwiarskich. Rząd szybko udzielił pomysłowi poparcia. Niekontrowersyjna, wydawać by się mogło, inicjatywa i tak była krytykowana. „Po co wierzycielom pieniądze? Odzyskiwanie długów w Polsce stało się jeszcze trudniejsze niż do tej pory. Tarcza wprowadza kolejne utrudnienia”, skarżył się popularny internetowy serwis z analizami prawnymi Bezprawnik.pl.

Razem z posłem z Trójmiasta, Markiem Rutką, Hanna Gill-Piątek nagłośniła też sprawę handlu przez Agencję Rezerw Materiałowych maseczkami. „Agencja Rezerw Materiałowych sprzedała ponad 62 tys. masek ochronnych po 10 zł w przeddzień epidemii. Później kupowano maski gorszej jakości, bez żadnych atestów, po 39 zł”, tłumaczył wtedy mediom Rutka. Sytuacja była szczególnie nośna na początku pandemii, gdy dziennikarze i komentatorzy pisali, że wyprzedaż środków ochrony osobistej i spekulacja nimi może urosnąć do rangi olbrzymiego skandalu politycznego. Dziś już wiemy, że ten akurat podejrzany epizod został przykryty tuzinem kolejnych. Ale po kwietniowym zawiadomieniu posłów Lewicy sprawą może się zająć Najwyższa Izba Kontroli. 13 maja Marian Banaś wysłał odpowiedź w tej kwestii.

Temat Agencji Rezerw Materiałowych wraca przy tarczy antykryzysowej. Na wniosek posłów i posłanek Lewicy wyposażenie i środki ochrony z ARM mogą być kierowane nie tylko do szpitali czy aptek, ale także bezpośrednio do domów pomocy społecznej. Przepis ten nie pozostał wyłącznie na papierze – rząd i wojewodowie chwalą się dziś, że konieczne zapasy z ARM trafiają do DPS-ów w kolejnych regionach kraju.

– Gdyby nie kampania wyborcza, podobnych poprawek ponad podziałami byłoby więcej – przekonuje Hanna Gill-Piątek. – Pracownicy byliby lepiej chronieni, bezrobotni mieliby lepsze zabezpieczenie, a przedsiębiorcy szybszy dostęp do środków antykryzysowych, gdyby nie to, że przyszło nam pracować w trakcie kampanii. Gdy nad wszystkim wisi ta nieustanna polaryzacja i presja, by pokazać, kto jest lepszy, a kto gorszy.

Wyjście z Sejmu

Innym sposobem, by pracować w trakcie pandemii, jest wyjście z Sejmu i wyjechanie z Warszawy. – Telefonów, wiadomości na Facebooku i mejli z prośbą o interwencję jest teraz zdecydowanie więcej. Poza tym, że nie spotykam się z wyborcami w moim biurze twarzą w twarz, nie zmieniło się tak wiele – mówi Joanna Scheuring-Wielgus, w poprzedniej kadencji posłanka Nowoczesnej, która w 2019 r. zdobyła w Toruniu mandat z list Lewicy.

Gdy polityka w Warszawie stanęła, posłanka wróciła do roli aktywistki społecznej w swoim regionie. Z jakimi sprawami dzwonią ludzie proszący o interwencję? – Od tego, by pomóc ściągnąć kogoś do domu z zagranicy w trakcie pandemii czy dostarczyć jedzenie medykom, aż po to, żeby godzinę porozmawiać – wylicza. Jak przekonuje, zawieszenie prac Sejmu nie przerwało projektów, w które była zaangażowana. Jako większe zagrożenie wskazuje „wyborczą paranoję” i grę w trójkącie PO-PiS-Gowin, która odwraca uwagę dziennikarzy od tematów istotnych społecznie, a wyborcom odbiera resztki zaufania do sejmowej polityki.

Joanna Scheuring-Wielgus była jedną z autorek Mapy Kościelnej Pedofilii, która ujrzała światło dzienne w zeszłym roku i wciąż jest aktualizowana. Posłanka z Torunia pracowała również w gronie ekspertek nad projektem ustawy o Komisji Prawdy i Pojednania, mającej wyjaśniać zaniedbania państwa i Kościoła w walce z przestępczością seksualną wobec małoletnich. Problem jednak w tym, że projekt zgłoszono dokładnie wtedy, kiedy swoją komisję – po emisji filmu „Nic się nie stało” Sylwestra Latkowskiego w TVP – zaczął w końcu, po długiej zwłoce, obsadzać rząd.

Joanna Scheuring-Wielgus zapewnia, że nie porzuca pomysłu powołania bezstronnej komisji – nawet gdyby miała z nim czekać do kolejnej kadencji. – Nie dziwię się, że Ministerstwo Sprawiedliwości tak pogrywa dzięki filmowi Latkowskiego, bo nie mam wielkich oczekiwań względem resortu kierowanego przez Zbigniewa Ziobrę – mówi. Teraz – pomimo obustronnej niechęci – pisze zapytania do ministra i prokuratury w sprawie jej działań w Sopocie. – Co się stało z dowodami, czy zostały zabezpieczone, czy wyparowały, czy są nagrania i czy prokuratura dowiaduje się o takich przestępstwach z telewizji?

Pewne rzeczy jednak się zmieniły. W marcu nie doszło do inauguracji prac Parlamentarnego Zespołu Świeckie Państwo ani do wysłuchania ekspertów w sprawie obywatelskiego projektu reformy mediów publicznych. Tym drugim miał się zająć Parlamentarny Zespół Pakt dla Kultury założony przez Joannę Scheuring-Wielgus. Od lutego nie zbiera się też Komisja Kultury i Środków Przekazu, w której jeszcze zimą referowano zapalne i wzbudzające zainteresowanie dziennikarzy sprawy: słynne 2 mld zł dla TVP czy działalność Polskiej Fundacji Narodowej. Powstał pomysł, żeby dyskusje publiczne i panele z ekspertami na temat reformy mediów posłanka prowadziła online, ale – jak sama zwraca uwagę – „wszyscy są już chyba zmęczeni niekończącymi się telekonferencjami w internecie”. Działając na swoim terenie, wraz z posłem Krzysztofem Śmiszkiem przeprowadziła poselską kontrolę w drukarni Samindruk w Brodnicy, która wydrukowała karty wyborcze na 10 maja.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 23/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Jan Bielecki/East News

Wydanie: 23/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy