Socjalista z prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem rozmowa z prof. Jackiem Majchrowskim

Socjalista z prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem rozmowa z prof. Jackiem Majchrowskim

Uważam, że wszystkie rządy od początku transformacji podchodzą do samorządów jak pies do jeża (…) – Na pierwszym roku wstąpił pan do PZPR? Czy to była samodzielna decyzja? – Tak, nikt mną nie kierował. – To wynikało chyba z pańskich związków z organizacją młodzieżową. Była wówczas taka moda „przekazywania” członków do partii. Należał pan do ZMS? – Należałem. Zresztą do dziś mam przyjaciół i kolegów wywodzących się z tej organizacji. – Czy wiązało się to z myśleniem popaździernikowym? – Nie. Dla mnie już to nie było czytelne. – A jednak w uniwersyteckim ZMS takie popaździernikowe nastroje istniały. Z ZMS blisko związani byli na przykład Marek Waldenberg, Jan Kozłowski czy Jan Pawlica. Każdy inny, ale wszyscy byli bardzo aktywni w okresie Października ’56. – Waldenberg był bardzo lubianym, szanowanym człowiekiem, z którym miałem wykłady na pierwszym roku, a Pawlicy wówczas jeszcze nie znałem. – Na prawie było wówczas wiele ciekawych postaci. Marek Sobolewski na przykład. – Sobolewski był osobą, którą uważałem wówczas i uważam do dziś za swego mistrza. Dokładnie pamiętam jego wykłady z prawa konstytucyjnego, gdy zastępował prof. Zakrzewskiego. Potem, po śmierci Konstantego Grzybowskiego, gdy objął kierownictwo katedry historii doktryn politycznych, znalazłem się na życiowym rozdrożu między prawem konstytucyjnym a doktrynami. Wszystko udało się pogodzić, a to dzięki mądrości i wyrozumiałości Sobolewskiego. Był człowiekiem, który miał rzadką dla tamtego pokolenia uczonych cechę, to znaczy nie ingerował w pracę naukową. Dawał swobodę. Jeżeli u Zakrzewskiego każdy rozdział, każdy znak był wiele razy konsultowany, to u Marka była pełna swoboda pisania i własnych poglądów. – Czyżby w pana głosie pojawiało się to głębokie rozróżnienie między „uczonym” a „naukowcem”? – A jakże. Wtedy pomyślałem, że jeśli mam się zajmować czymś konkretnym, to dobrze wybrać sobie fragment historii wyraźnie zdefiniowany, określony ramami czasowymi. Tu cezura jest jasna: 1918-1939 i w tym obszarze poruszam się przez całe życie naukowe, nieczęsto wychodząc poza jego ramy. Są ludzie, którzy skupiają się na określonych środowiskach czy formacjach politycznych. Piszą o endekach albo o ziemiaństwie, albo o czymś innym. Ja pisałem zawsze o różnych zjawiskach. Mnie zainteresował okres dwudziestolecia międzywojennego, bo tam była różnorodność. – A jednak pan, choć dość wcześnie określił się politycznie jako człowiek lewicy, zajmuje się głównie formacjami prawicowymi, tymi bardziej radykalnymi. – Starałem się pisać o tym, o czym nie pisali inni. Pisałem o monarchistach, o neopoganach, bo o tym nikt nie pisał. O środowiskach, odpryskach „młodoendeckich”, o pewnych kręgach piłsudczykowskich… Starałem się dokumentować tematy niezbyt często lub w ogóle nieopisywane. – Pisano o panu, że zajmuje się „białymi plamami”. – To nie były „białe plamy”, o których nie wolno było pisać. Nie aspiruję do takiej chwały. Były to jednak tematy, które leżały odłogiem. – Tak czy inaczej, mimo przynależności do partii nie ma w pana pracach choćby śladu zainteresowania myślą lewicową! – Przepraszam. Pisałem o lewicy piłsudczykowskiej, o grupie Jutro Pracy. Natomiast nie pisałem ani o KPP, ani o socjalistach, bo to był temat tak ograny, że nie chciałem się w to angażować. Zresztą niewiele tam można było od siebie dodać. – To prawda, że więcej można było wtedy napisać o prawicy niż o lewicy. A i dostęp do archiwaliów był łatwiejszy! – Oczywiście! – I dawało to satysfakcję? – Mnie dawało. – A jak to przyjmowało środowisko? – W porządku. Nigdy nie miałem z tego powodu problemów. – A przecież niektórzy w pańskich publikacjach o prawicy narodowej widzą trudną do ukrycia sympatię. – Starałem się zawsze pisać rzetelnie. I mam parę wyznaczników tej rzetelności. Dowiedziałem się na przykład od kilku działaczy Młodzieży Wszechpolskiej, że wychowywali się na mojej książce „Szkice z historii polskiej prawicy politycznej”. Moja książka o Obozie Zjednoczenia Narodowego była jedyną przed 1989 r. książką o sanacji, pozytywnie ocenioną w nowojorskiej „Niepodległości”, wydawnictwie Instytutu Piłsudskiego. Różne ugrupowania monarchistyczne przyznawały mi honorowe odznaczenia. Miałem nawet odebrać tytuł książęcy, ale odmówiłem, ponieważ ślubowanie wymagało złożenia deklaracji, iż będę walczył o wprowadzenie w Polsce monarchii. (…) Suwerenny polityk – O Piłsudskim pisze pan, że był to „suwerenny polityk”. Mam wrażenie, że Jacek Majchrowski jako

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2009, 25/2009

Kategorie: Kraj, Wywiady