Sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Władza chce, by sędziowie, którzy podejmują decyzje nie po jej myśli lub krytykują nowe przepisy, wiedzieli, że nie ujdzie im to na sucho

Podpaść można np. za obronę konstytucji czy choćby za przypominanie, że istnieje taki akt prawny.

Sędzia Sądu Okręgowego w Olsztynie Dorota Lutostańska z okazji stulecia niepodległości założyła koszulkę z napisem „Konstytucja” i z grupą ok. 40 sędziów zrobiła sobie zdjęcie przed gmachem sądu. Władza nie mogła puścić tego płazem, ale potrzebowała pretekstu.

Zdarzyło się, że dwie panie ubrały w koszulki z napisem „Konstytucja, Jędrek” rzeźby stojące na olsztyńskiej Starówce. W pierwszej instancji sąd odmówił wszczęcia postępowania, ale policja miała przykazane, by takich spraw nie odpuszczać, więc się odwołała do sądu okręgowego. Tam przewinieniem zajęła się sędzia Lutostańska, która także nie wszczęła postępowania, bo jej zdaniem ubranie rzeźb w koszulki „Konstytucja” nie stanowiło zakłócenia porządku publicznego. To był właśnie ten pretekst.

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego uznał, że sędzia Lutostańska mogła nie być bezstronna, i wezwał ją do złożenia wyjaśnień. Chodziło o to, że powinna wyłączyć się ze sprawy. Myślenie było takie: skoro sama założyła koszulkę „Konstytucja”, to przecież jasne, że nie chciała ścigać osób, które podobne koszulki założyły na rzeźby. Sędzia, uznając, że w tej sprawie zachowała bezstronność, napisała w wyjaśnieniu, że nie istniały żadne podstawy, by się wyłączyła.

Wezwanie do złożenia wyjaśnień to wstęp do postępowania dyscyplinarnego przeciw sędzi. Decyzja jeszcze nie zapadła, rzecznik może też uznać, że nie ma podstaw do dyscyplinarki. Taki sędzia jest już jednak na cenzurowanym, nie może liczyć na awans, a jego praca będzie kontrolowana przez władzę. Zawsze przecież jest nadzieja, że znajdzie się na niego jakiegoś haka.

W podobnej sprawie ścigany był Dominik Czeszkiewicz, sędzia Sądu Rejonowego w Suwałkach. Uniewinnił on aktywistów Komitetu Obrony Demokracji obwinionych o zakłócenie (okrzykami) otwarcia wystawy poświęconej gen. Andersowi, z udziałem ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Mariusza Błaszczaka, jego zastępcy Jarosława Zielińskiego i Anny M. Anders. Zdaniem zakłócających był to w istocie wiec córki generała przed wyborami uzupełniającymi do Senatu, w dodatku już w okresie ciszy wyborczej. Szefowie resortu spraw wewnętrznych nie zamierzali tolerować uniewinnienia, więc podległa im policja się odwołała, a wiceminister Zieliński oświadczył, że sędzia Czeszkiewicz „zachęca do łamania prawa i czegoś takiego nie może być w polskim sądownictwie”. W drugiej instancji sędzia Jacek Sowul uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia, a kilka miesięcy później, decyzją ministra Ziobry, został prezesem suwalskiego sądu okręgowego. Sędzia Sowul, trzeba trafu, zna się z wiceministrem Zielińskim, był np. na spotkaniu opłatkowym z jego udziałem.

Sprawa kodowców przeszła przez obie instancje, żaden sąd nie znalazł podstaw do ich ukarania. Poszukano jednak powodu, by ukarać sędziego Czeszkiewicza. Przeanalizowano jego orzecznictwo i znaleziono sprawę, w której młody mężczyzna postraszył 14-letnią dziewczynę niesprawną wiatrówką i kazał jej iść ze sobą. Napastnika spłoszono, zajęła się nim policja, prokurator zakazał mu kontaktowania się z dziewczyną. Sędzia Czeszkiewicz wyznaczył termin przesłuchania 14-latki jako pokrzywdzonej. Miało ono nastąpić po dziewięciu dniach od podjęcia decyzji o jego terminie. Przepis mówi zaś, że małoletnich należy przesłuchiwać jak najszybciej.

W rzeczywistości do zwłoki nie doszło, przesłuchanie odbyło się już dzień po wyznaczeniu terminu. Kolegium Sądu Okręgowego w Suwałkach, kierowane przez prezesa Jacka Sowula, uznało jednak, że opieszałością sędziego Czeszkiewicza powinien się zająć zastępca rzecznika dyscyplinarnego.

Zajął się – i wszczął postępowanie dyscyplinarne, zarzucając nieuzasadnioną zwłokę w przesłuchaniu małoletniej oraz wyznaczenie rażąco odległego terminu. Po zbadaniu czterech lat pracy sędziego pojawił się również zarzut obniżenia jego kwalifikacji zawodowych, w wyniku czego miał wydać zły wyrok łączny w kilku sprawach. Dorzucono też wykonywanie czynności prywatnych w czasie służbowym.

Postępowanie dyscyplinarne skończyło się na razie klapą. Zajmowanie się sprawami prywatnymi podczas pracy nie miało miejsca, podobnie jak zwłoka w przesłuchaniu. Wyznaczenie odległego terminu okazało się winą ówczesnego prokuratora oraz złej organizacji pracy w suwalskim sądzie. Wydawanie wyroków łącznych jest zaś w świetle polskiego prawa tak skomplikowane, że zdaniem zastępcy rzecznika dyscyplinarnego sam ustawodawca ma kłopoty z interpretacją przepisów. Sędzia Czeszkiewicz nie został więc ukarany, ale już wie, że kroczy po polu minowym i nie powinien być pewny dnia ani godziny.

Nic nie będzie wybaczone

Sędziemu może też zaszkodzić kontaktowanie się z ludźmi, których obecna władza nie lubi, nawet jeśli ci już nie żyją. Doświadczyła tego sędzia Sądu Rejonowego w Gdańsku Dorota Zabłudowska. Dostała ona Gdańską Nagrodę Równości, którą wręczył jej prezydent Paweł Adamowicz, zamordowany kilka tygodni później. Kapituła uznała, że sędzia promuje równość, sprawiedliwość społeczną, praworządność oraz prawa człowieka, zwłaszcza prawo do niezależnego i niezawisłego sądu.

Sędzia niejednokrotnie krytykowała wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość zmiany w ustawach sądowych. Po śmierci prezydenta Adamowicza napisała zaś na Twitterze: „Tak się kończy mowa nienawiści”, za co już raz wezwano ją do złożenia wyjaśnień w związku z możliwym uchybieniem godności urzędu.

Wiadomo było, że działalność na rzecz praw człowieka, równości, praworządności czy niezawisłości sędziowskiej nie może być tolerowana. W dodatku nagrodę wręczył Paweł Adamowicz, co stanowiło kroplę przepełniającą kielich. Dorota Zabłudowska dostała więc pismo od zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Michała Lasoty: „Wzywam Panią w terminie 14 dni do złożenia pisemnego oświadczenia, dotyczącego możliwego przewinienia dyscyplinarnego w postaci uchybienia godności urzędu poprzez przyjęcie od Prezydenta Miasta Gdańska Gdańskiej Nagrody Równości”. Trudno przypuścić, by sędzia się z tego wybroniła.

Jeszcze trudniej będzie sędzi Monice Frąckowiak, która także mówiła krytycznie o zmianach wprowadzanych przez PiS. Postępowanie dyscyplinarne w jej sprawie raz zostało umorzone, jednak potem zastępca rzecznika dyscyplinarnego orzekł, że będzie kontynuowane.

Sędzia Frąckowiak uczestniczyła w udawanej rozprawie podczas jednego z festiwali muzycznych. Za symulowanie rozpraw przez niepokornych sędziów też wszczynano dyscyplinarki, uznając, że to uchybienie godności urzędu. Zastępcy rzeczników dyscyplinarnych szybko jednak zrezygnowali, uważając zapewne, że narażą się na śmieszność, bo podobne symulacje latami odgrywali w telewizji sędziowie Anna Maria Wesołowska oraz Artur Lipiński i nikt nie miał do nich pretensji.

– Rzecznik dyscyplinarny odstąpił od postawienia sędzi zarzutów w sprawie symulowanej rozprawy na festiwalu rockowym, ale poszukał na nią czegoś innego. Prześwietlił kilka lat pracy sędzi, robiąc to wbrew prawu, bo nie było podstaw do żądania informacji o jej pracy. Rzecznik nie prowadził żadnego postępowania w tej sprawie. Było to działanie na zasadzie: dajcie mi człowieka, a ja znajdę paragraf – twierdzi Bartłomiej Przymusiński, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów Iustitia.

Pod lupę wzięto ostatnie trzy lata – i uznano, że Monika Frąckowiak popełniła aż 172 przewinienia dyscyplinarne (chyba rekord). Ujawniono to, zanim jeszcze odbyły się postępowania mające sprawdzić, czy rzeczywiście do tych przewinień doszło.

Duża część środowiska sędziowskiego stwierdziła, że sędzia jest szykanowana za krytykę tego, co się dzieje w wymiarze sprawiedliwości, podobną ocenę zawiera raport Komitetu Obrony Sprawiedliwości.

Piotr Schab, rzecznik dyscyplinarny sędziów sądów powszechnych, oczywiście z tym się nie zgadza: – Zawarte w raporcie tezy nie odpowiadają faktom i przeczą prawu. Jedynym celem sformułowania ocen zamieszczonych w tym dokumencie jest dezinformacja opinii publicznej co do rzeczywistych przesłanek i konsekwencji prawnych podejmowanych czynności. Nie znajduję innego wyjaśnienia dla sformułowania aprobaty wobec postawy sędzi Moniki Frąckowiak, stojącej pod zarzutem ok. 170 przewinień dyscyplinarnych. Na treść tych zarzutów składa się rażące naruszenie obowiązku terminowego sporządzania uzasadnień, znacząca przewlekłość postępowania w trzech sprawach oraz doprowadzenie, wskutek oczywistego błędu prawnego, do nieważności postępowania.

Rzecz jednak w tym, że nikt nie wyraża „aprobaty wobec postawy sędzi Moniki Frąckowiak”, jak twierdzi Piotr Schab. Uważa się natomiast, że podobne przewinienia mają na koncie i inni sędziowie – tyle że rzecznik dyscyplinarny nie bierze ich pod lupę, bo nie krytykują władzy.

Sędzia Bartłomiej Przymusiński wskazuje: – Rzecznik dyscyplinarny oskarżył sędzię Frąckowiak za opóźnienie w pisaniu uzasadnień, chociaż zbliżone opóźnienia mają członkowie nowej Krajowej Rady Sądownictwa, którym z tego powodu włos z głowy nie spada. Na te 172 przewinienia dyscyplinarne składają się też opóźnienia usprawiedliwione chorobą oraz wynoszące jeden czy dwa dni. Przy takim obciążeniu, jakie ma pani sędzia, i konieczności pisania ok. 120 uzasadnień rocznie, to może się zdarzać. Nie da się tego porównać z obciążeniem niektórych członków KRS – jeden z nich przez cały rok napisał raptem pięć uzasadnień.

– Stosunek sędzi Frąckowiak do jej elementarnych obowiązków skutkuje wielomiesięcznym zaniechaniem sporządzania uzasadnień orzeczeń, w okresie łącznym sięgającym trzech lat. Wiedzę o tych przewinieniach powzięto na podstawie dokumentacji uzyskanej od kierownictwa Sądu Rejonowego Poznań Nowe Miasto i Wilda. Zachowań takich nie usprawiedliwia działalność obwinionej sędzi mająca charakter polityczny ani jej aktywność w ramach jednego ze stowarzyszeń sędziowskich – podkreśla zaś Piotr Schab.

Rzecznik dyscyplinarny przyznaje więc, że dowiedział się o rzekomych przewinieniach dyscyplinarnych Moniki Frąckowiak dzięki uzyskaniu stosownej dokumentacji od kierownictwa sądu rejonowego. Czy można wierzyć, że był inny powód zainteresowania się pracą sędzi niż jej aktywność publiczna?

O to nie wolno pytać

Konsekwentnie i uporczywie władza ściga również za zadawanie pytań o niezawisłość sędziowską.

Ewa Maciejewska z Sądu Okręgowego w Łodzi prowadzi sprawę, w której Łowicz zażądał od wojewody reprezentującego skarb państwa odszkodowania za zbyt małe dotacje otrzymywane w przeszłości. Sędzia zapytała Trybunał Sprawiedliwości UE, czy zmiany w postępowaniu dyscyplinarnym wobec sędziów wprowadzone przez PiS nie zagrażają niezawisłości sędziowskiej. Tłumaczyła, że zadała pytanie, bo w przypadku przegranej skarbu państwa mogłaby ją czekać dyscyplinarka.

Bardzo podobne pytanie zadał trybunałowi sędzia stołecznego sądu okręgowego Igor Tuleya przy okazji prowadzonej przez siebie sprawy trzech bandytów oskarżanych o uprowadzenia dla okupu.

Niedługo potem zastępcy rzecznika dyscyplinarnego wezwali sędziów na przesłuchania. Oboje podpadli już wcześniej. Ewa Maciejewska protestowała przeciw zmianie na stanowisku prezesa łódzkiego sądu okręgowego dokonanej przez ministra Ziobrę i pisała, że nowa Krajowa Rada Sądownictwa zamiast bronić niezawisłości sędziowskiej, będzie „pilnować interesów swoich mocodawców”, czyli partii mającej większość.

Igor Tuleya jest zaś od lat krytykowany przez działaczy PiS. Naraził się tym, że potępił działania Centralnego Biura Antykorupcyjnego wobec dr. Mirosława Garlickiego (o którym Zbigniew Ziobro powiedział: „Już nikt przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”), uchylił decyzję prokuratury o umorzeniu postępowania w sprawie przeniesienia przez PiS głosowania nad budżetem do Sali Kolumnowej, wielokrotnie krytykował działania partii rządzącej. Był już przesłuchiwany przez zastępców rzecznika dyscyplinarnego w związku z „przekraczaniem granic swobody wypowiedzi publicznej”. Oczywiste więc, że znalazł się na celowniku.

Jak wyjaśnił rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab, sędziów Maciejewską i Tuleyę przesłuchano, gdyż zaistniała obawa, że ktoś „wywierał na nich presję w celu zmuszenia ich do wydania określonych orzeczeń w sprawach, w których skierowali pytania prejudycjalne”.

Sędziowie zeznali oczywiście, że nikt nie wywierał na nich żadnej presji – i wpadli w przemyślnie zastawioną pułapkę. Rzecznik dyscyplinarny uznał bowiem, że skoro nikt na nich nie naciskał, to oni sami mogli „popełnić delikt dyscyplinarny polegający na uchybieniu godności urzędu w wyniku skierowania pytań prejudycjalnych”.

Trudno pojąć, dlaczego skierowanie do TSUE pytania o niezawisłość sędziowską może być uznane za przewinienie dyscyplinarne i uchybienie godności urzędu sędziego. Z uchybieniem godności kojarzy się raczej prowadzenie przez sędziego auta po pijaku czy wszczęcie jakiejś burdy.

Machina jednak ruszyła. Sędzia Maciejewska została wezwana przez zastępcę rzecznika do złożenia wyjaśnień, sprawdzono też, jak orzekała w ciągu trzech lat od nastania „dobrej zmiany” w sprawach, w których stroną był skarb państwa. Gdyby się okazało, że wydawała wyroki dla niego niekorzystne, mógłby to być pretekst do kolejnej dyscyplinarki. Do złożenia wyjaśnień wezwano też Igora Tuleyę (to siódme postępowanie dyscyplinarne, w którym uczestniczy), jego orzeczenia również są sprawdzane.

Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab wyjaśnił, że delikt dyscyplinarny może polegać na tym, że sędziowie naruszyli zasadę bezstronności, ponieważ „uzasadnienia ich wystąpień są identyczne w swej treści”. W związku z tym należy rozważyć możliwość złożenia przez sędziów „fałszywych zeznań zawierających zapewnienia o samodzielnym sporządzeniu orzeczeń”, w których zadali oni pytania TSUE.

Tak oto fachowcy wysokiej klasy, stanowiący zespół rzecznika dyscyplinarnego, ci, którzy mają dbać o czystość stanu sędziowskiego, zajmują się ustalaniem, czy pytania zadane przez sędziów unijnemu Trybunałowi Sprawiedliwości nie są aby zbyt podobne i czy w związku z tym nie dałoby się wytoczyć im dyscyplinarki. O tempora, o mores!

Choć działania obecnej władzy wobec sędziów należy uznać za niedopuszczalne, a niekiedy nawet sprzeczne z prawem, ustanowionym już przez PiS, trudno też aprobować decyzję sędziego Tulei. Jego pytanie do TSUE sprawiło bowiem, że proces trzech bandytów został zawieszony, z czego mogą oni tylko się cieszyć.

– Chodzi o niezwykle złożony proces dotyczący popełnienia szeregu ciężkich przestępstw, mający na celu zaspokojenie wieloletnich oczekiwań na sprawiedliwy wyrok. Za niezbędne uznać więc należy ustalenie, czy bezterminowe zatrzymanie biegu tego postępowania w wyniku działania sądu naruszającego prawo, stanowi przewinienie dyscyplinarne sędziego – uznał, tym razem nie bez racji, rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab, choć oczywiście nie powinien przesądzać, że prawo zostało przez sąd naruszone.

Rzecznik dodaje, że pytania zadane trybunałowi przez sędziów Maciejewską i Tuleyę naruszają art. 267 traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (mówiący wszakże, że sąd państwa członkowskiego może się zwrócić z pytaniem do TSUE). – Stanowisko, że skierowanie tych pytań było niedopuszczalne jako sprzeczne z art. 267, wyraziła Komisja Europejska – stwierdza Piotr Schab. W rzeczywistości jednak były to zaledwie uwagi zawarte w opinii sporządzonej przez dwoje pracowników KE, a nie oficjalne orzeczenie Komisji Europejskiej czy Trybunału Sprawiedliwości.

Obława musi trwać

Polowanie na sędziów to długofalowa działalność. Raz może się nie uda, ale trzeba próbować do skutku. Doświadczył tego Igor Tuleya, teraz trwa osaczanie Sławomira Jęksy z Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Trafiła do niego sprawa Joanny Jaśkowiak, żony nielubianego przez PiS prezydenta Poznania. Na demonstracji przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego powiedziała o swoim „wkurwieniu” tymi pomysłami. Ktoś doniósł na nią policji, która – jak wiadomo – wyraża się salonowo i nie znosi wulgaryzmów. Joanna Jaśkowiak została przesłuchana na okoliczność publicznego użycia słów nieprzyzwoitych, sąd rejonowy wymierzył jej 1000 zł grzywny.

Odwołała się, a w sądzie okręgowym sędzia Jęksa ją uniewinnił, stwierdzając w uzasadnieniu wyroku, że użyła słów wulgarnych, co jest oczywistym złem, ale większym złem jest to, co się dzieje w Polsce. Sędzia wspomniał o łamaniu konstytucji, ograniczaniu wolności zgromadzeń, naruszaniu trójpodziału władzy. Według niego, jeśli zestawi się czyn obwinionej z czynami, na które stanowił reakcję, trzeba przyjąć, że jej słowa były pozbawione szkodliwości społecznej. „Raz się to zdarzyło, być może było potrzebne”, dodał.

Niedługo czekał na dyscyplinarkę z zarzutami uchybienia godności sędziowskiej i naruszenia apolityczności oraz etyki zawodowej. Uznano, że podważył zaufanie do swojej niezawisłości. Zaczęła się standardowa procedura: wezwanie do złożenia wyjaśnień, analiza pracy sędziego.

Sprawę przekazano zastępczyni rzecznika dyscyplinarnego, ta nie dopatrzyła się przewinienia, ale tak nie mogło to się skończyć. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab oświadczył, że rażącą i celową dezinformacją są opinie, iż kwestionuje on wyrok sędziego Jęksy. Dodał jednak: – Naruszeniem fundamentalnych zasad obowiązujących sędziego było publiczne wyrażenie aprobaty dla zachowania osoby obwinionej, mającego bezspornie cechy czynu zabronionego. Jako motyw swego postępowania sędzia wskazał własne poglądy polityczne, sprowadzające się do negacji działań organów państwowych. Jest to całkowicie niedopuszczalna relatywizacja udzielania ochrony prawnej i jaskrawe zaprzeczenie podstawowych zasad pełnienia służby sędziowskiej.

Sprawę sędziego Jęksy przejął inny zastępca rzecznika, orzekając, że „wydanie postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania dyscyplinarnego było prawnie niedopuszczalne”. Postępowanie trwa, a sędzia Jęksa szybko stanął w obliczu drugiej dyscyplinarki.

Poszło o to, że w wyjaśnieniu pisemnym dotyczącym uniewinnienia Joanny Jaśkowiak użył słów, które zdaniem zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Michała Lasoty mogły zawierać treści aroganckie i pomawiające. Sędzia Jęksa napisał, że zastępca rzecznika oparł zarzuty na fragmentarycznych doniesieniach medialnych i nie zapoznał się z aktami sprawy. Dodał, że dziwi się, biorąc pod uwagę wymogi warsztatu pracy sędziego, iż zastępca rzecznika mógł w ogóle wszcząć to postępowanie.

Sędzia Jęksa ma więc złożyć kolejne wyjaśnienie. Natomiast Bartłomiej Przymusiński z Iustitii poradził Michałowi Lasocie, by ten zajął się raczej jakością wydawanych przez siebie wyroków, które w 2017 r. były w 100% uchylane w wyższej instancji. Z pewnością nieuprawnione jest przypuszczenie, że właśnie dlatego w 2018 r. sędzia Lasota został powołany przez Zbigniewa Ziobrę na stanowisko zastępcy rzecznika dyscyplinarnego.

Bartłomiej Przymusiński wcześniej był już wzywany do składania wyjaśnień w związku z krytykowaniem w mediach sposobu wyłaniania sędziów Sądu Najwyższego. Zapewne czeka go kolejne wezwanie. Na razie Zbigniew Ziobro zlikwidował
IX Wydział Gospodarczy w Sądzie Rejonowym Poznań Stare Miasto, którym kierował właśnie Przymusiński. Rzecznik Iustitii będzie teraz szeregowym sędzią w innym wydziale, straci 1,6 tys. zł dodatku, za to dostanie więcej spraw do sądzenia.

Upiekło się na razie Irenie Majcher, sędzi opolskiego sądu rejonowego. Prokuratura wystąpiła o uchylenie jej immunitetu, chcąc postawić zarzut z art. 231 kk (przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków). Przestępstwo sędzi miało polegać na dokonaniu odmiennej wykładni prawa niż prokurator (więcej nie wiadomo, sprawa jest tajna). Brzmi to kuriozalnie, gdyż właśnie sędzia, a nie prokurator powinien decydować o wykładni przepisów – trudno zatem uznać to za przekroczenie uprawnień. Sędzia Majcher ponad dziewięć lat temu zdelegalizowała jeden z oddziałów Obozu Narodowo-Radykalnego (to jedyna delegalizacja ONR po jego odtworzeniu w 1993 r.). Są więc opinie, że może to być próba zemsty po latach. Próba wszakże nieudana. Sędziowie opolskiego sądu przyjęli uchwałę wyrażającą zdecydowany sprzeciw w związku z działaniami organów ścigania wobec sędzi Majcher, uznając je za ingerencję prokuratury w orzecznictwo. Sąd apelacyjny odmówił zaś uchylenia immunitetu.

– Wielu z nas stara się walczyć o niezależność sądów i niezawisłość sędziów. To wartości, za które jesteśmy w stanie zapłacić wysoką cenę, chodzi jednak nie o to, by zapewniać, że sędziowie są heroiczni, lecz o to, by obywatel idący do sądu miał pewność, że sędzia wyda uczciwy wyrok. Zmiany następujące w sądownictwie kruszą gwarancje niezawisłości sędziowskiej, ale jestem przekonany, że większość sędziów do końca będzie wydawać wyroki w sposób niezawisły, zgodnie z konstytucją i obowiązującym prawem – mówi sędzia Tuleya.

Zakazane słowo na K

Działania zastępców rzeczników dyscyplinarnych zaczynają niekiedy nabierać znamion absurdu. Może dlatego sędzia Piotr Gąciarek, który notabene kandydował do Sądu Najwyższego, napisał donos dyscyplinarny na samego siebie, stwierdzając, że miał zajęcia z licealistami i kilkakrotnie użył słów na k. Mówił bowiem o konstytucji. Podobnie zrobił sędzia Piotr Jędrzejewski, który zawiadomił zastępcę rzecznika, że poprowadził z udziałem uczniów podstawówki symulację procesu Wilka za próbę zjedzenia Babci i Czerwonego Kapturka.

Nacisk absurdu bywa jednak nieznośny. Sędzia Jarosław Gwizdak startował w wyborach na radnego i prezydenta Katowic (radnym nie został, w wyborach prezydenckich był trzeci). Niedługo potem dostał od zastępcy rzecznika dyscyplinarnego wezwanie do złożenia wyjaśnień. Sędzia uznał, że ma dość – i zrezygnował z urzędu sędziowskiego, tłumacząc, że dziś sędziom nie pozwala się mówić o sądownictwie.

Sędzia Gwizdak też raczej nie miał przed sobą przyszłości. Gra amatorsko w zespole punkrockowym, jeździł w sądzie wózkiem inwalidzkim, by zwrócić uwagę na niedogodności dla niepełnosprawnych, zorganizował symulację rozprawy na jednym z festiwali młodzieżowych. Polska to nie jest dziś kraj dla takich sędziów.

Lista sędziów, do których władza ma różne pretensje, systematycznie rośnie. Agnieszka Pilarczyk uniewinniła lekarzy oskarżanych w sprawie śmierci ojca Zbigniewa Ziobry – prokuratura (nadzorowana przez Ziobrę) prowadzi postępowanie z powodu zaakceptowania przez nią zbyt drogiej opinii biegłych.

Kamil Jarocki zapytał TSUE, czy polski model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów nie narusza ich niezawisłości – zastępca rzecznika wezwał go do złożenia wyjaśnień.

Krystian Markiewicz jako szef Iustitii niejednokrotnie krytykował działania władzy wobec wymiaru sprawiedliwości – zastępca rzecznika chce go przesłuchać w związku z przekraczaniem granic swobody wypowiedzi publicznych.

Olimpia Barańska-Małuszek skrytykowała resort sprawiedliwości – skontrolowano trzy i pół roku jej pracy i postawiono zarzuty przekroczenia terminów napisania uzasadnień oraz popełnienia błędów proceduralnych.

Czasami stosowane są działania niemające formalnie charakteru dyscyplinarnego, ale nader dotkliwe. Waldemar Żurek, rzecznik poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa, został przeniesiony z wydziału cywilno-odwoławczego do wydziału cywilnego, co faktycznie jest degradacją, a CBA skontrolowała jego oświadczenia majątkowe, trafiając na tajemnicze „wątpliwości natury skarbowej”. Natomiast prorządowe media „dotarły do informacji” o relacjach sędziego Żurka z byłą żoną.

Wymieniać można dłużej. Sędziowie krytyczni wobec władzy znaleźli się w zupełnie nowej sytuacji. Politycy nie zostawiają na nich suchej nitki. Premier Morawiecki stwierdził: „Nasz system sądowniczy trawi korupcja, jest on wypełniony sędziami, którzy mają na sumieniu różne występki popełniane w czasach komunizmu”.

Precyzując: w latach 2001-2018 za korupcję skazano w Polsce sześciu sędziów, a międzynarodowy Rule of Law Index uznaje, że wskaźnik odporności naszych sędziów na korupcję wynosi 0,86 (ideał to 1) – czyli dużo więcej niż w przypadku władzy wykonawczej (0,68) reprezentowanej przez premiera Morawieckiego.

Najważniejsze jest to, że wprowadzone przez „dobrą zmianę” przepisy umożliwiły Zbigniewowi Ziobrze utworzenie ekipy nowych rzeczników dyscyplinarnych. Sędziowie mogą teraz być ścigani przez zdeterminowaną grupę, zależną praktycznie od jednego człowieka i bardzo dobrze wynagradzaną (sędziowie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego zarabiają o prawie 40% więcej od sędziów SN zajmujących się sprawami cywilnymi i karnymi). – Polski system dyscyplinarny jest patologiczny i budzi obawy Unii Europejskiej. Jedna osoba, minister sprawiedliwości i prokurator generalny, wyznacza sędziów orzekających w sprawach dyscyplinarnych, wyznacza oskarżycieli, wybiera w praktyce sędziów Izby Dyscyplinarnej. To się kłóci z pojęciem uczciwego sądownictwa dyscyplinarnego – mówi mecenas Michał Wawrykiewicz.

– Powstał pewien „ciąg technologiczny” z bardzo dużym wpływem elementu politycznego, w którym ilość przechodzi w jakość. Pojedyncze rozwiązania zbliżone do polskich zdarzają się w systemach prawnych innych państw. U nas jednak cały ten mechanizm złożony do kupy funkcjonuje w sposób, który na wyjściu produkuje ludzi wyselekcjonowanych, zależnych od czynnika politycznego – wskazuje prof. Ewa Łętowska, była rzecznik praw obywatelskich, sędzia w stanie spoczynku Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego.

Ostatecznych kar dyscyplinarnych dla sędziów jeszcze nie ma, trwają obławy – i może tak właśnie ma być, zgodnie z zasadą, że nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go. Wiadomo, że każdy sędzia czy prokurator, który jakoś podpadnie, staje się obiektem zainteresowania rzeczników dyscyplinarnych. Powinien więc nabrać przekonania, że reakcja władzy będzie nieuchronna.

– To jest po to, żeby dać „przykład grozy”, chodzi o działanie prewencyjne, odstraszające – dodaje prof. Ewa Łętowska.

Dobrze, gdyby sędziowie nie dali się zastraszyć, ale dziś raczej trudno o optymizm.

Fot. Jan Bielecki/East News

Wydanie: 14/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy