Polityka we mgle

Polityka we mgle

Premier Buzek wygłosił pogląd, w jego obozie politycznym oczywisty, że do osiągnięć “Solidarności” należy także zburzenie muru berlińskiego, czyli zjednoczenie Niemiec. Ta wypowiedź, należąca już do liturgii nowej drętwej mowy, uświadamia nam, jak bardzo powierzchowne i mylące wyobrażenia o stosunkach międzynarodowych panują wśród polskich, a zwłaszcza solidarnościowych, polityków. Przewidywano, że uniezależnienie się Polski od Związku Radzieckiego i odrzucenie systemu realnego socjalizmu musi spowodować upadek NRD i zjednoczenie Niemiec. Był to z góry znany koszt polskich przemian, który warto było ponieść, ale żaden polityk reprezentujący polską rację stanu nie mógł stawiać jako celu dla “Solidarności”, czy antykomunistycznej opozycji obalenia muru i zjednoczenia Niemiec. Tego zjednoczenia nie życzyli sobie za bardzo Francuzi, którzy, podobnie jak pisarz François Mauriac, tak bardzo kochali Niemcy, że woleli mieć ich dwoje. Również Brytyjczykom nie było spieszno do tego zjednoczenia, choć – jak wszyscy – uważali, że prędzej czy później ono nastąpi. Nie przypuszczam, aby wielu Polaków obecnie żałowało, że polskie przemiany przyczyniły się do zjednoczenia Niemiec. Wydaje mi się, że niektórzy robią dobrą minę do złej gry i udają, że cieszy ich to, co się stało i już się nie odstanie. Ale obawiam się, że premier Buzek nie udaje, lecz wraz z innymi politykami solidarnościowego pochodzenia jest szczerze przekonany, że obalenie muru berlińskiego było jednym z licznych sukcesów solidarnościowej rewolucji. Dlaczego Polacy powinni zaliczać do korzyści wzmocnienie narodu, z którym mają nie w pełni uregulowane rachunki – nie wiadomo. W polskiej tradycji tkwi składnik mesjanistyczny. Nie wystarczy nam wygrać dla siebie jakąś sprawę; tak dalece lekceważymy narodowe interesy, że tylko uszczęśliwianie innych może nadać sens naszym dążeniom w naszych własnych oczach. Ten mesjanizm nie jest jednak przymusowy. Od polityków mamy prawo wymagać, aby przynajmniej rozróżniali sukces od kosztów tego sukcesu. Tymczasem widzimy, że tego nie potrafią, i wielce z siebie zadowoleni do rubryki “zysk” wpisują także koszty. Człowiek, który zabrałby się do biznesu z takim galimatiasem w głowie, natychmiast by zbankrutował, tymczasem polityk podobnie obciążony może odnosić sukcesy, co nie znaczy, że nie doprowadzi do bankructwa. Straty poniosą rządzeni.
Wydaje się, że rząd w Warszawie nie odbiera sygnałów świadczących o rosnących w Europie Zachodniej wątpliwościach co do możliwości i potrzeby przyjęcia do Unii nowych członków, a zwłaszcza Polski. Takich sygnałów pojawiło się wiele, nie trzeba było czekać aż na wypowiedź Verheugena. A tej wypowiedzi nie należy lekceważyć dlatego, że została zapisana niedokładnie. Coraz więcej Europejczyków chce, aby proces rozszerzania Unii został poddany regułom demokracji. Tak wielkie zamierzenie jak integracja Europy nie może być realizowane ciągle tą samą, dotychczasową metodą faktów tak dokonanych, że nie ma od nich odwrotu, nawet jeśli rozczarowują społeczeństwa. Sprzeciwy do tej pory gasły, ponieważ były spóźnione. W budowaniu jedności europejskiej było za dużo manipulacji socjotechnicznej, trudno sobie wyobrazić, że tym trybem można postępować zawsze i że reakcja demokratyczna nigdy nie wystąpi. Tymczasem w Polsce demokratyzacja tego procesu jest postrzegana jako zagrożenie dla naszych nadziei. Nasze nadzieje mogą być zawiedzione o wiele boleśniej, jeśli demokratyzacja nie nastąpi. Jednoczenie Europy przez rządy wbrew narodom, niech by tylko niektórym, lub przy ich obojętności, zapowiada nietrwałość przebiegle tworzonej konstrukcji. Zamiast poddawać się atmosferze poczekalni, zawsze wyjaławiającej umysłowo, lepiej byłoby europeizować Polskę, na co nie jest potrzebne przyzwolenie Niemców, Francuzów czy Austriaków. Nie musimy od razu należeć do Unii Europejskiej, żeby starać się dogonić Estonię, która nie obaliła muru berlińskiego, ale jest bardziej europejska niż Polska. I pomyśleć, że nie było tam niczego podobnego do “cudu »Solidarności«”, mówiąc słowami Prezydenta. Kłopot polega na tym, że rządzący, podobnie jak aspirujący do rządzenia, nie mają innej wizji rozwoju Polski, jak tylko przekazanie naszych kłopotów Brukseli. My sami nie potrzebujemy się wysilać, bo jako katolicy mamy zapewnione pełne zbawienie. Jednak przez brukselskie ucho igielne łatwiej przeciśnie się słabo zbawiony Estończyk czy Węgier niż stuprocentowo zbawiony Polak.
Jakby mało było niepokojów związanych z możliwością zdemokratyzowania integracji europejskiej, to ostatnio na domiar złego zahamowana została nasza cmentarna ekspansja na Wschód. Lwowscy Ukraińcy – mądrzy jak Polacy – nie zgadzają się na kamienne lwy przy wejściu na Cmentarz Orląt. A nam te lwy są tam niezwykle potrzebne. Nie zadowala nas też napis mówiący, że nasi żołnierze polegli za Polskę, chcemy ścisłości: za “niepodległą Polskę”, co jest wielką różnicą także z ukraińskiego punktu widzenia. W związku z tym cmentarzem można mieć pewne przeczucia co do przyszłości naszego “strategicznego partnerstwa” z Ukrainą.

Wydanie: 37/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy