Rok dwunasty

Rok dwunasty

Bez uprzedzeń

Nie nazwę tego spiżowym prawem polskiej historii, ale faktem jest pewien zastanawiający rytm w życiu politycznym ostatniego półwiecza: mniej więcej co dwanaście lat zachodzą wydarzenia o charakterze przełomowym lub co najmniej ważne „zawirowania”. Dwanaście lat po ustanowieniu władzy ludowej (można wziąć w cudzysłów, jeśli kto chce) nastąpił Październik. Było to wydarzenie o większym znaczeniu, niż się dziś sądzi: nie tylko skończył się terror, ale upadł również fatalizm komunistyczny, niezmiernie ciążące wielu ludziom przekonanie, że od komunizmu może nie być odwrotu. Poczucie wyzwolenia i radość, jaka wówczas zapanowała, nie powtórzyły się ani w roku 1980, ani1989, zapewne dlatego, że już byliśmy wyzwoleni i chodziło tylko o zmianę władzy, a więc rzecz mniejszego znaczenia. Po następnych dwunastu latach nastąpił tak zwany Marzec. Wszyscy pragnęli jakichś zmian, zarówno kadry rządzące, jak ideowi malkontenci, a także najzwyczajniejsi ludzie, którym mocno już dokuczało bardzo powolne tempo poprawy warunków życia, tak niemrawe, jakby już nic się nie działo. Mimo wielu napięć i ogólnego poczucia, że się w coś niedobrego pogrążamy (co można wyrazić również w kategoriach socjologicznych i ekonomicznych) i że zmiany są niezbędne, nic się wówczas istotnego nie zmieniło. Poluzowano cenzurę w sprawach historii najnowszej i po raz drugi zrehabilitowano już w 1956 r. zrehabilitowanych akowców. Żadnych innych zmian na lepsze w tamtym roku sobie nie przypominam. Dwunastoletni obrót rzeczy został zatrzymany, historia dała się oszukać, ale nie na długo. Wybuch nastąpił po dwóch latach, a potem, pod maską i ochroną ciągle tej samej marksistowskiej gadki, nastała Gierkowska pierestrojka, tak dobrze dziś i coraz lepiej wspominana. Dowód na to, że rok 1968, a nie 1970 był wytypowany przez Historię na ważny przełom, widzę w tym, że „Solidarność” powstała (zresztą niepotrzebnie) w dwunastym roku, licząc od Marca, a nie od Grudnia. Nikt się nie dziwi ani nie ma pretensji o to, że kolejny wstrząs, rok 1989, nieco przyśpieszył. Skoro na Kremlu zasiadł jurodiwyj car Gorbaczow, wszystkie, nie tylko polskie prawa polityki w zasięgu jego panowania przestały działać.
Obecnie znajdujemy się znowu w Dwunastym Roku. Ludzie czują, a wielu nawet o tym mówi, że w Polsce potrzebne są głęboko sięgające zmiany, że kontynuacja tego wszystkiego, co działo się przez dwanaście lat do niczego dobrego już nie prowadzi, że za dużo w tym wszystkim było kłamstwa, że pod nową, drętwą mową kłębią się przemilczane problemy, że w gospodarce narobiono błędów na skalę Planu Sześcioletniego (na skalę, nie o treści mówię) i konsekwencje tego stoją za progiem, że wiele urzędów, zarządów i instytucji dostało się w łapy cyników i głupców, od których przez żadne wybory przebiegające dotychczasowym trybem uwolnić się nie potrafimy. Nasz obecny Dwunasty Rok nie jest podobny ani do 1956, ani do 1970/1971, ani do 1980, ani do 1989, lecz pod istotnym względem przypomina rok 1968. Znowu mamy rok, który się wymknął spod konieczności. Ale podobnie jak tamten, chyba nie na długo. Duża część społeczeństwa żyje jeszcze cieniem nadziei, że SLD, objąwszy władzę, „coś zmieni”. Już widzimy, że przejmie zaledwie ułamek władzy i tylko proporcjonalne do tego ułamka może wprowadzić zmiany. Skoro zszedłem z „historycznych prawidłowości” na poziom zwyczajnych faktów, pozostanę na nim przez chwilę. Słyszę pochodzące od miarodajnych osób zapewnienia, że Unia Pracy weszła w koalicję z SLD po to, żeby „siebie uratować”. Ładna historia! Ten sam instynkt samozachowawczy może więc skłonić ją do opuszczenia koalicji. Dekomponuje się już Platforma Obywatelska i znanym zwyczajem dzieli się, aby się połączyć. Inicjatywy posła Jana Rokity zapowiadają, że Andrzej Olechowski może być od zmienionej Platformy na siłę odłączony. Zapewne chodzi o coś jeszcze, ale że do tego też dojdzie, wydaje mi się prawie pewne. Swoim nazwiskiem, swoim poręczeniem wprowadził do Sejmu tych, którzy nie mieli szans, aby tam się znaleźć, a koniecznie chcieli. Już tam są, do czego potrzebny im protektor? Także smutna historia. Andrzej Olechowski miał szansę zainicjować ruch społeczny skupiony na programowo przez inne partie zaniedbywanej problematyce pracy, produkcji, przedsiębiorczości (3xP), ruch, który samym swoim istnieniem nadawałby ironiczny cudzysłów dotychczasowej polskiej polityce politykierskiej i który oczywiście w jakimś momencie przekształciłby się w partię polityczną, wolną od postsolidarnościowych nałogów. Jednakże ludzie, bez których być może nie mógł działać, mieli swoje priorytety – chcieli jak najszybciej znaleźć się w Sejmie. Na głębsze przemyślenie, nie mówiąc już o rozwinięciu własnych skrzydeł, nie było czasu, a dla dopiero co znalezionych przyjaciół nawet potrzeby.
Liga Rodzin w Sejmie to świeckie usta Episkopatu. Potrzebne mu były te świeckie usta? Po tym, co one będą mówić, oceniać będziemy rolę Kościoła w polskiej polityce. Potrzebne jest politykowanie Kościołowi? Absolutnie jest mu ono niezbędne. Poza polityką biskupi nie mają ludziom nic do powiedzenia. Przed społeczną marginalizacją ratują ich różne odmiany polskiej „teologii wyzwolenia”: jedną głosi Ojciec Rydzyk, drugą arcybiskup Życiński, a zapewne są jeszcze inne odmiany. Kościół od dawna już żyje dzięki sztuce imitowania swego otoczenia instytucjonalnego. Dziś upodabnia się do partii politycznych, do ruchów społecznych, do rewindykacyjnych związków zawodowych, gromadzi swoich wiernych na stadionach niczym kibiców. Zauważyłem, że katolicy nie mają nastroju do modlitwy, jeżeli nie zgromadzą się w liczbie co najmniej 100 tysięcy. Wybory parlamentarne to zbyt duża gratka pastoralna, aby Kościół miał się do nich nie mieszać. Oglądalność biskupów od tego wzrasta. Zepsuć dużo nie mógł, ale co mógł, to zepsuł.

 

Wydanie: 41/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy