Sierpień ’80 – walka o sukcesję

Sierpień ’80 – walka o sukcesję

Nie byłoby Sierpnia bez dekady gierkowskiej

Prof. Karol Modzelewski – ur. w 1937 r., w okresie PRL działacz opozycji demokratycznej i współzałożyciel Solidarności.
Prof. Andrzej Werblan – ur. w 1924 r., działacz PPS, potem PZPR, sekretarz KC, w strukturach władzy w latach 60. i 70. odpowiadał za sprawy nauki i oświaty.

Modne jest dziś opowiadanie, że nie byłoby Sierpnia, gdyby nie pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II. (…)
KM: (…) Może by nie było Sierpnia bez wyboru papieża, ale na pewno by nie było Sierpnia bez dekady gierkowskiej.

AW: Moim zdaniem, byłby Sierpień…

KM: Ale inaczej by wyglądał. (…)

AW: Wyszyński był bardziej hamulcowy. Wyszyński chciał gasić, on się obawiał wybuchu, buntu.

KM: Powiedziałbym, że nie bez racji się tego obawiał.

AW: Miał wyczucie układu geopolitycznego, uważał, że to nie jest jeszcze pora. Wyszyński nie żywił w sprawie geopolityki złudzeń. Sądził, zwłaszcza po dekadzie gierkowskiej, że do stracenia jest bardzo dużo. I wolał nie wystawiać tego na szwank. On w sposobie myślenia, jak sądzę, przypominał Druckiego-Lubeckiego w chwili, kiedy wybuchało powstanie listopadowe.

Tylko że ten sposób myślenia latem1980 r. szedł w poprzek nastrojom. Naród był zrewoltowany, kto chciał uspokajać, był podejrzany. Dowodem tego niech będzie, jak odebrano homilię Wyszyńskiego na Jasnej Górze.
KM: Wtedy Kościół się uratował. Episkopat wydał przecież oświadczenie, że ocenzurowano przemówienie Wyszyńskiego, bo je skrócono.

AW: Niczego nie zmieniono. Przed Częstochową, a już w czasie strajków sierpniowych, Gierek bardzo zabiegał o spotkanie z Wyszyńskim. Z dwóch powodów. Po pierwsze, sądził, że to spotkanie, wraz z komunikatem o nim, jakoś jego pozycję umocni. Po drugie, chciał jakoś wpłynąć na to, co Wyszyński powie.

KM: Mowa o 1980 r.

AW: Tak. Już w czasie strajków, a przed Częstochową. Kania otrzymał zadanie, żeby zorganizować to spotkanie. Rozmawiał z Orszulikiem. Powiedział, że I sekretarz chce się zobaczyć, zaproponował Natolin jako miejsce spotkania. Orszulik rozmawiał z Wyszyńskim i później zadzwonił, że ksiądz prymas chciałby osobiście o tym porozmawiać z panem Kanią. Kania powiedział o tym Gierkowi i pojechał do prymasa. Prymas go zapytał: „Niech pan powie, czy pan sądzi, że powinienem się spotkać z panem Gierkiem?”.

KM: Jezu…

AW: Kania oczywiście odpowiedział, że tak. To Wyszyński pomyślał chwilę i powiedział: „Chyba podzielam pana opinię, spotkam się z panem Gierkiem. Jemu, jak myślę, z mej strony ta pociecha się należy”.

KM: (śmiech!)

AW: Później rozmawiali o strajkach, o stoczni. Kania starał się przedstawić takie fakty, które świadczyłyby o różnych anarchistycznych zachowaniach strajkujących, lekceważących wypowiedziach o Związku Radzieckim, o tym – jednym słowem – że tam są niebezpieczne nastroje. Wyszyński tego słuchał i powiedział Kani: „To prawda, do mnie też dochodzą takie sygnały, że oni dosyć lekceważąco o tym państwie i jego interesach mówią. Ale pan – tu zwrócił się do Kani – nie pomyślał, że być może oni niezupełnie to państwo za swoje uważają”. I na koniec powiedział Kani tak: „Ja się spotkam z panem Gierkiem, ale chciałbym, żebyście panowie wiedzieli, że to żadnego wpływu nie będzie miało na to, co ja powiem w Częstochowie. To, co powiem, już jest napisane i ja słowa w tym nie zmienię. Mam świadomość mojego obowiązku. I powiem, co uważam za swój obowiązek”. Więc taka to była rozmowa.

KM: Miał rozeznanie, z kim się spotkać…

AW: Miał rozeznanie. Zakładał, że Kania jest ten następny. I że jeśli idzie o Gierka, to mu się pociecha z jego strony należy. Pociecha duchowa już. On nie miał złej opinii o Gierku. Micewski opowiadał mi, że po 1975 r., czyli po normalizacji stosunków z Kościołem, Wyszyński mu mówił: „Dopiero teraz kładę się spokojny spać co wieczór. Wiem, że sytuacja Kościoła jest na dobrej drodze”. Wtedy też zmienił stosunek do państwa i władz. Bo nie przewidywał, że w rychłym czasie może zmienić się sytuacja geopolityczna. Natomiast uważał, że w tych ramach, w jakich Polska się znajduje, można coś dla Kościoła i dla narodu załatwić. W ten sposób, w jaki on to pojmował.

AW: Na Sierpień, moim zdaniem, pracowały różne czynniki, wcale nie tylko papież, ale też nie tylko to, że społeczeństwo czuło się wobec władzy pewne. Moim zdaniem pogarszała się sytuacja ekonomiczna i zaopatrzeniowa. I po drugie, od 1976 r. narastał kryzys w kierownictwie PZPR. Zaczęła się walka.

KM: O sukcesję już?

AW: Tak. Zaczęła się ukryta walka o sukcesję.

KM: Tego nie wyniesiono na zewnątrz.

AW: Ta walka toczyła się od czasu nieudanej podwyżki cen w roku 1976. Już przy tej podwyżce zarysowały się różnice, a ponieważ ona się nie udała, te różnice się zaostrzyły. W tej rywalizacji liderami byli z jednej strony, Edward Babiuch, a z drugiej strony, Stanisław Kania. Byli to liderzy dwóch grup.

Czyli nie Olszowski?
AW: Nie, jeszcze daleko do Olszowskiego. Kania i Babiuch. I chyba obaj nie chcieli wykopać Gierka. Ale chcieli zająć pozycję kontrolujących sytuację przy Gierku. A ogień skupił się na Jaroszewiczu, bo on odpowiadał za podwyżkę i w ten sposób stał się chłopcem do bicia. Gierek długo bronił Jaroszewicza. Miał poczucie, że jak go odda, to on sam znajdzie się na celowniku i będzie następny. Myślę, że to obserwowali też radzieccy, oni mieli dosyć dobre kontakty z kierowniczym aktywem tej partii. Wiedzieli, jaka toczy się gra, i oni też zaczynali się ustawiać bardziej pod Kanię niż pod Babiucha.

KM: Babiuch dla mnie był kompletnie bezbarwny.

Więc na czym polegała jego siła w aparacie?
AW: Na tym, że on przez długi czas kontrolował sprawy organizacyjno-personalne, miał wielki wpływ na awanse ludzi w aparacie, na ustawianie, kto będzie pierwszym, a kto drugim sekretarzem w komitetach wojewódzkich. W ten sposób rozstawił trochę ludzi, do których miał zaufanie. Poza tym blisko współpracował z Jaroszewiczem i dla Gierka, kiedy ten już doszedł do wniosku, że Jaroszewicza nie da się utrzymać, Babiuch był bliższy. Z Kanią było więcej konfliktów. Poza tym Kania był bardziej niezależny.

KM: Kania to była jakaś indywidualność. Czy Babiuch był indywidualnością?

AW: Obaj byli podobnego formatu, podobnej biografii i doświadczenia. Kania nie krył się z krytycyzmem w stosunku do pogrudniowej polityki gospodarczej. Do zadłużania kraju. Zdaje mi się, że nie miał racji. Z tego, co mówi wielu ekonomistów, wynika, że może w niezbyt rozsądny sposób tę nową falę industrializacji wykonano, ale kierunek był właściwy. Oczywiście można to było lepiej zrobić. Ale niepowodzenie było częściowe, zadłużenie nie było takie wielkie, jak się do dziś mówi, i było raczej efektem nie tyle błędnych rachub, co pogorszenia się sytuacji światowej z powodów politycznych, z powodu kryzysu bliskowschodniego. Wskutek recesji na Zachodzie wiele rzeczy się zmieniło. A nasz system wykazywał w tej dziedzinie szczególnie małą elastyczność.

KM: Babiuch chciał być premierem?

AW: Oczywiście. I raczej sądził, że to utoruje mu drogę do sukcesji po Gierku.

KM: On sobie zdawał sprawę, jak bardzo jest pozbawiony charyzmy?

AW: Z tego ludzie na ogół nie zdają sobie sprawy. Ten dar, żeby zdawać sobie sprawę z własnej ułomności, niezbyt wielu posiada. Więc Babiuch został premierem po VIII Zjeździe, w lutym 1980 r., na którym ja zresztą, na krótko, na dziewięć miesięcy, zostałem członkiem Biura Politycznego.

Jak pan został?
AW: Myślę, że był to wynik różnych przetasowań, w sumie ten awans nie miał wielkiego znaczenia. Ostatecznie ukształtowały się dwa obozy. Bliższy Kani, ja zresztą mogłem być do niego zaliczany, i bliższy Babiuchowi.

A Gierek pośrodku czy…
AW: Tak, ale raczej z większą sympatią do Babiucha.

KM: Czy Babiuch był ze Śląska?

AW: Chociaż w sensie partyjnym był z Mazowsza, to pochodził z Zagłębia.

Te grupy, Kani i Babiucha, mocno rywalizowały?
AW: Ja nie jestem pewny, czy Babiuchowi nie kładli kłód pod nogi. Budziło wtedy moje podejrzenia, dlaczego pierwsze strajki…
…wybuchły w Świdniku…

AW: Wybuchły w zakładach zbrojeniowych. I wybuchły po tym, jak Babiuch podjął tę nieszczęsną decyzję o komercyjnych cenach w sklepach fabrycznych. Sklepy komercyjne w miastach istniały od dawna. Można było w nich kupić wędliny po wyższej cenie. A on zdecydował, żeby i w fabrycznych bufetach wprowadzić wędliny po dwóch różnych cenach.

KM: W tamtym systemie to wymagało decyzji centralnej, politycznej.

AW: Ta decyzja została podjęta przez rząd. Przypuszczam, że z Gierkiem była uzgodniona. Biuro Polityczne o tym nie dyskutowało. Odpowiedzią na te ceny były strajki w trzech fabrykach zbrojeniowych – Świdnik, Rzeszów i Stalowa Wola. Najsilniej penetrowanych przez służbę bezpieczeństwa. Najlepiej opłacanych.

Jeszcze kolejarze strajkowali.
AW: To później. Zaczęło się od Świdnika. Kiedy to wygaszono, stanął węzeł kolejowy w Lublinie. A potem to już te strajki szły, w połowie sierpnia fala była nie do zatrzymania. Ale wpierw trzeba było ją poruszyć. Nie jestem pewny, czy za tym nie kryły się jakieś machinacje.

Zakłady zbrojeniowe były zabezpieczane kontrwywiadowczo…
AW: Był cały departament, który się tym zajmował. Są tu sprawy do badania dla historyka. Trzeba by ustalić osoby, które inicjowały, sprawdzić, jak reagowały służby. Dla mnie jest zastanawiające, w jakim środowisku strajki się zaczęły.

KM: Panie profesorze, strajki inicjują osoby, które są aktywne w systemie, w którym żyją. W Wałbrzychu inicjatorem strajku był Jurek Szulc, który był ratownikiem górniczym. To jest istotne, że nie był górnikiem dołowym, który fedruje na stałe, tylko miał czas i dobrą pozycję w zakładzie. A po drugie, był znaczącym aktywistą ZSMP i aktywistą partii. W Wałbrzychu co najmniej połowa komitetów strajkowych to byli aktywiści partyjni. I co z tego wynika?

AW: Z tego nic nie wynika.

KM: Dla mnie nie ma w tym nic zaskakującego. To jest naturalne. To są ludzie, którzy mają poczucie, że są na swoim, którzy mają poczucie swojego własnego legitymizmu, nie są zastraszeni, skuleni w kątku, że ich dławi obca władza, tylko oni są, jak to się mówi po kryminalnemu, na prawie. I poza tym to są ludzie, którzy mają pewne doświadczenie organizacyjne, skłonności i umiejętności przywódcze.

Tacy ludzie stają na czele strajku czy buntu. Tacy, jak Lech Wałęsa, naprawdę rzadko się zdarzają.
AW: Ale mnie zastanawiało, że pierwsze odezwały się trzy zakłady zbrojeniowe. Wtedy mnie zastanawiało, dlaczego wcześniej nie było żadnego sygnału, że to tam, właśnie w tych fabrykach, może się wydarzyć coś takiego. A tam istniał bardzo rozbudowany aparat, który powinien to sygnalizować i wiedzieć.

KM: Rozumiem, miał konfidentów.

AW: Nie tylko konfidentów, tam po prostu pracowało sporo etatowych funkcjonariuszy, wojskowych, którzy byli zżyci z tymi załogami, przecież z nimi pracowali. Brak takiego sygnału ostrzegawczego budził wtedy podejrzenia.

Czy pan wtedy się zastanawiał, czy bezpieka coś kręci? Czy pan teraz dopiero, z perspektywy czasu, próbuje tego dociec?
AW: Już wtedy nasuwały mi się takie podejrzenia.

I?
AW: W jakichś takich rozmowach, na korytarzu, w bufecie, to między sobą prawdopodobnie o tym rozmawialiśmy. Ale nie było podstaw, aby postawić tę sprawę otwarcie. A potem przyszło Wybrzeże. Nawet Gierek się tego nie spodziewał, wyjechał przecież na urlop.

KOR też został zaskoczony. Michnik pojechał do Zakopanego, strajki na Wybrzeżu zastały go w górach.
AW: KOR właściwie na Wybrzeżu, poza Stocznią Gdańską i Elmorem, nie miał organizacyjnych „wejść” w środowiska robotniczych załóg. Owszem, miał korespondentów „Robotnika”, ale to dawało rozeznanie „po fakcie”, a nie możność inicjowania strajków. Ilu było wokół KOR-u ludzi, którzy jakoś współpracowali, trudno ocenić, ale więcej niż tysiąc w skali kraju to nie było.

AW: Przypuszczam, że mniej.

KM: Ale, jeśli chodzi o Trójmiasto, KOR miał po prostu dobrych ludzi. W Elmorze był Gwiazda, a przede wszystkim tam pracował Bogdan Lis, który był wiceprzewodniczącym rady zakładowej. Lis był partyjny do listopada 1981 r., kiedy go wyrzucono za to, że nie chciał wystąpić z Solidarności. Wtedy Jaruzelski kazał wybierać: Solidarność czy partia, albo-albo. W Stoczni KOR miał Anię Walentynowicz, która miała wielki mir w zakładzie. Miała Złoty Krzyż Zasługi, była przodownicą pracy, była na berlińskim zlocie międzynarodowym młodych przodowników pracy, budowniczych socjalizmu, dziewczyna ze wsi, sierota. Absolutnie czytankowy życiorys. Była też Henia Krzywonos, która była urodzonym przywódcą. Po prostu mieli świetnych ludzi.

AW: I poza tym mieli za sobą historię 1970 r.

KM: Dlatego tak było. Ci ludzie dlatego się skrzyknęli.

Jak dotarła do nich fala, którą rozpoczął Świdnik, Lublin…
KM: To było tak: wszyscy patrzyli na stocznię. Jak ona zacznie, to i Wybrzeże zacznie. No i stocznia zaczęła, bo wyrzucili Annę Walentynowicz. Naprawdę trzeba było nie mieć rozumu! Przepraszam, że tak krytykuję miejscowe władze partyjne, na czele których stał Fiszbach, człowiek zresztą przyzwoity…

AW: Owszem, przyzwoity, ale raczej mało przebojowy.

Czyli wszystkich zaskoczyło lato 1980 r.?
AW: Niezupełnie. Jeśli idzie o władzę, to od pewnego czasu, już od 1979 r., obawy przed jakimiś społecznymi niepokojami istniały, dlatego że pogarszała się cały czas sytuacja zaopatrzeniowa i wszyscy pamiętali, od czego się zaczęły Grudzień i Czerwiec. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to jest zapalny punkt, te rosnące kolejki przed sklepami.

KM: Nie było też poczucia stabilności. Poza tym istniała tolerowana, choć nielegalna formalnie opozycja.

AW: I ponadto toczyły się w kierownictwie partii cały czas spory, jak temu zaradzić.

KM: Po obu stronach był strach. I po stronie rządowej, i po stronie opozycji był strach przed tym, co się może wydarzyć.

AW: Po stronie rządowej spory o to, jak temu zaradzić, dotyczyły dwóch spraw. Jeśli idzie o opozycję, to liberalizm czy przemoc? A jeśli idzie o politykę gospodarczą – czy zmiana w kierunku zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych, tzn. jakieś przestawienie w gospodarce, czy próba drenażu, uzyskania równowagi rynkowej, zapewnienia jej wyższymi cenami lub manipulacjami cenowymi? To te dwa spory się toczyły bez przerwy. Władze obawiały się, co z pogarszającej się sytuacji może wyniknąć. Pamiętam, że raz przy okazji jakiejś dyskusji z udziałem Gierka, w Łańsku, to było jesienią 1979 r., wybraliśmy się z Jaruzelskim na spacer, i on mnie pytał: a co zrobimy, kiedy dojdzie do takich wystąpień, jak w grudniu 1970 r.?

I co pan odpowiedział?
AW: Że po pierwsze, nie można dopuścić do tego, żeby doszło do rozruchów, to znaczy nie sprowokować ich. Po drugie, trzeba wtedy o wiele szybciej reagować zmianami w polityce i w personaliach. I że trzeba będzie za wszelką cenę uniknąć repetycji Grudnia, strzelania, a także ingerencji z zewnątrz. No i tak, kiwaliśmy głowami. Choć myśmy nie bardzo wiedzieli, ani on, ani ja.

KM: W jakich stosunkach z Kanią był Jaruzelski?

AW: W dobrych. Ale Kania też był zwolennikiem tego, żeby starać się zapobiec podwyżkom, żeby nie drażnić. Polityka taka, żeby opanować rynkowo sytuację, mechanizmami rynkowymi, cenami, jemu się nie podobała. Zwolennicy takiej polityki natomiast przeważali w rządzie. (…)

Czyli w Biurze został Gierek i ludzie, którzy byli przeciwko niemu?
AW: Tak.

KM: Tak jakby samobójczo to sobie skompletował.

AW: (…) 30 sierpnia wieczorem, (…) podczas posiedzenia Biura, już z Olszowskim, które kolejne plenum przygotowywało, Gierek postawił taki problem, czy on powinien być I sekretarzem i że on jest gotów zrezygnować. Po tym oświadczeniu, już po posiedzeniu Biura, o ile wiem, było zebranie w wąskim gronie, na którym Gierek zastanawiał się, kto powinien go zastąpić. Proponował Kanię, Olszowskiego lub Jaruzelskiego. Olszowski miał rzec: w żadnym wypadku. Ja razem z wami. Pozostali dwaj też odmówili. Gierek podobno powiedział, trudno, ale to musicie między sobą rozstrzygnąć. Tak ta pierwsza dyskusja o zmianie I sekretarza się skończyła. Z tym wiąże się kolejny epizod, w którym uczestniczyłem. Kilkadziesiąt minut po zakończeniu posiedzenia BP poprosił mnie o pilne spotkanie Jerzy Waszczuk.

To był sekretarz Gierka.
AW: Powiedział: słuchaj, musisz zostać, bo Gierek prosił, żeby przygotować jemu przemówienie rezygnacyjne. Więc umówiliśmy się, że Jerzy Wójcik przygotuje wstępną wersję, a ja zjem kolację i wrócę. Przyjechałem gdzieś po 9.30 do KC.

Wieczorem.
AW: Opracowaliśmy krótki, dwustronicowy tekst. Potem jeszcze zawołaliśmy Mietka Rakowskiego, żeby rzucił na to okiem. Jeszcze trochę poprawiliśmy i zostawiliśmy z tym tekstem Waszczuka. Przemówienie było krótkie. Pamiętam, położyliśmy nacisk na takie słowa, jak obietnica, że nie będzie strzelania do robotników i on tego dotrzymał, ma nadzieję, że jego następcy też. Wyszło ładnie, godnie. Na drugi dzień byłem w Sejmie, tam normalnie pracowałem, ale wpadłem do KC zapytać, co z tym płodem naszej pracy literackiej? I Wójcik mi powiedział, że Gierek rzucił na to rano okiem i kazał to położyć do szafy pancernej, że na razie nie będzie potrzebne.

Skąd ta zmiana?
AW: Odbyło się zebranie tej czwórki czy piątki i do niczego nie doszli. Wyszło, że Gierek musi zostać.

Ucieszył się pan?
AW: Nie! Moje zdanie było takie, że zmiana jest konieczna. Chciałem namówić Jaruzelskiego, bo uważałem, że on ma największy autorytet, jest najbardziej niezależny, niewmontowany w te spory. Więc pojechałem do niego tego samego dnia. On nie bardzo chciał w biurze rozmawiać. Ale w ministerstwie obrony jest taki ogródek. Tam rosły róże i spacerowaliśmy wśród tych róż i toczyliśmy długą bezowocną dyskusję. On w żadnym wypadku nie przyjmował moich namów, chciał zostać w wojsku, uważał, że jeśli ktoś, to Kania powinien zastąpić Gierka i że do tego chyba dojdzie. I na tym się rozeszliśmy. Do przesilenia doszło dopiero po pięciu dniach, czyli w nocy z 5 na 6 września.Odbywało się posiedzenie Sejmu, pierwsze w czasie kryzysu, bardzo burzliwe. Dwóch posłów bezpartyjnych, ale jak podejrzewam od dawna, agentów bezpieki, wystąpiło z najbardziej podburzającymi przemówieniami. Jeden z nich krzyczał z trybuny, pokazując na ławy PZPR, że trzeba tych właścicieli Polski Ludowej wreszcie wywłaszczyć, i ich szefa, którego teraz na sali nie ma. Chodziło tu o Gierka.

KM: W Sejmie przeciwko Gierkowi były jakieś wypowiedzi?

AW: Tak.

To był moczarowiec?
AW: Moczarowiec. To znaczy był napuszczony, kazali mu tak wystąpić. Ale w nocy przed tym posiedzeniem Sejmu Gierek zachorował. To był chyba autentyczny zawał serca. Tak rozpoznał to jego osobisty katowicki lekarz. Trudno jest uwierzyć w takie przypadki, ale faktem jest, że Gomułka w grudniu 1970 r. rzeczywiście dostał małego zatoru mózgowego. A teraz Gierek. Podejrzewano, że te choroby to mistyfikacja. Niesłusznie. W takiej sytuacji, ogromnie stresującej, ludzie już sterani wiekiem są narażeni na takie choroby. Trudno się dziwić. Choroba Gierka ułatwiła rozwiązanie. Kania chciał zmiany i moim zdaniem już wiedział, że ma radzieckie poparcie. Po krótkich konsultacjach zwołał nadzwyczajne posiedzenie KC.

Termin posiedzenia plenum nie był wcześniej wyznaczony „na sztywno”?
AW: Nie. Z powodu choroby Gierka zdecydowano się zwołać na 10 wieczór plenum i wybrać nowego I sekretarza, bo w takiej kryzysowej sytuacji nie może być…

KM: Bezkrólewia.

AW: Chory sekretarz. Stefan Olszowski jeszcze proponował, żeby Gierka wybrać honorowym przewodniczącym KC. Ale Kania powiedział, że atmosfery do tego nie ma. Stefan nie był chętny wyborowi Kani, raczej wolał zachować Gierka. Wydaje mi się, że Kania liczył na powtórzenie scenariusza z 1971 r. Że nowe kierownictwo, nowy I sekretarz, dalsze jakieś zmiany w Biurze, bo one też tam nastąpiły.

I uda się opanować sytuację?
KM: On wtedy powiedział, że lepszy krok w prawo niż krok w przepaść.

AW: On uważał, że w ten sposób zmieni nastrój. To, oczywiście, nic już nie zmieniło. Scenariusz był nie do powtórzenia.

KM: W roku 1971, po krwawej łaźni, ci nowi przynosili poczucie ulgi. Stali na wygranej pozycji.

AW: A tu sytuacja nowego kierownictwa była zupełnie inna.

KM: Gierek do końca nie budził żadnej agresji.

AW: I nie zanosiło się, że będzie działać magia nowego kierownictwa.

Rozmowa z książki Modzelewski – Werblan. Polska Ludowa. Rozmawia Robert Walenciak, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017

Wydanie: 22/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy