Toksyczna polskość

Toksyczna polskość

W swoich „Dziadach i dybukach” – lekturze obowiązkowej dla polskiego inteligenta – Jarosław Kurski przytacza słowa Edwarda Raczyńskiego o zaprzyjaźnionym z nim Lewisie Namierze: „Zamiast nam szkodzić przez całe życie, mógł być niezmiernie pożyteczny dla spraw polskich”. O tym „szkodzeniu” można po lekturze książki dyskutować, mowa jest jednak o czym innym: o eliminowaniu przez polskie społeczeństwo ludzi wartościowych. Lewis Namier – Ludwik Bernstein Niemirowski – urodził się w rodzinie pochodzenia żydowskiego, lecz uważającej się za polską. Wśród Polaków nie mógł jednak się zakorzenić, nie potrafił przejść obojętnie wobec antysemityzmu, z czasem więc uznał się za Anglika i w okresie I wojny światowej pracował w brytyjskim MSZ. Na paryskiej konferencji pokojowej psuł szyki Romanowi Dmowskiemu, a pochodząc z Galicji wschodniej i znając tamtejsze stosunki, stał się faktycznym pomysłodawcą linii Curzona.

Raczyński, wieloletni ambasador RP w Londynie, nawiązał w swoim długim życiu mnóstwo znajomości w sferach brytyjskich, poznał więc także Josepha Conrada. Czy przypadku wielkiego pisarza mógł nie skojarzyć z losem wielkiego historyka? Wszak obaj oni, Korzeniowski i Niemirowski, uciekli od polskości! Pochodzenie nie miało znaczenia: Conrad był polskim herbowym szlachcicem, synem zesłańca i siostrzeńcem powstańca – pod względem polskości był samą jej esencją. A jednak! Cokolwiek mówić o widocznej w jego pisarstwie apoteozie wierności i kompleksie odrzucenia, cokolwiek nawet rzec o jego wspomnieniach z ukraińskiego dzieciństwa, nie był on w stanie zadomowić się w kulturze polskiej – wybrał brytyjską.

O przyczynach tej decyzji pisano sporo. Ale czy rzeczywiście była tak niezwykła? Czy Polska miała prawo uważać się za kraj otwarty? W Anglii wiktoriańskiej Benjamin Disraeli mógł dwukrotnie zostać premierem – w Polsce premier urodzony w rodzinie żydowskiej byłby nawet dziś trudny do wyobrażenia. Conrad twierdził, że gdyby nie pisał po angielsku, nie pisałby w ogóle. A Namier, pozostając w Polsce – czy zyskałby światową renomę historyka? Dotykam tu zagadnienia polskiej peryferyjności, lecz czy powinniśmy się uspokajać twierdzeniem, że była ona winą zaborców? W czasach przedrozbiorowych Polacy katolicy z własnej woli wygnali z Rzeczypospolitej protestanckich braci czeskich i braci polskich – tym ludziom dopiero w Amsterdamie dane było wywrzeć wpływ na naukę europejską. Widoczna nieraz siła atrakcyjna polskiej kultury nie zawsze była porywająca, skoro nie tylko w Anglii, lecz przede wszystkim w Niemczech, Austrii czy Rosji Polacy dość łatwo się wynaradawiali. Jeżeli jednak nadal będziemy twierdzić, że to wszystko dlatego, że nie mieliśmy własnego państwa, to czemu niejeden polski szlachcic ziemianin uznawał się za bezpaństwowca jeszcze większego, bo za Ukraińca, Białorusina bądź Litwina? I nawet zapisywał się do stanu chłopskiego. Polskość nie tylko więc przyciągała, lecz i odpychała. Siła atrakcyjna zmieniała się w siłę toksyczną.

I oto w III Rzeczypospolitej toksyczność stała się polityką państwową! Jak to się mogło stać? Jak było możliwe? Cóż, zadekretowano nierówność obywateli wobec prawa, wynaleziono lustrację, dekomunizację i Instytut Pamięci Narodowej, zdecydowano badać stopień sterylności Polaka wobec minionego ustroju. Przecież nie co innego, lecz właśnie ów brak sterylności, owo „uwikłanie w PRL”, stało się przyczyną nagonek przeciw Zygmuntowi Baumanowi czy Aleksandrowi Wolszczanowi. Fakt, że obaj byli chlubą polskiej nauki, że cieszyli się sławą światową, nie miał żadnego znaczenia, skoro nawet z Lecha Wałęsy można było zrobić „Bolka”, a z Czesława Miłosza odległego od spraw polskich „Litwina”. Czy w tych kampaniach zawiści i nienawiści (skądinąd szczególnie często dotykających noblistów) nie widać było chęci, by niektórzy Polacy jednak sobie z Polski poszli? Z Baumanem i Wolszczanem cel ten osiągnięto.

Nie wiem, czy Kurski ma rację, tak jednoznacznie kwalifikując w swojej książce politykę Dmowskiego, wiem jednak, że tenże Dmowski, i to na samym początku swojej działalności, pisał zupełnie jednoznacznie o „rasie pół-Polaków”, która „musi zniknąć”. A to przecież są słowa straszne. Ich rezultat stał się widoczny już dawno, jego echo odzywało się także w różnych okresach PRL, lecz czyżby dopiero na naszych oczach wszedł w stadium rozkwitu? Wszak nasze ideologiczne państwo niejednego już skłoniło do opuszczenia ojczyzny. Czy decyzje Conrada i Namiera stały się polską normą?

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 3/2023

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy