Psia osoba

Psia osoba

W Warszawie tylko 20 niewidomych dostało psa przewodnika, w całej Polsce – zaledwie 150

Dla mnie to było uskrzydlenie – kiedy złapałam za uprząż i smycz, mogłam przestać się zastanawiać, czy dobrze macham białą laską, czy zaraz nie właduję się na jakiś śmietnik, słup lub kwietnik – mówi Dorota Ziental, która od czterech lat ma swojego psa przewodnika. Inni niewidomi potwierdzają, że pies przewodnik to niesamowite ułatwienie. Ale, niestety, w Polsce działa tylko ok. 150 psów przewodników, a w samej Warszawie zaledwie 20.

Zaufać psu

Joanna Witkowska pod koniec stycznia 2011 r. dostała wiadomość z Fundacji Pies Przewodnik, na którą czekała od dłuższego czasu. – Dowiedziałam się, że kandydat na przewodnika dla mnie nazywa się Bryś, ma około ośmiu miesięcy, jest biszkoptowym labradorem, zrównoważonym, a więc coś już było wiadomo – opowiada. Joanna przyjechała z rodzicami do Warszawy aż z Radomia. Umówiła się z trenerką psów na Polu Mokotowskim. – Trenerka podała mi smycz. Czułam tylko, że coś między nami się kłębi. I ten niesamowity moment zjeżdżania ręką po smyczy, zanim tego psa dotknę – wspomina. Na pierwszym spotkaniu nie było jeszcze pracy w szorkach, czyli specjalnej uprzęży. Szorki może nosić tylko ten pies, który ma certyfikat. Takie potwierdzenie dostaje po egzaminach i szkoleniach, a wystawia je zaledwie kilka organizacji w Polsce. To pierwsze spotkanie służyło poznaniu się. Było przywoływanie psa, chodzenie z nim na smyczy, ale przede wszystkim zabawa i głaskanie. Na koniec kawiarnia. – Bryś położył się przy mnie, przewrócił na plecy i pozwolił głaskać. Wiedziałam, że dobrze się ze mną czuje i chyba się dogadamy – mówi Joanna. Przekazywanie jest procesem – to nie tylko zaprzyjaźnianie się z psem, ale także nabieranie wzajemnego zaufania, nauka komend, psich reakcji. Wszystko odbywa się pod okiem trenera. Po kilku spotkaniach osoba niewidoma może zabrać psa do siebie i zająć się nim – nakarmić, wyprowadzić na spacer.
– Na początku było mi jeszcze dziwnie, kiedy nie dotykałam laską ziemi i nie mogłam dokładnie sprawdzić, co jest przede mną. Stawiałam psu opór, nie ufałam mu – przyznaje Joanna. – Ponieważ jestem też niepełnosprawna ruchowo, miałam problem z równowagą. Żeby ją złapać, wyciągałam rękę przed siebie, a wtedy pies miał kłopot z zakrętami. Mówiłam np.: „prawo, prawo”, a ręka pokazywała „prosto”. Do tego Bryś nie był przyzwyczajony.
Po jakimś czasie pies nauczył się mowy ciała Joanny i zaczął prawidłowo reagować na komendy. Ona także pokonała opór psychiczny. – Między białą laską a psem przewodnikiem jest taka różnica, że miałam wrażenie, jakbym przesiadła się z hulajnogi do mercedesa – śmieje się. – Z psem chodzi się znacznie łatwiej, szybciej i bezpieczniej.
– Teraz jest tak, że ludzie w autobusie zawsze myślą, że pies wie, gdzie ma wysiąść, bo wstaje wcześniej niż ja i jest gotowy. To nieprawda, bo to ja wiem, ale kiedy słyszę, że zbliża się przystanek, zaczynam się zbierać, coś poprawiać, wiercić się. Ludzie jeszcze tego nie widzą, ale Bryś tak, więc wstaje – tłumaczy. Pies przewodnik zna osobę niewidomą tak dobrze, że z wyprzedzeniem potrafi odgadnąć jej ruch, czytając drobne sygnały płynące z zachowania. Jednak bardzo ważne są też wydawane komendy, ton głosu i intonacja. – Inaczej mówię np. kierunki. Przy słowie „lewo” przeciągam końcówkę, a „prawo” mówię dwukrotnie i szybko – wyjaśnia Joanna. – Jeśli chcę, żeby ruszył powoli i delikatnie, dopasowuję ton, mówiąc wolno: „naprzód”. Bardzo długo mówię „dół”, mocno rozciągając słowo, a „góra” – szybko i dynamicznie. Pies znacznie łatwiej odczytuje ton głosu niż słowa, choć te wyuczone oczywiście rozumie.

Wspólna troska

Pako jest czarny. Jako pies przewodnik pracuje od czterech lat. – Jest egzemplarzem uniwersalnym, bezproblemowym i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych – chwali go Dorota Ziental. – Na szczęście jest też psem asekuracyjnym, co znaczy, że nie jest głupkiem za bardzo pewnym siebie, który idzie w zaparte.
Dorota wcześniej obserwowała swoich znajomych z psami i czytała dużo na temat psów przewodników. Sama wychowywała się w domu pełnym psów, jej rodzice mieli hodowlę sznaucerów miniaturowych. – Dla mnie naturalną koleją rzeczy było to, że uczę się chodzić z białą laską tylko po to, by dostać później psa przewodnika. Kiedy prowadziłam Pako, a właściwie on mnie prowadził, czułam się, jakbym na nowo odzyskała wzrok – mówi. Nie miała większych problemów z zaufaniem, bo nad wszystkim czuwał trener Tomek. – Mam z Tomkiem stały i świetny kontakt. Od początku się zaprzyjaźniliśmy.
Największą zmorą dla niewidomych z psami są parki. Psa rozpraszają tam nie tylko inne zwierzęta, ale i ludzie. – Zdarza się, że widzą Pako i mówią: „O, jaki słodki labradorek”, cmokają, wyciągają ręce, chcą pogłaskać – opowiada Dorota. – Psa przewodnika raczej się izoluje od kontaktu z innymi, żeby go nie dekoncentrować. Ja podchodzę do tego luźniej – uważam, że nie trzeba izolować go przez cały czas, aż tak, że nawet w domu nikt inny nie ma prawa go dotknąć. Ale praca to praca, więc kiedy orientuję się, że Pako jest za bardzo rozkojarzony, raczej nie pozwalam nikomu go głaskać.
– Ludzie często mi mówią: „Boże, jak on na panią patrzy z miłością”. A ja uśmiecham się tylko, bo wiem, że jest ze mną bardzo związany, ale ta miłość to nie do mnie, tylko do jedzenia. Bo Pako czeka na nagrodę. Czasem żartuję, że za żarcie zatańczyłby macarenę – dodaje. Ale psa przewodnika nie można nagradzać za każdym razem, bo się przyzwyczai. – On musi mieć supermotywację, z elementami niespodzianki: „dasz mi czy nie dasz?” – śmieje się Dorota.
Zdarza się, że pies przewodnik odmawia wykonania polecenia. Pako już kilkakrotnie nie zareagował nawet na powtarzane przez Dorotę komendy. – Miałam taką sytuację, że powiedziałam mu: „naprzód”, raz, drugi, trzeci, a on nic – wspomina. – Zaniepokoiłam się, bo chwilę wcześniej prowadził bez zarzutu. Okazało się, że nadjeżdża samochód elektryczny, tak cichy, że go nie usłyszałam. Innym razem szłam chodnikiem i Pako nagle zatrzymał się i nie chciał dalej iść. Okazało się, że na wysokości piersi została rozwieszona taśma foliowa, bo zaczęli remont elewacji. Nieraz ten pies mnie przed czymś uchronił – podkreśla Dorota. I chociaż ma w domu trzy psy, więź z Pako jest najsilniejsza. – W ogóle to cały czas bardziej się trzęsę nad nim niż nad sobą. Jak gdzieś idziemy, zawsze się zastanawiam, gdzie się położy, czy mu nie zimno.

Przyjaciel na emeryturze

Jolanta Kramarz jest prezesem Fundacji Vis Maior wspierającej osoby słabowidzące i niewidzące oraz Fundacji Pies Przewodnik zajmującej się szkoleniem. Większość warszawskich psów przewodników wyszła właśnie stąd. U boku Jolanty czuwa Maior, jej drugi z kolei pies przewodnik. Spokojny, biszkoptowy labrador, niespełna trzyletni. Pierwszy pies Jolanty był z nią od 2005 r. Musiała na własną rękę popracować nad jego doskonałością zawodową, więc spotykała się z trenerami, którzy jej pomagali. – Wspólnie doszliśmy wtedy do wniosku, że możemy zająć się pomocą innym i sami szkolić psy – opowiada. – Trenerzy, którzy związali się z nami, doszkalają się zarówno za pośrednictwem fundacji (dwa lata temu byli w angielskiej szkole Guide Dogs), jak i na własną rękę. Jako fundacja korzystamy również z doświadczeń zagranicznych organizacji.
Szkolenie psa przewodnika przebiega etapami. Zanim odda się go osobie niewidomej, musi się nauczyć zachowania w każdej sytuacji. Trenowanie psów jest pracą twórczą – trzeba przewidywać, co zwierzę zrobi, jaka będzie jego reakcja, poznać jego charakter i usposobienie. Przede wszystkim trzeba być cierpliwym, bo i szkolenie podstawowe, i specjalistyczne wymaga ciągłego powtarzania tych samych komend i oceniania postępów psa. – Najlepiej, jeśli osoba niewidoma nie zna psa od szczeniaka, a proces szkolenia odbywa się w okresie, kiedy jest przygotowywana do przyjęcia psiego pomocnika. Wtedy mamy wpływ na socjalizację i ułożenie zwierzęcia oraz odpowiednie dopasowanie psio-ludzkiego tandemu – podkreśla Jolanta. Ona sama znała swojego psa już wcześ-
niej. – Mimo że to fundacja dobiera charakter psa do charakteru osoby niewidomej, nasze wybory są zazwyczaj trafne. Może jednak się zdarzyć, że ktoś lepiej współpracowałby z innym przewodnikiem aniżeli ten, którego pierwotnie dopasowaliśmy, i konieczna jest zamiana. Jeśli osoba byłaby zżyta z psem, trudno byłoby jej zamienić go na innego, choć czasami należy odciąć się od emocji i dokonać najlepszego wyboru – stwierdza Jolanta.
Osobę niewidomą także trzeba przygotować do nowych obowiązków. Na szkoleniach dużo mówi się o starości psa i jego emerytowaniu. W Polsce system przekazywania psów nie jest jeszcze na tyle płynny, by osoba, której pies przeszedł na emeryturę, od razu dostała kolejnego. Szkolenie jest czasochłonne i kosztowne, wiec psów jest mało. Na pewien czas niewidomy musi powrócić do białej laski, a to niełatwe, gdyż zanikły już wcześniejsze umiejętności, zwane pamięcią ruchową.
– Emerytowany pies najczęściej zostaje u osoby niewidomej lub u kogoś z jej bliskich – wyjaśnia Jolanta. – To oczywiście zależy od warunków.
Jolanta ma za sobą takie doświadczenie, bo jej pierwszy pies pod koniec życia chorował. – Cierpiał na bóle kręgosłupa i stawów. Nie radził sobie nawet z małymi schodami. Dodatkowo dość gwałtownie zaczął tracić wzrok – opowiada.
O emerytowaniu psa zdecydowała sama, gdyż ortopeda nalegał, by pies jeszcze pracował. Emeryturę Reda dzieliła na etapy – najpierw zupełnie zwolniła go z pracy i chodziła z nim bez szorek, tylko na smyczy. Sama poruszała się z białą laską. Po namowach ortopedy na jakiś czas przywróciła przewodnika do pracy, bo pies miał w ten sposób zażywać więcej ruchu. Wiedziała jednak, że nie będzie mogła w pełni opierać się na jego umiejętnościach, bo Red miał coraz słabszy wzrok. – Z tego powodu musiałam go całkowicie zwolnić z obowiązków zawodowych. Dla psa to nie jest komfort, kiedy nie widzi, dla mnie też nie, kiedy idę z laską i prowadzę psa, który z powodu ślepoty stawia mi opór na nieznanej sobie trasie – wyjaśnia.
Inną trudną sytuacją, na którą przygotowywani są kandydaci do posiadania psa przewodnika, jest jego śmierć. – Red odszedł 13 kwietnia w ubiegłym roku, miał 11 lat – wspomina Jolanta. – Ta relacja była bardzo bliska, nauczyłam się rozpoznawać każde jego zachowanie. On też musiał nauczyć się mnie. Długo po jego odejściu łapałam się na tym, że cały czas nasłuchuję, myślę o jego reakcjach. To nawet nie był pies, to była taka psia osoba.

Podcinanie skrzydeł

Niewidomy poruszający się z psem przewodnikiem może natrafić na nieoczekiwane przeszkody. Mimo że ustawa jednoznacznie określa, że osoba niepełnosprawna z psem asystującym może wejść praktycznie wszędzie, często zdarza się zatrzymywanie przez ochronę sklepów czy wypraszanie przez personel restauracji. Za niewpuszczenie osoby niewidomej z psem przewodnikiem nie ma bowiem żadnych kar. – Pierwszy proces o prawa osób niewidomych z psami przewodnikami wytoczyłam sama, za czasów mojego poprzedniego psa, który był stroną pośrednią w tym sporze. Pomagali mi Fundacja Helsińska i mecenas Aleksander Woźnicki z kancelarii Gessel – mówi Jolanta. W 2008 r. pozwała hipermarket sieci Carrefour w jednej z warszawskich galerii handlowych. Pracownik firmy ochroniarskiej zabronił jej wejścia do sklepu, mimo że pies był odpowiednio oznaczony. Dzięki sprawie Jolanty została uchwalona nowelizacja ustawy o rehabilitacji z 2008 r., która w sposób wyraźny daje osobie niewidomej prawo wstępu do obiektów użyteczności publicznej, pod warunkiem prowadzenia psa w odpowiedniej uprzęży i posiadania certyfikatu potwierdzającego jego status jako psa asystującego. Jednak w dalszym ciągu niewidomy poruszający się z psem przewodnikiem może natrafić na przeszkody.
Dlatego uczulona na takie problemy Dorota, rezerwując hotel, zawsze informuje, że przyjeżdża z psem przewodnikiem. – Wolę zapytać wcześniej, niż mieć problemy, gdy będę na miejscu – tłumaczy. – Ostatnio, kiedy powiedziałam o psie, były trzy sekundy ciszy, o dwie czy dwie i pół za dużo… Recepcjonista powiedział jednak, że tak, oczywiście, mogę przyjechać z psem. Gdyby odmówili, poinformowałabym stanowczo, acz grzecznie, że ich regulamin ma się nijak do ustawy – podkreśla, wyjaśniając jednocześnie, że dzięki temu wzrasta świadomość praw osób niepełnosprawnych. Kiedyś jej koleżanka nie została wpuszczona do busa z Lublina do Warszawy, a ona sama dalej próbuje dowieść swoich racji w sprawie z warszawską restauracją, do której zabroniono jej wstępu. Nie pomogły ani zapewnienia o wyszkoleniu psów, ani certyfikaty, ani powołanie się na ustawę. Postępowanie ciągnie się już trzeci rok – w tym momencie Dorota wraz z adwokatami czeka na sprawę w sądzie apelacyjnym.
Z roku na rok jest jednak coraz lepiej. – Czasem są wątpliwości przy wejściu. Z drugiej strony potrafię zrozumieć takiego ochroniarza. Idzie młoda kobieta, bez laski i bez okularów, i pakuje się do sklepu z psem. Szorki są czarne jak pies. Kiedy odpowiadam, że to pies przewodnik, w 90% kończy się na „przepraszam”. W 5% przypadków okazuję certyfikat i wchodzę bez problemu. Niestety, zdarza się, że trafiam na beton i słyszę: „wynocha” – kończy Dorota.
Maior każdego dnia doprowadza Jolantę bezpiecznie do siedziby fundacji. Pako radzi sobie nawet w niebezpiecznych sytuacjach, ponieważ dobro Doroty jest na pierwszym miejscu. Bryś specjalnie chodzi wolniej po Starym Mieście, bo doskonale pamięta upadek Joanny na nierównym bruku. Ona pieszczotliwie nazywa go Serduszkiem. Przecież „dobrze widzi się tylko sercem – najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

Wydanie: 44/2016

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy