Rewolucja moralna na Uniwersytecie Jagiellońskim

Rewolucja moralna na Uniwersytecie Jagiellońskim

W wolnej Polsce donos stał się cnotą moralną

Kiedy w lutym tego roku na naszych oczach dokonano chuligańskiego wybryku polegającego na umieszczeniu w internecie wykradzionej z IPN listy nazwisk rzekomych agentów bezpieki, twierdziłem, że kraj opanowała mania prześladowcza polowania na agentów. Haki wyciągane z ubeckich teczek stały się narzędziem walki politycznej, a „historycy-prokuratorzy” z IPN okazali się depozytariuszami największej władzy w Polsce – byli oni w stanie bez sądu, ale za to z pomocą nadgorliwych i rwących się do tego, jakże przyjemnego, zadania dziennikarzy wykończyć każdego, komu można było przylepić jakieś śmieci wygrzebane z dna szuflad ubeckich szaf i biurek. Jak pokazuje przypadek p. Przewoźnika, zwykłe pomówienie mogło wystarczyć do przekreślenia jednej kariery oraz do wywindowania drugiej. I nic tu nie pomogło obalenie tego fałszywego oskarżenia wyrokiem sądu. Szef oddziału IPN, z którego fałszywe oskarżenie (eliminujące Przewoźnika z gry o szefowanie IPN) wyciekło, ma teraz zostać, jako prezes tej organizacji, głównym inkwizytorem kraju i jest popierany w swoich eleganckich zabiegach o to stanowisko przez „liberałów” z PO i partię, która w nazwie odwołuje się do idei prawa i sprawiedliwości. Mamy oto zapowiadaną odnowę moralną, jak się patrzy.
Sprawa Przewoźnika jest symptomatyczna jeszcze z innego powodu. Nie jest on pierwszym poszkodowanym przez tę zinstytucjonalizowaną formę zemsty politycznej, jaką jest zalegalizowane polowanie na czarownice, ale nie jest też zwykłym Kowalskim z ulicy, pozbawionym wszelkich środków obrony przed tego rodzaju atakiem. Przewoźnik jest osobą dobrze ustosunkowaną w pewnych kręgach i za sprawą swych powiązań politycznych jednak uprzywilejowaną. W jego obronie wystąpiły osoby reprezentujące różne opcje polityczne, partie i środowiska. Poza jego politycznymi współwyznawcami bronili go także prezydent Kwaśniewski, szef SLD Olejniczak – z zapałem godnym lepszej sprawy – oraz abp Życiński. Ten ostatni, który w przeszłości za rzekome wspieranie totalitaryzmu piętnował, i to w nieprzystającej do stanu duchownego formie, pełnej sarkazmu i tonów poniżenia, ludzi z innej formacji, tym razem napisał w obronie uprzywilejowanego pokrzywdzonego list otwarty. Dziwnie zachował się Sąd Lustracyjny, który zanim wydał Przewoźnikowi glejt czystości, wahał się, czy sprawa podpada pod ustawę lustracyjną, czy nie, i wypowiadał sprzeczne opinie w tej sprawie. Wcześniej inni uprzywilejowani, którzy znaleźli się na liście Wildsteina, skorzystali, jak np. Jadwiga Staniszkis, z nadzwyczajnych i nieformalnych metod oczyszczenia. Innym pomówionym, mniej równym niż najrówniejsi i jak tamci nieuprzywilejowanym, pozostało wywieszanie w miejscu pracy kopii swoich teczek (jeśli mieli szczęście je dostać) lub obszernych wyjaśnień w trybie usprawiedliwienia swojego postępowania i pokajania się przed kolektywem. Kiedy w lutym myślałem o drodze samooczyszczania się z zarzutów, jako w praktyce jedynej dostępnej dla większości pomówionych osób metodzie obrony swojej godności i dobrego imienia, nie sądziłem, że naprawdę ludzie będą doprowadzeni do takiej desperacji. Dziś już wiemy, że takie przypadki miały miejsce (np. posądzony o bycie tajnym agentem profesor fizyki na UJ, podczas wielokrotnych przesłuchań zmuszany szantażem i zastraszaniem do współpracy z SB, w ramach samooczyszczenia odczytuje przed 80-osobową radą wydziału własną „spowiedź” i umieszcza oświadczenie na tablicy ogłoszeń instytutu. Zgroza!).
Tak oto w wolnej Polsce, demokratycznym państwie prawa, republice parlamentarnej, 15 lat od przemian ustrojowych i 25 lat od powstania „Solidarności”, parę lat po wstąpieniu do Unii Europejskiej, w kraju

przesyconym miłością

do papieża Polaka i uznającym najwyższy autorytet jego nauk moralnych donos stał się cnotą moralną i obywatelską powinnością. Na podstawie donosu zbierają się najwyższe gremia kierownicze najstarszego w Polsce i jednego z najstarszych w Europie Środkowej uniwersytetu i podejmują działania, które przywodzą na myśl zachowania ludzi w najczarniejszych okresach dziejów – zachowania niezgodne z podstawowymi zasadami etyki, z poszanowaniem podstawowych praw człowieka i z zasadami ochrony wolności i godności osoby ludzkiej, zachowania oprawców i ofiar czystek stalinowskich. W stalinowskiej Rosji w latach 1937-1938 w trakcie wymuszanych w sfingowanych procesach politycznych zeznań ofiary wielokrotnie „przyznawały się” do współpracy – sprzed kilkudziesięciu lat – z carską ochraną lub do szpiegowania na zlecenie wywiadu brytyjskiego. W obecnej Polsce nikt na szczęście nie ma władzy wymuszania zeznań torturami i groźbami kierowanymi do rodzin osób wytypowanych na ofiary, ale atmosfera terroru psychicznego, jaka zapanowała w środowisku akademickim, nie jest oddalona od atmosfery tamtych niesławnych doświadczeń. Występuje tylko różnica stopnia – nie niszczy się ludzi fizycznie, ale łamie psychicznie i eliminuje ze sfery zawodowej i publicznej poprzez zbiorowe osądy i ostracyzm. Podobny horror był udziałem wielu Polaków w latach 50. i w roku ’68.
Krytykowany w „Gazecie Wyborczej” rektor UJ zasłania się rzekomymi prasowymi przeinaczeniami jego wypowiedzi. By nie dać mu szansy zastosowania tego samego wybiegu, zacytuję słowo po słowie jego własną wypowiedź, pod którą się podpisał wraz ze wszystkimi swoimi, zapewne bardzo zasłużonymi, tytułami naukowymi. Jest to rozumowanie tak kuriozalne, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, kto i w czyim imieniu te zdania wypowiada, że nie można nad nim przejść do porządku dziennego:
„Społeczność akademicka Uniwersytetu Jagiellońskiego oczekuje, że osoby, których nazwiska znalazły się na „liście 21” opublikowanej w „Gazecie Polskiej”, korzystając z dostępnych procedur, wyjaśnią swój status [sic! – JD].
W celu ułatwienia [sic!] przygotowania wyjaśnień nauczyciel akademicki z „listy 21″ może zwrócić się

do Rektora o urlop

naukowy [sic!] do końca zimowego semestru bieżącego roku akademickiego. Byłoby to połączone z zawieszeniem sprawowania funkcji kierowniczych [sic!] na ten okres.
Po przygotowaniu pisemnych wyjaśnień z własnej inicjatywy lub na zaproszenie [sic!] należy je przedstawić Komisji ds. Etyki (lub innej, jeśli taka zostanie powołana) w terminie nie dłuższym niż do końca stycznia 2006.
Zachęcamy również do przedstawienia tych wyjaśnień bliskiemu otoczeniu [sic!] (na przykład członkom Rady Instytutu lub Wydziału)”. „Odpowiedź na list otwarty Andrzeja Romanowskiego”. Cytuję za „Gazetą Wyborczą” z dn. 5. grudnia 2005 r., s. 25.
Jak by tego było jeszcze mało, rektor Musioł myli bezinteresowne szukanie prawdy właściwe naukowym dociekaniom z powodowanym niskimi instynktami i motywami polowaniem na agentów: „Mówimy, iż pracownicy uniwersytetu winni poszukiwać prawdy i ją odkrywać”. Grzebanie w ludzkich sumieniach, poniżanie ludzi, zaglądanie w zakamarki duszy – kolegów, współpracowników (wśród nich także osób z wieloletnim i niekwestionowalnym dorobkiem naukowym i dydaktycznym) – to nie jest szlachetna powinność naukowego i obiektywnego odkrywania prawdy, przeciwnie – to najbardziej cyniczna perwersja i wypaczenie misji akademickiej.
Aż trudno uwierzyć, że to prymitywne etycznie i prawnie rozumowanie przedstawione zostało jako… „zasady naszego postępowania w tej trudnej sprawie”. Oto na podstawie donosu (bo „lista 21” nie ma żadnej wartości dowodowej – została udostępniona Barbarze Niemiec, na zasadzie równie pokrętnego wnioskowania, jako lista osób, które były rzekomo tajnymi współpracownikami SB) pracownicy, którzy nie dopuścili się żadnego wykroczenia pracowniczego, są wezwani do „wyjaśnienia swojego statusu”, w dodatku na podstawie nieistniejących „dostępnych procedur”. Pomijając mglistość tego żądania (co właściwie ma znaczyć wyjaśnienie swojego statusu?), okazuje się za chwilę, że nie chodzi nawet o oczyszczenie z zarzutów za pośrednictwem IPN lub Sądu Lustracyjnego, lecz usprawiedliwienie się lub pokajanie w formie pisemnych wyjaśnień przedłożonych odnośnej komisji uniwersyteckiej oraz współpracownikom. Nie stoją więc te osoby pod żadnym konkretnym zarzutem, mieszczącym się w kodeksowych przepisach, jakim podlegają jako pracownicy UJ. Co więcej, nie mogą skonfrontować swojego oskarżyciela, nie mają dostępu do materiałów, na podstawie których ich „oskarżono”, a zatem nie mogą poddać ich własnej interpretacji, krytyce, badaniu wiarygodności (obie te okoliczności są zaprzeczeniem podstawowej zasady prawidłowego i sprawiedliwego procesu, jaką jest adwersaryjność i kontradyktoryjność, zapewniająca dwóm stronom sporu równy dostęp do zebranego materiału dowodowego oraz prawo do poddania go weryfikacji) i są zmuszeni, by dostarczyć („z własnej inicjatywy” lub „na zaproszenie”) niesprecyzowanych pisemnych „wyjaśnień”. Są to żądania, które sprowadzają się w praktyce do wymogu udowodnienia własnej niewinności. Mogą osoby te oczywiście wybrać drogę alternatywną, która sprowadza się do przedstawienia samooskarżenia, samokrytyki i pokajania się przed „bliskim otoczeniem”. Aby im jedno lub drugie zadanie „ułatwić”, wyrozumiały i łaskawy pan rektor udzieli im do końca semestru „urlopu naukowego”. To już chyba nadmiar perfidii – urlop na czas pisania „spowiedzi”, udzielony na prośbę zainteresowanego jako

pretekst do odsunięcia nauczyciela

akademickiego od zajęć, wobec braku jakiejkolwiek podstawy prawnej do takiej decyzji. A jakież to naukowe zadania realizować będą w trakcie tego nagłego urlopu naukowego owi nieszczęśnicy z „listy 21”, jakkolwiek by było, za pieniądze podatnika? Ponadto, dla ich większej wygody, „będzie to połączone z odsunięciem od sprawowania funkcji kierowniczych”. Jest to wysoce cyniczne, ale zrozumiałe i sprytnie pomyślane – skoro innej podstawy do ich dymisji nie ma, w tym żadnej podstawy prawnej, zainteresowani będą odsunięci od stanowisk na własne żądanie.
Jakiż to uniwersytet kończyli autorzy tych „zasad naszego postępowania”, kto im nadawał te doktoraty, habilitacje i profesury? W jakiej to cywilizacji pobierali nauki etyki i podstaw praworządności, bo chyba nie w śródziemnomorskiej ani judeochrześcijańskiej, ani tym bardziej europejskiej. Z porad której to kancelarii prawnej korzystali?
W jakim trybie i na jakiej podstawie prawnej rektor może żądać od tych osób jakichkolwiek „wyjaśnień” w związku z publikacją czarnej listy w politycznie tendencyjnej gazecie? Wobec jakich zarzutów mają się tłumaczyć przed Komisją ds. Etyki oraz „bliskim otoczeniem”? Na jakiej podstawie UJ miałby zostać uznany – jak domaga się rektor – za „instytucję pokrzywdzoną”(TK podważył nawet pojęcie osoby pokrzywdzonej w świetle Ustawy o IPN i ograniczył dostęp do jego zasobów instytucjom, np. prasie, telewizji – czy rektor UJ o tym nie wie albo nie rozumie konsekwencji prawnych tego orzeczenia?), na jakiej podstawie prawnej rektor, komisja taka czy inna i bliski kolektyw mieliby uzyskać prawo czytania spisanego ręką pracownika UJ, na bezprawne polecenie rektora, rachunku sumienia za domniemane czyny sprzed 20-30 i więcej lat (w dodatku niestanowiące ani wtedy, ani dziś wykroczenia czy przestępstwa) lub prawo wglądu do ubeckich teczek tych osób? Nawet gdyby te czyny były nieetyczne, to jakie prawo do wdawania się w oceny ludzkich sumień, po dziesiątkach lat, ma rektor i jego komisje? Jakim człowiekiem trzeba być, żeby pożądać takiej władzy? Na szczęście sytuacja osób z inkryminowanej czarnej listy nie jest dziś tak patologiczna, jak to miało miejsce przed wydaniem w październiku orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, uznającego arbitralne różnicowanie przez Ustawę o IPN ludzi na pokrzywdzonych i pozostałych za niezgodne z konstytucją. Wtedy bowiem najbardziej zainteresowanym – tzn. pomówionym lub posądzonym – można było w świetle prawa (dziś już niekonstytucyjnego) odmówić prawa dostępu do zgromadzonych na ich temat materiałów, podczas gdy dostęp taki mieli np. dziennikarze, historycy oraz osoby uznane za pokrzywdzone, które mogły te materiały bezkarnie upowszechniać. Tak właśnie stało się z „listą 21” udostępnioną przez IPN działaczce LPR, Barbarze Niemiec. Trzeba koniecznie dodać, że teczki z inwigilacji Niemiec nie zachowały się

i nie ma żadnych dowodów,

że którakolwiek z osób z „listy 21” w jakikolwiek sposób zaszkodziła właśnie jej. Listę jednak udostępniono jej na tej zasadzie, że osoby te miały jakoby działać na szkodę podziemnej organizacji „Solidarność” na UJ. Niemiec była współpracowniczką tejże organizacji i w tym sensie – dowodzi nielogicznie decydent z IPN – osoby te, pośrednio, szkodziły również Barbarze Niemiec. IPN stanął na stanowisku domniemania winy wobec braku bezpośrednich jej dowodów.
W jednym i tym samym dokumencie rektor Musioł deklaruje chęć dochowania wierności zasadzie domniemania niewinności i jednocześnie domaga się odsunięcia podejrzanych od zajęć i rezygnacji przez nich z funkcji kierowniczych, nie dostrzegając sprzeczności między jednym a drugim. Przecież przymusowe urlopowanie połączone z odsunięciem od zajęć i funkcji kierowniczych (wcześniej mówił o „zawieszeniu” i popierali go w tym liberalni publicyści, tacy jak np. Adam Szostkiewicz, który widział w tym „mały krok” i minimum tego, co trzeba w tym wypadku zrobić) jest już formą publicznego napiętnowania, potępienia i kary. Natomiast domaganie się pisemnego wyjaśnienia wobec niesprecyzowanych i niemieszczących się w prawie pracy zarzutów stanowi szykanę, która nie mieści się w kanonach zwykłej przyzwoitości i praworządności. Jak na razie nie istnieje jeszcze jako nowa jakość ustrojowa IV RP i w Polsce wciąż obowiązuje kodeks pracy. Nie daje on podstaw do zwalniania, zawieszania, sugerowania „dobrowolnego” urlopowania, odsuwania od zajęć i wymuszania rezygnacji ze sprawowania funkcji kierowniczych za bycie umieszczonym na czarnej liście rzekomych współpracowników bezpieki sprzed kilkudziesięciu lat. Poszerzona na bazie modelu prawa unijnego ochrona prawna pracowników daje podstawy wniesienia pozwu o mobbing, gdyby podobne praktyki miały na uniwersytecie się upowszechnić i nasilić wobec wyselekcjonowanych osób.
Trzeba o tym mówić zwłaszcza teraz, kiedy oddelegowany do lustracji pracowników prof. Gąsowski publicznie zapowiada ogłoszenie kolejnej czarnej listy, obecnie kompilowanej przez IPN i obejmującej następnych rzekomych donosicieli, w liczbie 51, a naiwna i głodna „prawdy” dziennikarka z prowincjonalnej telewizji publicznej pyta tylko o to „kiedy poznamy nazwiska?” Na poparcie swych racji Gąsowski, wnosząc swój twórczy wkład w rozwój myślenia o roli uniwersytetu, odwołuje się do pojęcia „instytucji zaufania publicznego”, jaką ma być, w jego mniemaniu, UJ. A więc okazuje się, że UJ jest – jeśli połączyć pomysły pana rektora Musioła i Gąsowskiego – „poszkodowaną instytucją zaufania publicznego”. Zaufanie do tej instytucji zapewne dramatycznie wzrośnie, kiedy ludzie

wzywani przed laty przez SB,

zmuszani przez tę instytucję do różnych działań, w tym do podpisywania lojalek, pisania oświadczeń i wyjaśnień, umieszczeni na jej kwitach i listach, dziś rozszyfrowanych i odtajnionych przez pracowitych historyków z IPN, staną w styczniu przed wysoką uniwersytecką Komisją ds. Etyki, by odczytywać kolejne oświadczenia, wyjaśnienia i wyznawać lojalność wobec uczelni i bliskiego kolektywu.
Czy tak trudno zrozumieć, że ludzie wybijający się czy jakoś wyróżniający, pod względem intelektualnym lub pod względem zaangażowania politycznego lub innego, ludzie, którzy wywierali wpływ na innych lub mogli się stać wpływowi, musieli znaleźć się na celowniku bezpieki? W latach 60. i 70. ludzie tacy prędzej czy później wpadali w sidła ubeckie (w latach 80. zakres wolności był daleko większy, więc wielu miało szczęście uniknięcia trudnych sytuacji i niemożliwych do rozstrzygnięcia wyborów moralnych) – zanotowani na jakimś nieoficjalnym odczycie, złapani na jakimś spotkaniu dyskusyjnym czy wykładzie poza terenem uczelni byli potem wzywani na przesłuchania. Wykorzystywani byli także i ci, którzy mieli jakieś problemy lub których można było jakoś zaszantażować, np. ujawnieniem wstydliwych lub kompromitujących informacji, nieistotne czy prawdziwych. Takich też wzywano. Czy mogli się nie stawić? Czy mogli odmówić udzielania odpowiedzi? Czy mogli złożyć jakąś skargę lub protest? Czy mieli kontrolę nad treścią zapisków ubeka? Czy mogli je zweryfikować, zaprzeczyć im lub je potwierdzić? Czy jeśli cokolwiek tam mówili, to trzeba to uznać za dowód donoszenia i zdrady? Zdrady kogo? Przecież wobec cynicznego aparatu przymusu, niepoddanego żadnym ograniczeniom prawnym ani etycznym, stawały osamotnione i bezbronne jednostki, a nie żołnierze lub zaprzysiężeni członkowie jakiejś organizacji. Czy jest to możliwe, że niektórzy mogli dać się złamać, wciągnąć w jakąś grę? Czy jest możliwe, że inni mogli próbować jakąś grę sami prowadzić? Czy istniała jakaś strategia wyjścia z tej opresji przy zachowaniu bezpieczeństwa, godności i honoru? Czy wolno ich poddawać arbitralnym ocenom jakiejś grupy? Czy wolno zmuszać ich dziś do wyznań i rachunku sumienia? Czy w ogóle wolno nam ich oceniać, a w szczególności potępiać? Czy możemy dziś odsłonić intencje i wszystkie mechanizmy, jakie były w to wplątane? Czy można piętnować ludzi, których zastraszano, szantażowano, zmuszano lub którzy po prostu się bali? Czyżby nie było czego się bać? Jakie prawa mieli ci ludzie wobec aparatu bezpieki w państwie bezprawia? Czyż nie byli oni właśnie ofiarami bezpieki? Czy stawiając ich dziś pod pręgierzem, nie wiktymizujemy ich powtórnie i nie narażamy na podwójne upokorzenie i cierpienie? Czy etyczne jest nadawanie byłym ubekom prawa do oceniania ich ofiar pod względem moralnym – to przecież ich zapiski i zeznania są dla IPN-owców wyrocznią w sprawach winy? Czy wolno nam dziś, w innych warunkach, wymagać od ofiar heroicznej postawy i potępiać, że nie było ich stać na heroizm? Jeśli chcecie koniecznie rozliczać, rozliczcie wpierw katów, ich świadomych i gorliwych współpracowników oraz politycznych zleceniodawców tych działań, a nie znęcajcie się nad ofiarami. Spróbujcie, na dobry początek, odróżnić jednych od drugich.
Postawmy pytania zasadnicze. Czy cząstkowy – i, podkreślmy, bezprawny – zapis fragmentu jakiegoś życiorysu sporządzony ręką ubeka ma być wystarczającą podstawą do oceny czyjejś postawy życiowej i dorobku całego życia? Czy można się zgodzić na to, by los wielu ludzi został uzależniony od czyjejś niepewnej interpretacji zawartości teczek, co do których muszą przecież istnieć uzasadnione rozbieżności? Co począć z osobami, których teczek nie ma już w zasobach IPN, a które są zarejestrowane jako współpracownicy gdzieś w kartotekach? Na jakiej podstawie wolno odróżnić tych ubeków lub agentów, którzy czynni są dziś w strukturach ABW, od pozostałych i uwalniać ich od odpowiedzialności moralnej, od której nie uwolnimy ich ofiar? To tylko kilka pytań i wątpliwości, których jest dużo więcej.
Najważniejsza wątpliwość: czy w wolnym kraju, w państwie prawa gwarantującym swobody konstytucyjne, może funkcjonować w obiegu społecznym bezprawny zapis fragmentarycznych i niepewnych

faktów z prywatnego życia

tysięcy obywateli, znanych z imienia i nazwiska i w pełni identyfikowalnych, z którego zasobów mogą czerpać celowo wytypowane czy też uprzywilejowane grupy? Czy można wyobrazić sobie większe pogwałcenie praw jednostki?
Argument na rzecz ujawnienia teczek wywodzony z rzekomej dążności do poznania prawdy jest jawnie nieszczery, a nawet cyniczny. Każdy wgląd do teczek nieuzasadniony potrzebami rzetelnej pracy naukowej (spełniającej wymogi prawa o ochronie danych osobowych) lub zgodną z konstytucją procedurą prawno-sądową byłby łamaniem praw obywatelskich i musiałby postawić IPN w jednym szeregu z SB. Nie przejęzyczył się prof. Kieres, gdy powiedział, „gdyby lista wyniesiona z IPN przez Wildsteina była listą ubecką, to IPN byłby instytucją ubecką.” Jeżeli jednak teczki, otwierane wbrew konstytucyjnym zasadom, posłużą do upokorzenia tysięcy ludzi, to IPN stanie się taką właśnie instytucją.
Dla ludzi związanych z tym uniwersytetem, którzy nie zatracili elementarnego wyczucia sprawiedliwości, to, co się wyprawia na UJ, musi być zjawiskiem i widowiskiem szczególnie przygnębiającym. Zapewne pamiętają oni inny uniwersytet. Uniwersytet funkcjonujący w dawnym ustroju, w obliczu ograniczeń dużo większych niż dziś i w obliczu groźby zemsty władz na niesubordynowanych profesorach znacznie poważniejszej niż obecne ryzyko. Dziś przecież uczelnia działa w porządku prawnym państwa prawa i jest dobrze chroniona przed nielegalnymi zakusami władzy politycznej. A jednak wówczas władze tej uczelni, rektorzy, dziekani, profesorowie, adiunkci i asystenci potrafili w trudnych sytuacjach stanąć na wysokości zadania, zachować się z godnością, potrafili bronić autonomii uniwersytetu, bronić pracowników, bronić prześladowanych studentów i nawet w najgorszym okresie lat 50. – wiem to z wiarygodnych przekazów – zachować względną odporność na próby indoktrynacji i politycznego podporządkowania nauki i dydaktyki. Umieli też skutecznie blokować ingerencje czynnika ideologicznego w strukturę naboru studentów i w programy nauczania. Oczywiście, że nie wszystko i nie wszystkich można było zawsze uratować. Postawy i zachowania jawnie nieetyczne, które też występowały, należały jednak do rzadkości. Zdarzały się oczywiście osoby zaprzedane bezpiece, zdemoralizowane, cyniczne i skorumpowane. W wielu podobnych przypadkach pozycja, jaką ludzie ci mieli w strukturach ówczesnego establishmentu, zapewniła im bezpieczeństwo na tyle skuteczne, że dziś nie odnajdziemy ich na żadnych ubeckich listach, mimo że to właśnie oni gorliwie podpowiadali ubekom, kogo trzeba inwigilować. Nie dość, że nic im już nie grozi ze strony inkwizytorów rewolucji moralnej, to jeszcze zdarzyć się może, że to oni właśnie będą rozliczać z rzekomych win ówczesne ofiary systemu ucisku.
Z kolei wielu spośród uczciwych pracowników posiadało w tamtych czasach legitymację partyjną i w ten sposób zapłaciło osobistą cenę za możliwość zachowania większej swobody działania i stworzenia, także dla studentów, prawdziwej

enklawy wolnego myślenia

i poszukiwania prawdy w niesprzyjającej dochodzeniu prawdy rzeczywistości realnego socjalizmu. Jest to po części także ich zasługą, że kiedy absolwenci tej uczelni znaleźli się – jako studenci, doktoranci, stypendyści czy wykładowcy – na zagranicznych uniwersytetach, nie musieli leczyć się z kompleksów niższości i wstydzić niedouczenia, wręcz przeciwnie – na tle międzynarodowego grona studentów i pracowników najlepszych uniwersytetów amerykańskich i europejskich wypadali zwykle korzystniej, zarówno pod względem zakresu wiedzy i jakości wykształcenia, jak i umiejętności analitycznych, metodologii, pomysłowości, odkrywczości, poziomu argumentacji. Dziś dużo trudniej odebrać na tych zatłoczonych polskich uniwersytetach z maksymalnie ułatwionym i pozbawionym selekcji dostępem do studiów, rozwodnionymi kryteriami ocen i płynnymi standardami naukowymi równie dobre wykształcenie, jak w tamtych trudnych czasach. Byłoby dobrze, gdyby rektor na jakości wykształcenia, pracy dydaktycznej i naukowej koncentrował się bardziej niż na odległej przeszłości i powikłanych losach pracowników i byłych studentów. Podziały na ludzi uczciwych i kanalie nie są tak łatwe do przeprowadzenia, jak się wydaje prostaczkom żądającym po latach sumarycznej sprawiedliwości i linczu na kozłach ofiarnych wedle uproszczonych reguł wypływających z bezrefleksyjnych kolektywnych odruchów moralnych jednomyślnego środowiska, spojonego nostalgicznym sentymentem wspólnej podziemnej działalności opozycyjnej. Nie można w czasach odzyskanej wolności i demokracji oceniać ludzi wedle niesprawiedliwych kryteriów etyki walki. Nie można w nowych realiach wobec byłego wroga stosować metod z jego arsenału.
Kogo więc dziś boją się włodarze uniwersytetu? Jakiej to władzy się lękają? Demokratycznej? Pochodzącej z wolnych wyborów? Boją się władzy, która może odebrać niosące splendor stanowiska, apanaże, pozycję społeczną, możliwości finansowe, jakie za tym idą? Czy to znaczy, że w wolnym kraju wybrano do władz uczelni ludzi gorszych, etycznie miałkich, mniej niezależnych od politycznych zawirowań, nastawionych bardziej serwilistycznie do władzy politycznej, zmotywowanych etyką oportunizmu i pomyślnością własnej kariery niż wtedy, kiedy wybór był ograniczony przez nadzorców z komitetów partyjnych PZPR? Gdyby tak było naprawdę, byłaby to porażka ostatnich 15 lat, powód do wstydu dla obecnych władz uczelni i wielki zawód dla rzesz absolwentów, którzy także należą do tej samej wspólnoty akademickiej, choć trudno się im dziś w niej rozpoznać. Jeżeli zaś powodem moralnie wadliwej postawy władz uczelni wobec donosu na grupę pracowników jest zwykły brak zrozumienia problemu, to jeszcze gorzej, bo okazuje się, że na czele szacownego uniwersytetu stoją ludzie niemający pojęcia o podstawowych zasadach, jakie rządzą cywilizowanym społeczeństwem.

Autor jest filozofem i historykiem, pracował naukowo w Polsce i USA oraz jako menedżer w międzynarodowych koncernach paliwowych

 

Wydanie: 51-52/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy