Świeże kwiaty

Świeże kwiaty

Czemu zabójstwo prezydenta Gdańska zrobiło tak wstrząsające wrażenie, taka głęboka była żałoba? Chwila, gdy to się stało, była symboliczna. Brutalność mordu – nóż robi większe wrażenie niż pistolet. Żałoba to polska specjalność, taką mamy tradycję. W końcu ważna była popularność Pawła Adamowicza i powszechność poczucia, że w Polsce bardzo źle się dzieje. Że niszczona jest nasza demokracja, a kraj zatruwany nienawiścią i kłamstwem. W tym uczuciu żałoby, żalu, oburzenia kumulują się emocje trzech koszmarnych lat PiS i naszej na nie niezgody. W te dni pokazała się ta Polska, którą kochamy, którą szanujemy. Tych ludzi jest jednak wielu.

Czy to, co się stało, zmieni mapę polityczną? Nie. Tylko strona liberalna będzie jeszcze bardziej poruszona, oburzona i, mam nadzieję, zmobilizowana. A ludzie PiS są już okopani na swoich pozycjach, wierzą w kłamstwa, to wiara niemal religijna. Walka wyborcza będzie więc się toczyć o te 5% wahających się. I tu to, co się stało, może mieć znaczenie.


Po latach ponownie czytam książkę Patryka Pleskota „Niewiadomski. Zabić prezydenta”. Znakomita. Thriller polityczny, a przy okazji świetny klucz do początków Polski między wojnami. Zaczyna się od słów, które brzmią proroczo. We wstępie autor ostrzega, do czego może prowadzić hejt zalewający Polskę. Zabójstwo Narutowicza poprzedziła spirala nienawiści. Rozkręcała się z coraz większą mocą. Pierwsza część tej książki to zbeletryzowany opis dni, a potem minut poprzedzających mord. Autor, wykorzystując różne punkty widzenia, ukazuje, jak wszystko zmierza do katastrofy. Co za okrutny zbieg okoliczności – morderca wystrzelił do Narutowicza trzykrotnie, jak trzy ciosy zadał morderca prezydenta Adamowicza. I też nie uciekał. Obaj mieli misję do wykonania i liczyli na spektakl. Ale są też ogromne różnice. Eligiusz Niewiadomski był opętany ideą narodową, był niezłym malarzem, zdolnym historykiem sztuki, a morderca Adamowicza prostym człowiekiem, kryminalistą. Jednak w sferze emocji, w poczuciu krzywdy zdają się bardzo do siebie podobni, schemat był ten sam. Niewiadomskiego również podejrzewano o schizofrenię. Ale wtedy też nikt nie miał wątpliwości, że do mordu doprowadziła fala nienawiści. I antysemityzm – Niewiadomski przed Hitlerem uprawiał go w stylu hitlerowskim. Narutowicz otrzymywał podłe anonimy, dzwonił telefon z pogróżkami. Gdy jechał dorożką, tłum obrzucał go obelgami i kamieniami, nabito mu wielkiego guza na czole. Kilka dni przed zamachem mówił do Piłsudskiego: „Ma pan rację, to nie jest Europa. Ci ludzie lepiej się czuli pod tym, kto karki im deptał i bił po pysku”.

Śmierć prezydenta była szokiem dla Piłsudskiego, to zresztą on miał paść ofiarą zamachu, szczęśliwie dla siebie nie pojechał do Zachęty. W maju 1926 r., uzasadniając obalenie rządu prawicy w drodze zamachu stanu, Piłsudski nazwał to zabójstwo „najcięższą zbrodnią dokonaną w Polsce”. Marszałek doszedł do przekonania, że Polacy nie dorośli do demokracji – w Polsce, przynajmniej na początku, trzeba rządzić za pomocą bata.

W II Rzeczypospolitej temperatura sporu, rozpiętego na podobnych jak teraz biegunach, była gorętsza niż dzisiaj, wylewała się na ulice, było sporo mordów politycznych, ginęli demonstranci, prawicowi pałkarze bili Żydów i socjalistów. Ależ to było kłębowisko! Czasami zastanawiam się, czemu teraz tak gorąca nasza wojna na słowa i na emocje tak rzadko jednak przybiera formy brutalne. Czy oskarżany o rozniecanie mrocznych namiętności internet nie jest rodzajem terapii, agresja wyładowuje się w pisaniu? Ale przecież anonimowa podłość w takiej skali też nie jest bezkarna.


Mam wrażenie, że dotknąłem mordu Narutowicza, witając się, a potem żegnając uściskiem dłoni z poetką Kazimierą Iłłakowiczówną. Był środek lat 70., pamiętam spotkanie z nią w Poznaniu, już niewidoma opowiadała mi, że była w ten straszny dzień w Zachęcie. Padł strzał. Zawołała ją jej dawna przełożona, poetka była pielęgniarką w czasie I wojny światowej. Przybiegła, prezydent skonał na jej rękach. Nie mogła potem zmyć krwi z dłoni.

17 lat po egzekucji mordercy pierwszego prezydenta RP Melchior Wańkowicz był na Powązkach, napisał: „Grób na Powązkach spiętrzony gnijącymi kwiatami. Naręcza kwiatów, tony kwiatów. To tu pochowano zabójcę Prezydenta. Wtedy zrozumiałem, że istnieje jeszcze straszniejsza rzecz niż błoto, niż plwocina, które przecie mogą być silniejsze nad stal: to ta zgniła woń hołdu dla obłąkania, dla zbrodni”.

A na grobie Niewiadomskiego nadal są świeże kwiaty.

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy