Rzeźnia

Rzeźnia

Wojciech Smarzowski, zmyślnie nazywany przez krytyków „Wajdą z siekierą”, zamienił ostrze na sztych łopaty. Niestety, nie tylko po to, by ekshumować szczątki, o których naród nie chce pamiętać, ale także w celu maksymalnego uproszczenia przekazu. „Wesele”, jak rozumiem, miało stanowić obok „Róży” i „Wołynia” dopełnienie tryptyku pogromowego, ale jest osadzone na lichych zawiasach, ze swoją czytankową topornością pasuje do tamtych zniuansowanych dzieł jak fajans do porcelany. Nie chcę się pastwić, bo Smarzowskiemu kibicuję, a na wojnie, którą wypowiedział pisowskiej polityce historycznej, jestem po jego stronie barykady. Spośród demonów historii, z którymi brał się za bary, polski antysemityzm jest może najstraszliwszy, a na pewno najlepiej udokumentowany i nagłośniony – być może tu kryła się pułapka, w którą reżyser wpadł. Z faktu, że księża gadają Międlarem i Jędraszewskim, nie wynika nic poza nieznośną publicystyką, z przeplatanki planów czasowych niewiele ponad powszechnie znany i nielubiany fakt, że polskie żydożerstwo jest wiecznie żywe, a Kościół sankcjonuje mechanizm wyłaniania coraz to nowych kozłów ofiarnych, aby spajać naród nienawiścią.

Moje zażenowanie łatwizną, na jaką poszedł Smarzowski, by nie rzec reżyserskim fajansiarstwem, niech zobrazuje mała filmoznawcza komparatystyka. W nowym „Weselu” oficerowie niemieccy, nadzorujący eksterminację Żydów w stodole podpalanej rękami polskich chłopów, gawędzą o Wagnerze – to jest klisza z elementarza wykopiowana, za którą autora zrugano by w szkole filmowej. W analogicznej scenie Elem Klimow, reżyser jednego z najwybitniejszych filmów „wyreżyserowanych siekierą”, umieścił na ramieniu esesmana dowodzącego pacyfikacją lori – małpiatkę, czule głaskaną przez właściciela; w słodkich, niewinnych oczętach zwierzaka odbija się piekło ludobójstwa – i to jest zaiste demoniczny kontrapunkt. Smarzowski, psiekrwio, przecież wiesz, jak to się robi!

Mam z „Weselem” podobny kłopot jak z „Niefortunnym numerkiem…”, ostatnim dziełem Radu Jude – jak dotąd mojego ulubionego przedstawiciela nowej fali kina rumuńskiego. Niewyszukana karykatura ksenofobicznego społeczeństwa zostaje tam spuentowana apokaliptyczno-pornograficzną sceną, która daje uciechę, a nawet przynosi ulgę. W „Weselu” jest podobnie, choć niebezpiecznie blisko estetyki Patryka Vegi: polski faszysta jest kryty przez knura – i jeśli założymy, że to świnia popularnej rasy hodowlanej o wdzięcznej nazwie Wielka Biała Polska, oglądamy nie torturę, ale po prostu akt strzelisty patriotyzmu, bezgraniczne oddanie fantazmatycznej ojczyźnie.

Czy film Smarzowskiego jest czymś więcej niż okrutnie dosłowną ilustracją historii spisanych przez Jana Tomasza Grossa w „Sąsiadach”, zderzoną z przaśnymi obyczajami weselnymi polskich chamów? Czy oddało się w nim coś więcej niż błyskotliwa prowokacja muzyczna Mikołaja Trzaski, który motywem filmu uczynił melodię „Roty” granej po klezmersku na klarnecie (dla rodzimych nacków to może być mocniejsze niż tęczowa aureola Maryi)? Z jaką myślą człek wychodzi z tej projekcji oprócz zażenowania, że choć film słuszny, to subtelny jak hity festiwalu Niezłomni i Wyklęci?

Że jesteśmy narodem słabym, zalęknionym, niepewnym, rachityczną etnią, która w stanie nieustannego zagrożenia wciąż odtwarza mechanizm wyodrębniania i wykluczania Innych, o tym wiedziałem przed filmem. O tym, że lud polski biedny był i tak ciemny, że rodziny żydowskie straszyły swoje dzieci: „ucz się, bo będziesz głupia jak goj”, też było mi wiadomo. Jako i o tym, że lud się potem za to zajadle mścił. Że przedwojenny antysemityzm w Polsce był bliźniaczo podobny do tego hitlerowskiego (akcja „nie kupuj u żyda”, getta ławkowe etc.), tylko bardziej żywiołowy, gorzej zorganizowany – też wiedziałem z czytanek pozaszkolnych. Więcej nawet, być może nieprzepracowaną, wypartą traumą narodu polskiego jest rozczarowanie tym, że Hitler a priori uznał Polskę za kraj podludzi, zamiast uczynić nas przybocznymi w dziele Holokaustu? Może to nie alianci nas zdradzili, ale Trzecia Rzesza srodze zawiodła? Tak, to jest myśl straszliwa, jaką we mnie Smarzowski wywołał, być może warto było się przemęczyć wśród jego weselników, żeby tego demona nazwać i przyjrzeć mu się z bliska.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 42/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy