Strategiczne głupstwo

Strategiczne głupstwo

Nie jest prawdą, że niepodległość Ukrainy zależy od jej monopolu na tranzyt rosyjskiego gazu do Europy Zachodniej. Gdyby naruszenie tego monopolu było rzeczywiście niebezpieczne dla państwa ukraińskiego, to trzeba by uznać, że opiera się ono na bardzo kruchutkich podstawach. Polski polityk mówi, że poprowadzenie rosyjskiego gazociągu przez Polskę z pominięciem Ukrainy byłoby wbiciem noża w plecy tego państwa. Jaką treść wyraża ta hiperbola, wyjaśnia wybitny uczony i polityk ukraiński, Myrosław Popowicz. Powiedział on “Gazecie Wyborczej”: “Wszyscy wiedzą, że Ukraina od lat podkrada rosyjski gaz przesyłany przez nasz kraj. Gdybyśmy tego nie robili, być może Rosja nie miałaby pretekstu do budowy gazociągów omijających Ukrainę. Jesteśmy więc sami sobie winni. (…) Mieliśmy monopol na tranzyt rosyjskiego gazu, który być może wkrótce się skończy. Będzie to dla nas wstrząs, ale i szansa, by ułożyć nasze stosunki gospodarcze z Rosją na bardziej cywilizowanych zasadach” (“Gazeta Wyborcza”, 12 lipca). To, co według pojęć panujących w polskich sferach politycznych byłoby straszliwym “nożem w plecy”, według ukraińskiego uczonego, uderzyłoby w złodziei gazu i ułatwiło Ukrainie ułożenie bardziej cywilizowanych stosunków z Rosją. Według idiomu Wałęsy, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ale nie w polskiej polityce. Tu punkty widzenia są urojeniami, wyprowadzonymi z innych urojeń i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Polscy dziennikarze i politycy wyobrażają sobie, że zakręcenie kurka z gazem dla Ukrainy to dla Moskwy łatwa decyzja bez kosztów i bez ryzyka. I wyobrażają też sobie, że zależność gospodarcza między tymi dwoma państwami jest jednostronna. W rzeczywistości każdy, kto nie jest polskim politykiem, wie, że zależność jest wzajemna i Ukraina wcale nie jest bezbronna wobec rosyjskich sankcji. Polskie jednomyślne gadanie o “strategicznym partnerstwie” nie jest jej potrzebne i dlatego też nie jest ono w Kijowie czy Lwowie kwitowane. Za każdym razem, gdy prezydent Kwaśniewski zrobi jakiś rozsądny gest, mający na celu poprawę stosunków z Rosją, podnosi się krzyk oburzenia, iż naruszył jakąś świętą zasadę: a to jednomyślność narodową w sprawie polityki wschodniej, a to ukraiński monopol na tranzyt rosyjskiego gazu.
Nie jest prawdą, że rząd rosyjski zrobił cokolwiek realnie albo za pomocą gestykulacji, co świadczyłoby, że czyha na niepodległość Ukrainy. Ukraina uzyskała niepodległość dzięki Jelcynowi i jego białowieskiej intrydze. Granice, które cały świat uważał za administracyjne, dzięki Jelcynowskiej koncepcji “wyzwalania Rosji od Związku Radzieckiego” stały się nagle granicami międzypaństwowymi. “Społeczność międzynarodowa” najpierw nie mogła się temu nadziwić, a zaraz potem dała do zrozumienia, że jest gotowa bronić tej granicy dostępnymi sobie siłami i sposobami. Polska klasa polityczna z solidarnościowego naboru wyskakuje przed orkiestrę i już dla niepodległości Ukrainy, której nikt nie zagraża, gotowa jest zrezygnować z dochodu około jednego miliarda dolarów rocznie, którego, co prawda, nikt nam jeszcze wyraźnie nie zaproponował. Dlaczego zresztą politycy, którzy nie mają powściągu w marnotrawieniu pieniędzy państwowych, mieliby się łakomić na miliardy dolarów dla zasilenia budżetu tego państwa? Policzalne korzyści gospodarcze to dla nich tyle, co nic w porównaniu z celami “strategicznymi”. W ich retoryce “strategiczny” znaczy tak dalece odłożony w czasie, że niesprawdzalny. Rezygnujemy z miliardowych korzyści teraz, aby w dalszej przyszłości uzyskać nie wiadomo co. Niepodległość Ukrainy leży w naszym interesie państwowym takim, jakim go dzisiaj widzimy. Nie jest jednak bez ryzyka. Już bez żadnego ryzyka dla siebie o niepodległość Ukrainy starają się Niemcy. Czy oni także chcą gazu wyłącznie przepuszczonego przez Ukrainę? Jeśli postawią taki warunek, będę nieco wyrozumialszy dla warszawskich polityków.
Bez gospodarczego i politycznego zaangażowania się Niemiec Ukraina nie stanie na nogi gospodarczo, zaś takie zaangażowanie oznacza, że Polska znajdzie się między Niemcami a czymś w rodzaju nieformalnego protektoratu niemieckiego. Będzie to może położenie lepsze niż bezpośrednie sąsiedztwo z ewentualnym imperium rosyjskim, nie tak jednak dobre dla Polski, jak dla Niemiec. Niech więc oni najpierw ponoszą koszty, a my dajmy sobie czas na zobaczenie, co się będzie działo. A co się może dziać? Nauka, jaką XX wiek zostawił nam w kościach, mówi, że wszystko może się zdarzyć i niczego nie można przewidzieć inaczej, jak przez objawienie Matki Boskiej przekazane pastuszkom. Pewien autor pisał tak oto, ale już dawno: “Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona w niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, spekulantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie itd.”. Zebrałaby się tam, powiada, cała społeczność międzynarodowa. “Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców wytworzyłyby warstwę przewodnią, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczycić się tak bogatą kolekcją międzynarodowej kanalii”. Rozróżnijmy formę od treści. Ta druga jest uspokajająca. Z pewnością jest to ewentualność dla Polski bardziej pożądana niż rządy spadkobierców wyidealizowanej UPA.
Cokolwiek by znaczyło “strategiczne partnerstwo” z Ukrainą, nie zostało ono w Polsce publicznie przedyskutowane lub choćby objaśnione społeczeństwu. Nie został więc spełniony warunek jednomyślności czy “przemawiania jednym głosem”. Jest to jakieś zaklęcie służące do zamykania ust inaczej myślącym, tłumiące dyskusję i odstraszające od myślenia. Jednomyślność prasy popierającej bez zastrzeżeń zgodę rządu na ponoszenie przez Polskę kosztów ukraińskiego monopolu na tranzyt rosyjskiego gazu przeraża mnie. Okazuje się, że poglądy znacznej części, jeśli nie większości społeczeństwa nie mają publicznego wyrazu i w ogóle się nie liczą. Zamiast polityki państwowej mamy politykę solidarnościową, popieraną przez literatów, dziennikarzy i niemal całą “wolnolatającą” inteligencję, nie umiejącą ani policzyć tego, co jest, ani przewidywać tego, co może się zdarzyć.

Wydanie: 30/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy