Polska ciasnota

Polska ciasnota

Horror mieszkaniowy przed wojną

Spośród obiegowych opinii dotyczących życia w PRL szczególnie żywotna jest taka, że stłoczono wtedy ludzi w maleńkich, standardowych mieszkaniach i że była to jedna z przemyślanych szykan państwa wobec obywateli, których w ten sposób chciano upodlić. A wynikało to z nędzy, która ogarnęła nasz kraj pod panowaniem komunistów. Peerelowska ciasnota i brzydota mieszkań jako degradacja po II RP, w której żyło się pięknie i przestrzennie, to zadziwiająco trwały mit historyczny, chyba tym trwalszy, im bardziej antykomunizm i tęsknota za II RP stają się jałową etykietką tożsamościową.

A przecież przez cały okres II Rzeczypospolitej jednym z niewyobrażalnych dziś mankamentów życia większości jej mieszkańców, a także bardzo poważną barierą cywilizacyjną, blokującą wszelki awans społeczny, był – jak to nazywała prasa tamtego okresu – „głód mieszkaniowy”, czyli konieczność mieszkania w potwornej ciasnocie, w fatalnych warunkach higienicznych i przy braku elementarnej intymności oraz jakichkolwiek perspektyw i nadziei na poprawę stanu rzeczy.

Chałupa jeszcze z pańskiego drewna

Po I wojnie światowej 73% obywateli RP (według spisu ludności z 1931 r.) mieszkało na wsi i w małych miasteczkach, w warunkach skrajnego i wciąż pogłębiającego się przeludnienia. Najmniejsze było w dawnym zaborze pruskim, największe zaś w Galicji, gdzie w 1938 r. 100 ha ziemi musiało wyżywić przeciętnie 114 mieszkańców.

Duża część gospodarstw nie produkowała więc nawet takich nadwyżek, które pozwoliłyby zakupić drewno do rozbudowy domu, kiedy powiększała się rodzina gospodarza lub rodziny jego dzieci. Większość przedwojennych domów wiejskich budowana była jeszcze w czasach pańszczyzny lub niedługo po jej zniesieniu, kiedy chłopi nie kupowali budulca na wolnym rynku, ale otrzymywali od pana w ramach jego powinności feudalnych bądź tzw. serwitutów. Tradycyjnie składały się one z dwóch izb: większej, białej, zamieszkiwanej tylko latem, i mniejszej, czarnej, a więc ogrzewanej od pieca kuchennego, do której zimą sprowadzała się cała wielopokoleniowa rodzina, często wraz ze zwierzętami gospodarczymi. Kilka lub kilkanaście osób na ok. 15-20 m kw. powierzchni mieszkalnej musiało się wyspać, spełnić obowiązki małżeńskie, ugotować jedzenie, odrobić lekcje, naprawić ubranie i narzędzia gospodarcze, wyleczyć chorą krowę, urodzić dzieci i umrzeć.

Władze II RP ograniczały napływ ludności wiejskiej do miast przez bezwzględne egzekwowanie obowiązku meldunkowego. Można by napisać, że w miastach wcale nie było lepiej, jednak często ekonomiczni imigranci ze wsi, którym udało się tam zaczepić, wspominali, że w porównaniu z domową miejska ciasnota wydawała się im ogromnym awansem.

Drogo i ciasno

Jak wyglądała sytuacja mieszkaniowa w przedwojennej Warszawie w porównaniu choćby z peerelowską, można sobie wyobrazić dzięki przytoczeniu kilku danych. W 1938 r. Warszawa miała ok. 1,3 mln mieszkańców, po wojnie podobną liczbę osiągnęła w latach 70. Tyle że przed wojną powierzchnia miasta wynosiła 141,5 km kw., a w 1977 r. – 484,6 km kw. Oznacza to, że taka sama liczba ludzi tłoczyła się przed wojną na trzy i pół razy mniejszej powierzchni miasta. Co więcej, ponad trzy czwarte warszawiaków mieszkało w granicach miasta sprzed 1916 r. (32,73 km kw.), kiedy okupacyjne władze niemieckie pozwoliły na rozrost metropolii poza linię carskich fortyfikacji.

Warszawa przedwojenna, podobnie jak inne duże polskie miasta, w śródmieściu zabudowana była bardzo gęsto XIX-wiecznymi kamienicami z oficynami otaczającymi tzw. podwórka studnie, do których nie docierały światło dzienne ani wiatr pozwalający na wymianę powietrza. Układ tych kamienic znamy choćby z „Lalki” Bolesława Prusa, w której mamy obraz kamienicy Łęckich: mieszkania z oknami od ulicy na pierwszym i drugim piętrze, ze skanalizowanymi łazienkami i ubikacjami, wyposażone w instalację elektryczną i gazową, złożone z czterech-ośmiu pokojów, przeznaczone były dla bogatych najemców. Mieszkania na wyższych piętrach były już mniejsze, często jedno-, dwuizbowe. Za to mieszkania w oficynach, wiecznie ciemne, których nie można było porządnie wywietrzyć, przeznaczone dla uboższych lokatorów, pozbawione były wygód, budowane byle jak, z cienkimi, często na jedną cegłę, ścianami zewnętrznymi, przez które zimą przechodził niedający się opanować chłód.

Ceny komornego w Warszawie były bardzo wysokie. Choć w latach 20. wprowadzono urzędową kontrolę czynszów najmniejszych, jedno- i dwuizbowych mieszkań oraz zakaz ich podnoszenia, dopóki trwała umowa najmu, to zjawiskiem powszechnym i pogłębiającym się było wynajmowanie przez lokatorów części mieszkania sublokatorom. Mały, samodzielny pokój przy rodzinie kosztował 60-80 zł miesięcznie, przy miesięcznych zarobkach np. niewykwalifikowanego robotnika wynoszących 80-100 zł, a wykwalifikowanego robotnika, nauczyciela czy niższego urzędnika – 120-150 zł (na prowincji niższe były i zarobki, i ceny wynajmu). Łóżko sublokatorskie w wieloosobowym pokoju to koszt 20-50 zł, a łóżko dzielone z innym sublokatorem (np. ślusarz pracujący w dzień wynajmuje to samo łóżko z piekarzem pracującym w nocy, co było dość częstą kombinacją) 15 zł. Do tego płaciło się za węgiel, elektryczność, wodę, jeśli była w mieszkaniu, a także za pranie pościeli. Często sublokatorzy mieli wyznaczone godziny przebywania w mieszkaniu, które w nocy było sypialnią, a w dzień zamieniało się w warsztat rzemieślniczy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 3/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. domena publiczna

Wydanie: 3/2019

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy