Rutyna to aktorska śmierć

Rutyna to aktorska śmierć

Za każdym razem staram się pracować tak, jakby to był mój filmowy debiut Nathalie Baye – francuska aktorka, na polskich ekranach można ją oglądać w filmie „Z miłości do mody” Widzowie odkryli panią w „Nocy amerykańskiej” François Truffauta. To była pani pierwsza poważna rola i jednocześnie ogromny sukces. – Nigdy nie marzyłam o tym, żeby grać w filmie, myślałam raczej o teatrze. Po ukończeniu szkoły aktorskiej agent zaproponował moją kandydaturę François Truffautowi, który kompletował casting do „Nocy amerykańskiej”. Truffaut spotkał się ze mną, ale nie wydawał się zachwycony moją osobą. Kazał mi jednak wrócić następnego dnia i po lekturze tekstu oświadczył, że dostanę rolę. Dał mi moją wielką szansę – otworzył przede mną szeroko drzwi do świata filmu. Jego „Noc amerykańska” to dzieło kultowe, znane na całym świecie. Nie mogę jednak powiedzieć, że stworzył mnie jako aktorkę – pracowałam w życiu z innymi wybitnymi realizatorami i każdy z nich odcisnął na mnie swoje artystyczne piętno. Żonglowała pani między kameralnymi filmami autorskimi i popularnymi produkcjami. Czy tak wyobrażała sobie pani swoją karierę? – Zawsze przyjmowałam tylko te role, które naprawdę mnie interesowały. Nie miałam określonego planu kariery, nie mówiłam sobie: zagrałam w filmie autorskim, więc teraz powinnam się pojawić w jakiejś lekkiej komedii. Po prostu nie lubię się powtarzać – ciemność wymieniałam zawsze na światło i vice versa. Miałam też dużo szczęścia, bo dość szybko mogłam wybierać. Wiele młodych aktorek wskazuje panią jako swoją mentorkę. Czy pragnie pani coś im przekazać? – Nigdy nie dążyłam do tego, aby stać się filmowym pomnikiem! Jednak to prawda, że lubię dyskutować z młodymi aktorami, dawać im rady, opowiadać o mechanizmach kariery. Zadają mi pytania, które sama kierowałam kiedyś do francuskich gwiazd, takich jak Jeanne Moreau czy Danielle Darrieux. Za każdym razem dziwię się, że minęło już tyle lat i że mogę uchodzić za autorytet. Absolutnie nim się nie czuję. Mało tego, mam wrażenie, że sama uczę się od aktorskiej młodzieży – to bardzo ożywcze i wzbogacające. Na planie „Z miłości do mody” nawiązałam przyjacielskie relacje z młodą aktorką Lyną Khoudri. Łapałam się na tym, że od czasu do czasu daję jej dobre rady na życie, co świadczy o tym, że jednak jestem nestorką… W czym tkwi tajemnica aktorstwa? W nieustającej wymianie? – W tym zawodzie najważniejsze są rzeczywiście interakcje – wymiana i umiejętność słuchania. Nigdy nie należy też spoczywać na laurach i ulegać rutynie – rutyna to aktorska śmierć. Za każdym razem staram się pracować tak, jakby to był mój filmowy debiut. Poszukuję wciąż nowych doświadczeń, pragnę się uczyć. Dzięki temu zachowuję wewnętrzną młodość. W każdym razie tak mi się wydaje. Czy z biegiem czasu pani spojrzenie na zawód się zmieniło? – Wszystko się zmienia i ewoluuje. Niekoniecznie w dobrym kierunku, ale nie chcę się bawić w narzekanie, że dawniej było lepiej. Powtarzam sobie, że rozpoczęłam karierę w fenomenalnych warunkach. Czasem w życiu trzeba na wszystko ciężko zapracować, ale o moim zadecydował szczęśliwy przypadek. Na pewno wpłynęło to na moje oczekiwania co do proponowanych ról – wybieram je również ze względu na moją osobistą historię. Wie pani, na pewnym etapie życia zaczynamy podążać śladem nas samych, tego, co dla nas najważniejsze. W filmie „Z miłości do mody” zagrała pani rolę zgorzkniałej kobiety w dojrzałym wieku, wcześniej wcielała się pani często w postacie matek skonfrontowanych z dramatycznymi wydarzeniami życia rodzinnego. Co sprawia, że wybiera pani tego typu bohaterki? – Trzeba by o to zapytać psychoanalityka. Żadna rola nie jest jednak autobiograficzna, film jest zawsze fikcją. W życiu zetknęłam się z różnymi osobami, mogę więc przewidzieć reakcje postaci, w które się wcielam. Bardzo łatwo było mi np. utożsamić się z Esther – wszystkie kobiety na pewnym etapie życia muszą się zmierzyć z problemem upływu czasu. Role matek wbrew pozorom nie są łatwe ani proste. Matki to często postacie tragiczne, chociaż dzięki instynktowi są prawdziwymi boginiami życia, bronią porządku świata. Szczególnie wyraźne staje się to w chwilach dramatów i losowych tragedii. Pani bohaterki mimo pozorów słabości okazują się często

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 19/2022, 2022

Kategorie: Kultura