Sądny rok Kościoła

Sądny rok Kościoła

W roku 2020 żegnamy Kościół autorytarny, ciasny, zaściankowy. Kościół zamkniętych drzwi

Nic nie zapowiadało katastrofy. To miał być kolejny rok, w którym Kościół w Polsce gotów był czerpać pełnymi garściami z układu, jaki zawarł z PiS już pięć lat temu. A układ ten był prosty: proboszczowie, jak kraj długi i szeroki, popierają tzw. dobrą zmianę, głosząc jej chwałę, jednocześnie nie narzucają się zbytnio z niesieniem Dobrej Nowiny, która sprzeciwia się pogardzie i wykluczaniu ludzi – narodowemu sportowi PiS. Biskupi z kolei biorą udział w rozpętywanych przez rząd wojnach kulturowych, dając „bożym wojownikom partyjnym” poczucie, że gdy atakują słabszych, bronią katolickiej wiary i narodowej tradycji przed zalewem lewactwa, gendera i Netfliksa.

Ciemna godzina

Role zostały precyzyjnie rozpisane. Każdy znał swoją kwestię. Jednak pojawienie się w marcu 2020 r. koronawirusa, który przecież miał nas ominąć szerokim łukiem, wywróciło ten scenariusz do góry nogami. Pandemia nie tylko pokazała kłamstwa i mataczenie rządzących, ale przede wszystkim – z punktu widzenia religijnego – obnażyła nieprzydatność Kościoła. I nie jest to już tylko teza publicystyczna, ale stoją za tym twarde dane, jakie przynoszą badania opinii społecznej.

Pierwszy raz od roku 1993 przeważają negatywne opinie o Kościele – wyraża je prawie 50% badanych (CBOS). Do tego musimy dodać, że w ostatnich 20 latach odsetek wiernych uczestniczących w niedzielnych mszach zmalał z 47,5% do 36,9% (za Instytutem Statystyki Kościoła Katolickiego). To nie koniec złych dla Kościoła wiadomości – dzieciaki masowo wypisują się z religii, spada liczba przyjmowanych sakramentów, rośnie liczba apostazji. To wszystko spadło na Kościół niczym grom z jasnego nieba w ostatnich 12 miesiącach. A przecież w trudnych chwilach, jakie sprowadził na nas wszystkich wirus, świątynie powinny przeżywać oblężenie. W takich sytuacjach ludzie przecież szukają słów otuchy, wsparcia, a religia winna się jawić jako bezpieczna przystań.

W tych ciemnych godzinach biskupi mieli szansę ponownie zgromadzić ludzi wokół religii miłości i solidarności. Tymczasem okazali się zaledwie nieudolnymi zarządcami kościelnej korporacji. A stało się tak dlatego, że popełnili – jak naliczyłem – pięć grzechów, które ostatecznie sprawiły, że rok 2020 będzie im się kojarzył z pożegnaniem Kościoła, jaki znaliśmy. I nie ze względu na to, że przechodzi on wewnętrzne zmiany pod wpływem refleksji personelu zarządzającego. Po prostu przestaje być ważny nawet dla samych katolików.

Sojusz tronu i ołtarza

To najbardziej oczywista przewina Kościoła. Jest zrozumiałe, że PiS chce tego sojuszu, gdyż uważa, że Kościół – z całą swoją infrastrukturą parafialną – można przerobić na element machiny propagandowej i politycznej. O ile media rządowe mają prać mózgi, o tyle propisowskie parafie mają prać serca.

Jarosław Kaczyński nie dlatego tak pokochał Kościół i jest gotów bronić go bardziej niż Władysław Gomułka PZPR, gdyż tak drogi jest mu katolicyzm. Pamiętamy przecież, że to prezes PiS mówił, widząc konszachty ZChN i biskupów, że „najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski prowadzi właśnie przez Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe”, czyli partie katolickie. Kaczyński żywił wtedy jednak przekonanie, że da się w Polsce stworzyć laicką prawicę, która nie byłaby zależna od kleru. Kolejne porażki wyborcze i lata spędzone na ławce rezerwowych uświadomiły mu, że prawica w Polsce może być albo narodowokatolicka, albo nie będzie jej wcale. Dlatego postanowił nie tyle z Kościołem się dogadywać, ile go sobie podporządkować – trzymać na smyczy zarówno finansowej, jak i dyscyplinującej, dzierżąc w ręku teczki SB.

Miniony rok pokazał, że dziś to nie tyle Kaczyński potrzebuje Kościoła, ile Kościół potrzebuje prezesa. Im bardziej ten sojusz się zacieśnia, tym bardziej staje się jasne, że upadek polityczny PiS będzie też upadkiem duchowym Kościoła. Protesty, które po wyroku Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej zaostrzającym prawo antyaborcyjne widzieliśmy także przed świątyniami i na których pojawiały się brutalne hasła przeciw władzy, były po części kierowane przeciw Kościołowi. Obecnie, po przygodach duchowych roku 2020, z całą pewnością możemy powiedzieć, parafrazując słowa prezesa, że najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez PiS. Miniony rok ostatecznie potwierdził więc starą prawdę: Kościół, który bierze ślub z jakąś partią, zostaje po przegranych przez nią wyborach wdową.

Zaraza: kara za grzechy

Pandemia COVID-19 zaskoczyła polskie władze. Natomiast nasi duchowi przewodnicy zobaczyli w tym niemalże palec boży – swoisty dopust, który miał być znakiem dla ludu nad Wisłą. Nie brakowało kazań na ten temat, np. jeden z wrocławskich salezjanów przekonywał, że nie maseczki ani żele antybakteryjne ochronią nas przed wirusem, lecz modlitwa. Tłumaczył, że epidemia to kara boska za życie w grzechu: za homoseksualizm, za pary, które mieszkają razem bez ślubu, i za tych, którzy „mordują nienarodzone dzieci”. Krótko: to kara za wszystko, co kler piętnuje u ludzi, bo przecież nie we własnych szeregach.

Szybko jednak się okazało, że owa kara, zarażenie covidem, która miała dosięgnąć, jak mniemano, lewaków, rozpustników i zwolenników nowoczesności, nie ominęła jednakowoż biskupów, księży ani zgromadzeń zakonnych. Skoro wirus nie zważa na wiarę, na przynależność kościelną, odpuszczono ten typ argumentacji. Ale Polki i Polacy zobaczyli, jak schorowana wyobraźnia katolicka gotowa jest wykorzystać każdy ludzki dramat do podsycania zabobonów.

Kiedy Watykan, z papieżem Franciszkiem na czele, podporządkował się zaleceniom naukowców i lekarzy, by zamknąć kościoły, bo to miejsca, gdzie następuje transmisja wirusa, nasi duchowni uznali, że mogą się poddać tej liberalnej i medycznej presji. Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki pisał jednak, że zgoda włoskiego episkopatu, by zawiesić odprawianie mszy, jest „zdradą Chrystusa. (…) Biskupi włoscy pokazują, że katolicyzm jest dla nich jedynie fasadą. W istocie nie wierzą w sprawczość sakramentów”. Wtórował mu Robert Tekieli, który grzmiał o „biskupach bez wiary”. W swoim stylu ze środków ostrożności podejmowanych przez włoski rząd i episkopat kpił Rafał Ziemkiewicz.

Ci rycerze katolickiego myślenia zapomnieli, że – jak pouczał św. Tomasz z Akwinu – „łaska zawsze pracuje na naturze”. Wiara nie ignoruje nauki. Nie odrzuca medycyny. Jeśli korzystanie z sakramentów narażałoby cię na utratę życia, to nie powinieneś z nich korzystać. Jeśli zaś sakramenty mają zastąpić medycynę i naukę, to powinniśmy zlikwidować szpitale, laboratoria i uniwersytety medyczne. A zamiast brać tabletki na grypę, odmawiać zdrowaśki.

Kobiety pod kościołami

Rok 2020 przejdzie do historii także dlatego, że zobaczyliśmy obrazy, które nie przyszły do głowy nawet największym krytykom Kościoła. Biskupi, w ramach spłacania długów za popieranie partii władzy, zażądali dokręcenia śruby prawa antyaborcyjnego. Kaczyński, po reelekcji Andrzeja Dudy, do której Kościół przyłożył rękę, uznał, że w czasie szalejącej pandemii rodzi się szansa przeprowadzenia budzących kontrowersje zmian. Rękami Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej wypowiedział do spółki z biskupami tzw. kompromis aborcyjny. Kalkulował: rząd wprowadza reżim sanitarny, ludzie są zmuszeni do pozostania w domach. A jeśli wyjdą na ulice, to łatwo będzie oskarżyć protestujących o roznoszenie wirusa. Cynizm sięga tu nieba. A wszystko przy aprobacie biskupów.

Kłopot w tym, że ani biskupi, ani Kaczyński nie docenili polskich kobiet – również katoliczek. Kobiety, także wierzące, uznały, że czara goryczy się przelała, żaden smutny prezes w garniturze do spółki z grzesznymi moralistami w koloratkach nie będą decydować o ich losie. Masowo wyszły na place i ulice miast, miasteczek, a nawet wsi. Mało tego, gniew protestujących skierował się też w stronę Kościoła. Przez chwilę manifestacje przeniosły się pod świątynie. Gdyby mi ktoś na początku minionego roku powiedział, że w kraju Jana Pawła II będziemy oglądać katoliczki i katolików protestujących przed kościołami, chronionymi przez szwadrony uzbrojonej po zęby policji, uznałbym go za wariata. A jednak! Kler na ten gniew kobiet zareagował w swoim stylu: piętnując i ganiąc. Brakowało księży, którzy wyszliby do protestujących, którzy zaczęliby rozmawiać. Ten obraz w oczach ludzi tylko potwierdził przekonanie, że Kościół nie rozumie dialogu, zna i ceni natomiast przemocowy charakter państwa.

Do kobiet dołączyła młodzież – ta, która do tej pory siedziała na kanapie. Dołączyła z przytupem. Znajdując nie tylko swój powód do buntu – ograniczanie wolności – ale także język, który pozwolił na unieszkodliwienie propagandowej papki wtłaczanej przez media rządowe. Część księży, ta niebojąca się myśleć, mówi jasno: straciliśmy na długie lata kobiety i młodych, a to oznacza puste kościoły i puste sale lekcyjne podczas religii.

Wierni odchodzą

Do niedawna katolicy odchodzili z Kościoła po cichu, zawstydzeni. W roku 2020 zaczęli odchodzić z hukiem. I dumni. Bo coś w ludziach pękło. Uznali, że nie chcą już być członkami Kościoła, który chroni pedofilów w sutannach, blatuje się z władzą, gardzi rozumem i walczy z Harrym Potterem zamiast z klerykalnym obskurantyzmem. Inaczej mówiąc, zwracanie Kościołowi biletu stało się modne. Znak do wyjścia z Kościoła i trzaśnięcia drzwiami dawały albo znane osoby, albo youtuberki z milionowymi zasięgami w sieci. Jakkolwiek to zabrzmi, bycie katolikiem w katolickim kraju, szczególnie dla ludzi młodych, stało się obciachowe.

Publicznie na temat swojej apostazji wypowiadała się znana dziennikarka i pisarka Anna Dziewit-Meller, felietonistka „Tygodnika Powszechnego”, który, dodajmy, jest pismem katolików otwartych. Dziewit-Meller wyznała: „W obliczu tego, co dzieje się w Polsce – nie widzę dla siebie miejsca w tygodniku katolickim”. Czyli już nawet tzw. katolicyzm otwarty nie jest przestrzenią, gdzie ludzie dobrze się czują, gdzie mogliby się realizować jako osoby wierzące. Co więc powiedzieć o miejscach, gdzie katolicyzm przypomina młot na czarownice?

Inny przykład to Jola Szymańska, która popularność w sieci zdobyła, mówiąc o wierze, pokazując, że można być młodą, rozumiejącą współczesny świat katoliczką. Jola, która mieszka w Krakowie, organizowała nawet ruch katolików świeckich pod hasłem „Odzyskajmy nasz Kościół”. Ci młodzi ludzie mówili, że mają dość kościelnej obsesji na tle seksu, zamieniania ambony w mównicę sejmową, aroganckich biskupów, którzy poniżają i upokarzają swoich laickich współpracowników. Kiedy zobaczyła, że jej protest nikogo w Kościele nie zajmuje, przestała poruszać temat wiary. W minionym roku nagrała ostatni odcinek na ten temat na YouTubie, mówiąc krótko: „Dzień dobry. Mam dość. Do widzenia”. Tak, Jola trzasnęła kościelnymi drzwiami.

Inną kategorią są youtuberki – dla młodych ludzi nowy typ autorytetu – które zachęcają do odejścia z Kościoła. Przykładem jest Hania Es, która nagrała filmik o wierze i Kościele (zasięg 180 tys.) – choć przekonuje, że ceni wiarę chrześcijańską, to kościelna instytucja jest dla niej anachroniczna. Ma też dość „księży, którzy są ponad prawem”, gdyż państwo nie ściga ich za przestępstwo pedofilii. Dodatkowo Hania Es przedstawia krótką instrukcję, jak dokonać apostazji.

Odchodzenie z Kościoła to wręcz trend. Powód do dumy. Ale biskupi pozamykani w swoich pałacach nie zdają sobie sprawy, że dzięki sieci i kolejnym publicznym apostazjom odbywa się masowy exodus wiernych – zarówno tych, którzy już tylko w kartotekach kościelnych funkcjonowali jako katolicy, jak i tych, którzy do wczoraj byli twarzami „fajnego katolicyzmu”. Odchodzą z podniesioną głową, mówiąc: „Mamy dość!”.

Rysa na pomniku Jana Pawła II

Do tej pory raczej mówiono o tym szeptem: że św. Jan Paweł II, polski papież, nie zrobił wszystkiego, co zrobić powinien, by chronić dzieci przed wykorzystywaniem ich przez seksualnych drapieżników w sutannach. Ale rok 2020 przyniósł zasadniczy przełom. Zaczęło się od słynnego wywiadu z kustoszem pamięci o Janie Pawle II. Kard. Stanisław Dziwisz na pytania dotyczące molestowania seksualnego w Kościele odpowiadał, że nie wie, nie pamięta, nie słyszał. Ten wywiad wzbudził powszechny niesmak. Ba, kard. Dziwisz pokazał w nim, że jego wiarygodność jest zerowa. Potem przyszedł film dokumentalny „Don Stanislao”, w którym mnożyły się pytania o udział krakowskiego kardynała w tuszowaniu skali nadużyć seksualnych w Kościele i nieinformowaniu o niej Jana Pawła II.

Po odwołaniu przez Watykan 70. Edwarda Janiaka, ordynariusza kaliskiego, za tuszowanie pedofilii, stało się jasne, że Watykan dał zielone światło do pociągnięcia do odpowiedzialności także polskich hierarchów. Być może dlatego, że Stolica Apostolska opublikowała w końcu przeszło 400-stronicowy raport na temat jednego z największych seksualnych przestępców, jakim okazał się amerykański hierarcha i przyjaciel Dziwisza, Theodore McCarrick. O ile wiarygodność kard. Dziwisza jest już zerowa w kwestii wyjaśniania nadużyć seksualnych w Kościele, o tyle wszyscy rzucili się do obrony Jana Pawła II. Pojawiły się zapewnienia, że polski papież mógł nic nie wiedzieć o grzesznej i przestępczej działalności McCarricka, bo według raportu pierwsze oskarżenie o wykorzystywanie seksualne małoletniego pojawiło się dopiero w 2017 r., czyli ponad 12 lat po śmierci Jana Pawła II. Przekonywano, że papież Wojtyła nie ufał tym, którzy chcą dyskredytować księży, gdyż nauczył się tej nieufności w komunistycznej Polsce, gdzie była to metoda powszechna. Ale przecież wiemy, że o nadużyciach seksualnych w Kościele mówi się głośno już od lat 70. XX w. Zrozumiałbym, gdyby tłumaczono, że jednak dzisiejszy stan wiedzy i świadomości jest inny – że obecnie zbadaliśmy ten problem, że ufamy ofiarom i wiemy, że te dramatyczne historie nie są próbą oczerniania Kościoła, ale ujawnieniem elementarnej prawdy, którego chcą skrzywdzeni i skazani na długie lata milczenia.

Tyle że i takie postawienie sprawy jedynie trochę tłumaczy papieża. Pontyfikat Jana Pawła II był długi, a zarazem stał się źródłem jednego z najpoważniejszych kryzysów, z jakimi mierzy się dziś Kościół. To w czasie jego rządów rozwinęła się zdegenerowana struktura kościelna, która umożliwiała wykorzystywanie seksualne dzieci na tak wielką skalę. Może i Jan Paweł II nie wiedział o nadużyciach ani przestępstwach swoich księży i biskupów, ale wiedzieć powinien. Niewiedza jest tu marnym usprawiedliwieniem. A wiedziałby, gdyby zamiast jadać śniadania ze swoim zaufanym sekretarzem, czytał do porannej kawy światowe gazety. Tak – miniony rok to czas, w którym na pomniku Jana Pawła II pojawiły się znaczące rysy.

To rok, w którym okazuje się, że polski papież nie jest już tarczą chroniącą polski Kościół, jego pontyfikat staje się w końcu przedmiotem krytycznych analiz. Także katolików.

Katolikiem się stajesz, nie rodzisz

Kto z nas nie słyszał takich historii lub sam nie brał udziału w tych rodzinnych obiadach i spotkaniach, podczas których dziadkowie wypytują świeżych rodziców: „To kiedy chrzest naszego wnusia?”. Często pytanie to wprawia młode małżeństwa w zakłopotanie. Odpowiedź bywa wymijająca. Jednak po powrocie do własnego domu młodzi rozmawiają, że chrzest może nie jest potrzebny, ale przecież nie można zrobić przykrości dziadkom.

Inna scena, nawet bardziej powszechna. Kiedy już pojawiasz się na rodzinnym obiedzie z chłopakiem czy dziewczyną, bliscy – w tym rodzice – zapytują niby żartem: „To kiedy ślub? Bo musimy przygotować fundusze!”. Młodych ludzi takie pytanie dziwi, nie rozumieją, po co im ślub zawierany w kościele. Związek rozumieją jako partnerstwo, gdzie chodzi o to, by być szczęśliwymi i nie zadawać sobie bólu. A na indagacje rodziny, kiedy ślub, reagują wzruszeniem ramion. Także katolicy.

Na naszych oczach upadają więc przyzwyczajenia, które sprawiały, że biskupi mogli z dumą mówić, że zarządzają „katolickim narodem”. Po pierwsze, nie działa już presja otoczenia, że jak nie ochrzcisz dziecka, to co powiedzą babcia albo dziadek. Dziś nawet dziadkowie, widząc biskupów, którzy kryją pedofilów, zaczęli się martwić o dzieci posyłane do kościoła i pod opiekę duchownych.

Po drugie, ziszcza się w końcu stara prawda: katolikiem się nie rodzisz, jak chcieliby nasi biskupi, ale nim się stajesz, podejmując świadomy wybór. Tylko jak masz wybrać katolicyzm, gdy widzisz sytych i aroganckich polskich biskupów? Hierarchowie z ich anachronicznym nauczaniem w kwestii etyki seksualnej, koncepcji rodziny czy statusu kobiety są postrzegani przez młodych jako fałszywi moraliści w sutannach, którzy jak pijani płotu trzymają się starego porządku świata – nie wykazując choćby odrobiny zrozumienia dla przemian zachodzących w dzisiejszych różnorodnych i pluralistycznych społeczeństwach. W roku 2020 na dobre żegnamy taki Kościół – autorytarny, ciasny, zaściankowy. Kościół zamkniętych drzwi. A w zasadzie żegnają go sami katolicy, nie widząc potrzeby, by z takim Kościołem się utożsamiać. Odmawiając mu wiarygodności i autorytetu. Dzięki Bogu.

Fot. Paweł Waśniowski/REPORTER

Wydanie: 2/2021

Kategorie: Kraj