Polska, a nie polskojęzyczna

Polska, a nie polskojęzyczna

Nie da się wykreślić z historii Polski czynu zbrojnego żołnierzy na froncie wschodnim

Tyle świadomości narodu, ile jego zbiorowej pamięci. Z tej pamięci po roku 1989 próbuje się niekiedy wymazywać, wyrywać fakty z dziejów polskich sił zbrojnych na Wschodzie, zniekształcać je i podważać, niemal odwzorowując poczynania propagandy z lat 1948-1956, brutalnie atakującej II Rzeczpospolitą i odmawiającej jej dokonaniom miejsca w dziejach państwa i narodu czy też kwestionującej męstwo i wkład w zwycięstwo nad hitleryzmem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Patrząc na proces tworzenia zalążków armii polskiej pod kierownictwem politycznym lewicy, należy uwzględnić ówczesne tło historyczne, realia międzynarodowe, warunki, w jakich działali politycy radzieccy, działacze Związku Patriotów Polskich i Centralnego Biura Komunistów Polski. Jednym słowem, konieczne jest spojrzenie krytyczne, zobiektywizowane, ale nie ahistoryczne.

Formowanie jednostek wojskowych na obcej ziemi ma długą tradycję zarówno w dziejach Polski – wystarczy odwołać się choćby do Legionów Polskich we Włoszech gen. Henryka Dąbrowskiego – jak i w historii innych państw. Po zwycięstwach Hitlera w pierwszym okresie II wojny światowej, tj. do konfliktu niemiecko-radzieckiego, na terytorium Wielkiej Brytanii zaczęły powstawać formacje polskie, francuskie, czechosłowackie, belgijskie, holenderskie czy norweskie. Pod względem liczebności, a niekiedy i siły bojowej były one mocno zróżnicowane, lecz ich wysiłek wsparł opór Anglii na tyle skutecznie, że Wyspy Brytyjskie uniknęły losu Francji.

Na terytorium „wielkiego agresora” z pierwszej fazy wojny – ZSRR, odpowiedzialnego za napaść na Polskę i Finlandię, po 22 czerwca 1941 r. zaczęły się formować jednostki wojskowe czechosłowackie, jugosłowiańskie, a następnie rumuńskie i tuż przed zakończeniem zmagań wojennych – węgierskie.

Znaczenie militarne tych jednostek było niewielkie, ale zgoda Moskwy na ich tworzenie wynikała przede wszystkim ze strategicznych interesów bolszewickiego mocarstwa, a także z celów politycznych sił i ugrupowań, które, wykorzystując przyzwolenie Kremla, dążyły do tworzenia zalążków sił zbrojnych po wyzwoleniu. Był to ważny instrument w walce o władzę, jej kształt i program społeczny, zwłaszcza bezpośrednio po zakończeniu zmagań wojennych.

Szczególny charakter miało formowanie jednostek polskich, najliczniejszych wśród oddziałów wojskowych innych państw. Na ziemi radzieckiej w krótkim czasie dwukrotnie budowano od podstaw siły zbrojne sojuszniczej Polski. Było to wydarzenie bez precedensu, by po zorganizowaniu jednej armii, która nie weszła do walki i opuściła terytorium wschodniego alianta, zgodził się on na tworzenie, pod innym wprawdzie kierownictwem i w odmiennej sytuacji strategiczno-politycznej, nowego organizmu wojskowego.

Wyjście armii gen. Władysława Andersa zdecydowanie pogorszyło stosunki polsko-radzieckie, a nade wszystko sytuację Polaków, zarówno ludności cywilnej, jak i wojskowych, a także osób zdolnych do służby, które nie zostały żołnierzami. Ewakuacja armii Andersa okazała się posunięciem krótkowzrocznym, szkodzącym polskiej racji stanu i stosunkom z potężnym aliantem wschodnim, mającym coraz więcej do powiedzenia w rozgrywce Wielkiej Trójki o powojenny ład międzynarodowy.

Józef Stalin, mając dobre rozeznanie stosunków między aliantami zachodnimi a rządem RP na uchodźstwie, raz jeszcze podjął decyzję o utworzeniu formacji polskich w ZSRR. Nie chciał zrezygnować z szansy wykorzystania sprawy polskiej w rozgrywkach z mocarstwami zachodnimi. Rozumiał przy tym, że droga do Berlina prowadzi przez ziemie Polski, więc ustanowienie w niej rządu nie tylko mu przyjaznego, ale wręcz satelickiego zapewni ZSRR rozszerzenie strefy jego wpływów.

Po zwycięstwie pod Stalingradem rola Stalina w decydowaniu o losach wojny znacznie się zwiększyła – stał się bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy, wśród przywódców Wielkiej Trójki koalicji antyhitlerowskiej. Dysponując wiedzą o nastrojach pozostałej przy życiu polskiej kadry oficerskiej, zaaprobował prośbę zarówno działaczy politycznych skupionych w Związku Patriotów Polskich, jak i grupy oficerów z ppłk. Zygmuntem Berlingiem o utworzenie formacji gotowej do udziału w walkach z Niemcami w sojuszu z Armią Czerwoną.

Szansy zbudowania nowej armii nie zaprzepaścili organizatorzy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i kolejnych związków formowanych na terytorium radzieckim, tj. 1. Korpusu i Armii Polskiej. Nie było to zadanie łatwe również ze względu na daleko posuniętą rezerwę, wręcz niechęć części działaczy komunistycznych do tworzenia zwartych oddziałów złożonych z Polaków. Uważali oni, że po doświadczeniach z armią gen. Andersa polskie jednostki powinny być formowane tylko w strukturach Armii Czerwonej.

Decyzja rządu radzieckiego z 6 maja 1943 r. o powołaniu kolejnej polskiej jednostki wojskowej zapadła po zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z rządem RP w Londynie (25 kwietnia 1943 r.), po wykryciu i ujawnieniu przez Niemców grobów oficerów polskich, wziętych do niewoli w wyniku napaści ZSRR z września 1939 r. i rozstrzelanych na polecenie Stalina w Katyniu.

Z pewnością nowa formacja była wojskiem polskim, a nie polskojęzycznym. Warto dodać, że utworzenie 1. DP zaakceptowała Polonia amerykańska, która powołała dla jej wsparcia Ligę Kościuszkowską.

Żołnierze dywizji rekrutowali się z tej samej grupy Polaków, z której była organizowana armia gen. Andersa. Byli zapewne równie krytyczni wobec ideologii bolszewickiej jak żołnierze, którzy ewakuowali się do Iranu. Potrafili jednak wznieść się ponad poczucie krzywdy, udrękę, poniewierkę i głód. „Znad spienionej Syrdarii i z aułów Kirgizji – pisał Leon Pasternak (1910-1969) – jadą chłopcy do armii walczyć w polskiej dywizji / Twarz z tęsknoty wychudła tylko błyszczą się oczy / Żegnaj – niebo południa! Żegnaj – mroźna północy!”. Poeta dobrze wiedział, że żołnierskie twarze wychudły nie tylko z tęsknoty, lecz i z katorżniczej pracy w niezwykle trudnych warunkach klimatycznych.

Ta masa zesłańców, z których ledwie część mogła „dostać broń do ręki i polski mundur”, miała świadomość, że jest to dla niej jedyna droga powrotu do Polski i walki z najeźdźcą.

Główną przeszkodą w organizowaniu 1. DP był brak kadr, zwłaszcza oficerskich. Zamordowanie ok. 20 tys. oficerów – jeńców wojennych z września 1939 r., a następnie ewakuacja z armią gen. Andersa ok. 4 tys. oficerów spowodowały, że w początkach lipca 1943 r. nowo formowana jednostka dysponowała zaledwie 195 oficerami, podczas gdy etat dywizji zakładał przyjęcie niemal 840 osób. Nieco lepsza była sytuacja z korpusem podoficerskim.

Życie wewnętrzne jednostki szkolonej w przyśpieszonym tempie oparte zostało na wzorach wojska II Rzeczypospolitej. Nawet jeśli przyjmiemy, że był to zabieg propagandowy, swoista socjotechnika czasu i okoliczności, i tak polskie umundurowanie, hymn narodowy, ceremoniał wojskowy, obecność kapelanów dawały poczucie więzi z tradycjami narodowymi, w tym legionowymi, co przejawiało się w śpiewaniu „My, Pierwsza Brygada”. Dzień rozpoczynano i kończono „Rotą”. Dywizja miała biało-czerwony sztandar z napisami: „Honor i Ojczyzna” oraz „Za wolność Naszą i Waszą”. Na czapkach żołnierze mieli piastowskiego orła.

Życie religijne organizował ks. mjr Franciszek Wilhelm Kubsz, który od pierwszego zjazdu Związku Patriotów Polskich (9-10 czerwca 1943 r.) stał się jedną z najważniejszych postaci wśród żołnierzy. Podlegał tylko dowódcy, Zygmuntowi Berlingowi, mając zupełną samodzielność w kształtowaniu praktyk religijnych i formowaniu żołnierskiego patriotyzmu. Wprawdzie jego stosunki z Włodzimierzem Sokorskim, zastępcą dowódcy ds. oświatowych, nie układały się najlepiej, ale nie przeszkadzało mu to w posłudze duszpasterskiej. To on przygotował do dywizyjnej gazety dodatek „Bóg i Ojczyzna”. Dobrze zapisał się w pamięci żołnierzy przed bitwą pod Lenino, dodając im otuchy i wiary w słuszność sprawy, o którą walczą.

Wiele krytycznych, w sumie mało uzasadnionych uwag prowokuje dzisiaj treść przysięgi i zasada podległości 1. DP, a następnie 1. Korpusu i sił zbrojnych tworzonych w ZSRR, dowództwu Armii Czerwonej. Rota ślubowania traktująca o wierności ziemi ojczystej i narodowi polskiemu zawierała zwrot o sojuszniczej wierności ZSRR i jego siłom zbrojnym. Przeciwko temu zwrotowi protestowała część żołnierzy, w związku z czym usunięto go w 1944 r., lecz przywrócono po wojnie.

Czy rota przysięgi była serwilistyczna, jak widzą to niektórzy krytycy, a operacyjne podporządkowanie dowództwu Armii Czerwonej stanowiło naruszenie obowiązujących w tej mierze norm? Warto przypomnieć, że Legiony Józefa Piłsudskiego złożyły przysięgę sojuszniczej wierności imperium Habsburgów i jego siłom zbrojnym. Treść przysięgi zobowiązywała moralnie Polaków, by dotrzymali słowa i stanęli w potrzebie razem z żołnierzami ACz, do czego zachęcali oficerowie oświatowi, a nie polityczni.

Co do podległości operacyjnej dowództwu radzieckiemu – sprawa jest zupełnie klarowna. Porozumienia wojskowe władz polskich na uchodźstwie od 1939 r. do 1941 r. zawierały klauzule o operacyjnym podporządkowaniu dowódcom wojsk alianckich, w tym brytyjskim, francuskim, amerykańskim i radzieckim. Słynne polskie dywizjony lotnicze w Wielkiej Brytanii i marynarka wojenna zostały włączone w skład jednostek brytyjskich, nosiły ich mundury opatrzone naszywkami „Poland”. Pod kątem dowodzenia operacyjna dyspozycyjność 1. DP oraz tworzonych później formacji, podporządkowanie ich dowództwu ACz nie mogą być w żaden sposób kwestionowane.

1. DP im. Tadeusza Kościuszki wykonała również zadanie polityczne, dzięki czemu umocniła przekonanie Stalina, że na Polaków można liczyć jako na sojuszników. Polskie formacje wojskowe, których zalążkiem była 1. DP, realizowały w ówczesnych warunkach treść umów polsko-radzieckich z 1941 r. Wypełniały ich postanowienia, od czego uchylił się rząd RP na uchodźstwie. Armia gen. Andersa swój żołnierski obowiązek, także za cenę wielkich strat na Monte Cassino i pod Arnhem, spełniła chlubnie. Jej końcowa droga wiodła jednak na emigrację. Szlak wojska polskiego na Wschodzie prowadził – przez Warszawę i Berlin – na ojczystą ziemię, w takim jej kształcie, jaki ustaliła Wielka Trójka na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie.

To dzięki wysiłkom żołnierzy 1. DP, 1. Korpusu, 1. Armii możliwy stał się powrót do kraju Polaków z ZSRR w kilku falach repatriacyjnych, trwających niemal do końca lat 50.

Zawieszając biało-czerwony sztandar na Kolumnie Zwycięstwa w parku Grosser Tiergarten i na Bramie Brandenburskiej, żołnierze kościuszkowcy zrobili to w imieniu narodu polskiego i tych uczestników walk przeciwko faszyzmowi na różnych frontach, którzy nie dostąpili zaszczytu szturmu na Berlin.

Polska racja stanu nakazywała walkę polskich żołnierzy w szeregach koalicji antyhitlerowskiej bez względu na orientację polityczną ośrodków władzy: rządu RP na uchodźstwie i w kraju. Polskie formacje na froncie zachodnim i wschodnim walczyły razem z aliantami i wniosły niekwestionowany wkład we wspólne zwycięstwo. Wypełniły chlubnie swój żołnierski obowiązek, stanowiąc czwarte pod względem liczebności i potencjału bojowego sojusznicze siły zbrojne. Ich cel militarny był jeden – pokonanie wroga. Jednak konflikt rządu RP na uchodźstwie, któremu alianci zachodni cofnęli uznanie, z rządem lewicy, wspieranym przez ZSRR, oznaczał osłabienie realnego wymiaru wysiłku żołnierza polskiego na Zachodzie.

Bez względu na próby rewizji przebiegu i rezultatów II wojny światowej, podejmowane niekiedy w polskiej historiografii, front wschodni był jej kluczowym obszarem. I tu właśnie wykonywało swoje żołnierskie powinności wojsko, które marsz na Zachód rozpoczęło od bitwy pod Lenino.

Nie da się w żaden rozumny sposób wykreślić z najnowszej historii narodu i państwa czynu zbrojnego polskich sił zbrojnych na froncie wschodnim. Kręgi polityczne im niechętne nie mają prawa wybiórczo oceniać przeszłości, lekkomyślnie usuwać chlubnych kart ze szlaku bojowego żołnierza jedynie dlatego, że nadszedł on – według nich – z niewłaściwego kierunku i z nieodpowiednim sojusznikiem. Czyny bojowe formacji walczących na froncie wschodnim zasłużenie wpisują się w tradycje oręża polskiego. Ich przypomnienie umożliwi kolejnym pokoleniom rzetelną i sprawiedliwą, wolną od koniunkturalnych naleciałości ocenę patriotycznej postawy tych, którym dane było zrzucić obozowy łach, przywdziać polski mundur i z bronią w ręku wrócić do kraju.

Autor jest rektorem Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku

Fot. Laski Diffusion/East News

Wydanie: 41/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. amelie2
    amelie2 10 października, 2018, 16:12

    Związek Patriotów Polskich, z Żydami Wasilewską i Lompe na czele, nie może być wymieniany jako udziałowiec bohaterskiego czynu zbrojnego LWP podczas II wojny światowej. To byli wrogowie polskiej państwowości i Polaków. Działali z pełnym poparciem Berii i Kganowicza. Sprowokowali rzeż Polaków pod Lenino. Umieścili żydowskich, niekompetentnych i niemoralnych dowódców w polskich oddziałch.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Radoslaw
    Radoslaw 14 października, 2018, 12:59

    „ZSRR, odpowiedzialnego za napaść na Polskę i Finlandię ”
    Zajmując wschodnią Polskę, ZSRR zatrzymał przyszłego hitlerowskiego agresora o kilkaset km dalej od swoich granic. Zważywszy, że w październiku 1941 roku Wehrmacht stanął ledwie kilkadziesiąt km od centrum Moskwy, owa napaść ZSRR na Polskę z 1939 roku uratowała nie tylko ZSRR, ale całą Europę przed hitlerowską okupacją, która być może trwałaby do dziś. A na pewno wystarczająco długo, żeby Polacy jako naród zniknęli z powierzchni ziemi. Rozwój wypadków byłby następujący: po nieuchronnym upadku Moskwy Niemcy rzucają ZSRR na kolana, zajmują terytoria aż po Ural realizując wizję „przestrzeni życiowej” dla narodu niemieckiego. Następnie eliminują z owej przestrzeni większość osobników zbędnych – czyli Polaków i Rosjan- zgodnie z Generalnym Planem Wschodnim. USA nie kiwnęłoby palcem, co najwyżej negocjując z Hitlerem odstąpienie od podboju Wlk. Brytanii i w miarę znośne warunki okupacji dla mieszkańców Europy zachodniej (które i tak były nieporównanie mniej represyjne w porównaniu z tym, co Niemcy wyczyniali na wschodzie kontynentu).
    No chyba że ktoś faktycznie wierzy w „political fiction”, że wejście ZSRR do Polski uniemożliwiło polskiej armii odniesienie błyskotliwego zwycięstwa na Wehrmachtem. Oczywiście, przy wydatnym wsparciu zachodnich „sojuszników”, którzy aż się palili do umierania za polską nędzę i dyktaturę. Tak, jak w Monachium rzucili się na pomoc Czechosłowacji A był to przecież rozwinięty kraj demokratyczny, nieporównanie bliższy Zachodowi, niż na wpół feudalna II RP.
    Jeśli zatem położymy na szali te 100-200 tysięcy ofiar radzieckiej okupacji na wschodzie, a z drugiej strony uratowanie przez ZSRR 30 milionów Polaków przed całkowitą zagładą – to co przeważy?
    Amerykanie wyzwalając Europę zachodnią spod hitlerowskiej okupacji dokonali znaczenie większych zniszczeń, niż Niemcy podbijając te tereny. Ale mimo tego nie słyszałem, żeby ktoś we Francji czy Holandii uważał Amerykanów za zbrodniczych barbarzyńców, ktorzy wyrwali biednych Francuzów czy Holendrów spod czułej opieki kulturalnych nazistów.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • mira45
      mira45 18 października, 2018, 19:07

      Zgadzam sie z Panem Radoslawem calkowicie! Jakos dziwnie wszyscy zapominaja o planach niemieckiego Lebensraum na Wschodzie Europy i likwidacji Slowian po wykonaniu niewolniczej pracy (glownie Polakow i Rosjan). Stany Zjednoczone pomogly finansowo ZSRR, aby ten przejal na siebie caly ciezar walk z faszystami niemieckimi. A ze Stalin walczyl przy tym o swoje wplywy? A kto o to nie walczy (dzisiaj tez!)? Nikt juz dzisiaj nie pamieta o tym, jaki wplyw miala ideologia krajow tzw. demokracji ludowej na kraje zachodniej Europy. A szkoda…

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Radoslaw
        Radoslaw 31 października, 2018, 22:03

        Zbudowany po II w.św. w Europie Zachodniej model państwa opiekuńczego nie wziął się z dobrego serca kapitalistów, tylko z ich strachu przed importem rewolucji ze Wschodu, na pancerzach czołgów Armii Czerwonej. Trzeba pamiętać, że po wojnie partie stricte komunistyczne były bliskie przejęcia władzy w tak kluczowych krajach jak Francja czy Włochy – kapitał musiał iść na ustępstwa, żeby nie zapłonęły fabryki i banki. Tym kompromisem był zachodnioeuropejski socjalizm.
        Model socjalny panujący na Zachodzie jest niemal dokładnym odzwierciedleniem PRL-owskiego! Począwszy od samych fundamentów, jak powszechne i bezpłatne szkolnictwo wszystkich szczebli, ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne, aż po dofinansowywanie wypoczynku pracowników, posiłków, aktywności kulturalnej czy sportowej. O zgrozo, toż to „komuna” w czystej postaci! Ciekawe, że Polacy dziś jakoś chętniej wybierają życie na tym „komunistycznym” Zachodzie, niż w kapitalistycznej Polsce, o której podobno tak wszyscy marzyli od 1980 roku. Nawet bezdomnym lepiej być w Berlinie, niż w jakimś upadłym polskim ośrodku przemysłowym. I mimo kłamliwej propagandy i przekupstwa typu 500+, dzietność Polek w Polsce jest chyba dwukrotnie mniejsza, niż np. polskich emigrantek w Anglii. Może dlatego, że w Anglii nawet z ust polityków partii konserwatywnej można usłyszeć wyrażenie „sprawiedliwość społeczna” i jest ona przedmiotem troski państwa, a nie, jak w Polsce, wyszydzana jako „relikt komunizmu”. Jako człowiek od kilkunastu już lat mieszkający na owym Zachodzie twierdzę, że jego model społeczny i oświeceniowa mentalność są zdecydowanie bliższe Polsce epoki Gierka, niż tej mieszaninie dewocji, feudalizmu i ciemnoty, która ogarnia Polskę od 1989 roku.
        Co się tyczy Stalina i walki o wpływy… Pamiętajmy, że Rosja 3-krotnie w ciągu 150 lat stała się obiektem brutalnych najazdów ze strony Zachodu: najpierw Napoleon, a potem 2 wojny światowe. Trudno się zatem dziwić, że ZSRR skorzystał z okazji i po 1945 roku po prostu stworzył sobie strefę ochronną z państw satelickich. Śmiem twierdzić, że były to dykatury i tak nieporównanie łagodniejsze, niż te, które Amerykanie instalowali na południe od swoich granic. Liczba ofiar prawicowego terroru w Salwadorze, Gwatemali, Hondurasie itd. idzie w setki tysięcy. Nie mówąc o „wyzwalaniu” Wietnamu czy Korei, za co zapłaciło życiem lekko licząc (przepraszam za wyrazenie) z 5 mln. niewinnych ludzi.

        Odpowiedz na ten komentarz
  3. Anonim
    Anonim 31 października, 2018, 09:50

    Ciężko jest pokochać historie wojen!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy