SLD widziany od środka

SLD widziany od środka

Warszawa 08.06.2017 r. Slawomir Wiatr - polityk. fot.Krzysztof Zuczkowski

Sojusz jest bez refleksji. A ma ogromny potencjał. Armię ludzi nieprawdopodobnie lojalnych wobec partii Dr Sławomir Wiatr – współzałożyciel SdRP, poseł na Sejm X kadencji. Od 27 lat przewodniczący Fundacji im. K.Kelles-Krauza, od dwóch lat szef Komitetu Koordynacyjnego Forum Postępu. Kieruje pan projektem badawczym, chyba największym w historii badaniem socjologicznym Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ankiety, wywiady. Jaki jest więc SLD? Czy to jeszcze partia, czy już klub wspomnień? – Elementem spoiwa, dzięki któremu SLD istnieje, jest pewien rodzaj pamięci wspólnoty przeżyć. Wspólnego korzenia? – Spotykałem się wielokrotnie z tezą, że tym korzeniem jest PRL. Nie chcę jej kwestionować, ale mocniej spaja ludzi SLD poczucie sukcesu i wspólnoty z początku lat 90. Legenda lat 90. Czas SdRP. – SdRP żyje w pamięci niemal wszystkich naszych rozmówców. Nie była miejscem robienia karier, bo trudno było prognozować kariery w takim miejscu i takim czasie. Była czymś innym – stworzyliśmy formację, wpisaliśmy się w polski system polityczny, uczestniczyliśmy w walce i odzyskaliśmy godność. Odzyskiwanie godności w tamtych realiach było nieprawdopodobnie ważną rzeczą i jest częścią spoiwa tego pokolenia, które dominuje ilościowo w SLD – tych, którzy od początku tę formację tworzyli. Angażowali się nie dla owoców władzy, ale by nie uchodzić za obywateli drugiej kategorii. – Dla mnie momentem poczucia odzyskania godności i pełnego obywatelstwa był rok 1995 ze zwycięstwem Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich. Symbolicznie to moment przełomu. Że już jesteśmy tak samo dobrymi Polakami. Ten wybór dla dużej części elektoratu Kwaśniewskiego był nie tylko wyborem najlepszego, według wielu, kandydata, ale także osobistym spełnieniem. To był moment kluczowy. A rok 2001 i ponad 41% głosów oddanych w wyborach parlamentarnych na SLD? – W chwili zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego nastąpiło symboliczne pożegnanie z kompleksem bycia tym gorszym, niepełnoprawnym. Ale wtedy też – wiele osób nam to mówi – zaczął się przyśpieszony proces wewnętrznej zmiany. Polegający na zmianie struktur wewnętrznych partii. SdRP była otoczona kilkudziesięcioma niezależnymi organizacjami, to była szeroka koalicja, otwarta na różne wrażliwości, różne środowiska. Zastąpić to miała struktura jednej partii. W tamtym czasie większość była za budową jednej partii. – A teraz w naszych badaniach, na poziomie członków SLD i funkcjonariuszy powiatowych, dominuje pogląd, że to było złe. Że partia, która w krótkim czasie wielokrotnie powiększyła stan członkowski, do 150 tys., nie sprawdziła się. Że to rwało dotychczasowe więzi, rwało zasady etyczne. Że potem przyszły skandale, z których trudno było się tłumaczyć. Na to nakłada się ówczesna rzeczywistość – następuje wielkie zwycięstwo 2001 r., a sytuacja gospodarcza jest, jaka jest, musimy dokończyć adaptację naszego prawa do unijnych norm i realizujemy politykę, której zabrakło wrażliwości. Nagle cięcia objęły rzeczy, które budżetowo nie miały znaczenia, takie jak dopłaty do barów mlecznych czy ulgi komunikacyjne dla studentów. Nie zapaliła się lampka: panowie, nie tu oszczędzajmy! I druga rzecz, która mocno z tym się wiąże – ta partia nagle przestała istnieć, w tym sensie, że wszyscy jej funkcjonariusze, oprócz skarbnika, znaleźli się w strukturach rządowych. Budząc zazdrość tych, którzy się nie załapali. – W rozdawnictwie nie wszyscy się znaleźli. Dlatego część frustracji zogniskowała się w klubie parlamentarnym. Oni uważali, że owoce władzy zostały podzielone niesprawiedliwie. W roku 1993 tak nie było. – Dlatego że mentalność tej partii się zmieniła, to już była partia triumfu. Pragmatyzm doprowadził do sukcesu – więc stał się największą cnotą. Owszem, formacja musi mieć cechy pragmatyczne, ale nie może być oderwana od swoich zasad. To, co wydarzyło się w kwietniu 2004 r., wyjście z SLD grupy Marka Borowskiego, nie nastąpiło dlatego, że ta grupa została czymś dotknięta. To był proces. Już wcześniej, w lipcu 2003 r., Marek Borowski postulował głębokie zmiany. Ale mleko wylało się w 2004 r. – To był szok. Odchodzą ludzie, którzy współtworzyli formację. Tym samym rozbity został wizerunek lewicy. Składał się on z kilku elementów. Po pierwsze, partia jednak ideowa. Po drugie – ugrupowanie ludzi wobec siebie lojalnych. Po trzecie – partia przewidywalna.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2017, 25/2017

Kategorie: Wywiady