Ostrożnie z pamięcią

Ostrożnie z pamięcią

Na początku lat 90., gdy mieszkałem w Szwecji, zdumiało mnie, że w tym kraju święta Bożego Narodzenia zaczynają się już na początku listopada. I to w kraju, gdzie panteizm i ateizm zastąpiły chrześcijaństwo. Donosiłem o tym, pisząc do naszej prasy. Ale te ich święta są bardziej komercyjne niż duchowe. U nas po latach zrobiło się trochę podobnie. Dla handlu byłoby najlepiej, gdyby święta trwały okrągły rok. Problem polega na tym, że istotą prawdziwego święta jest jego niezwykłość i powtarzalność, zazwyczaj raz w roku, co kultywuje i odświeża pamięć religijną i historyczną wspólnoty.
Los ludzki zanurzony jest w mijającym czasie. Co „jest” – staje się „było”, co „było” – zmienia się w popiół. I z tym jakoś musimy sobie radzić.
Problemy z pamięcią to nasze przekleństwo i błogosławieństwo. Gdybyśmy wszystko pamiętali, zasypałby nas śmietnik szczątków przeszłości. Zapominanie jest trochę jak gnicie, gdyby nie było rozkładu żywej materii, zginęlibyśmy wśród tego, co stało się martwe i trwa. Niekiedy mam wrażenie, że nasza polska pamięć historyczna, jej zmumifikowane szczątki są wyjątkowo trwałe i tworzą osobliwe konfiguracje. Od jakiegoś czasu uwierają nas i przeszkadzają. Kiedyś była to część naszej samoobrony, pozwalająca przeżyć w czasie trudnym. Przeżyliśmy. Ale dawne myślenie nadal jest uparcie żywe: więc też pesymizm i pochmurne oblicza, to się musi źle skończyć, wszyscy kradną, panie, a ja nie, jesteśmy ofiarą historii, Chrystusem narodów, ale ten Chrystus, broń Boże, nie był Żydem.
Marcin Król, którego lubię i cenię, więc nie chcę mu zaszkodzić, pisał kiedyś, że aby Polska była normalnym krajem, musi siebie zapomnieć. W jakiejś części zgadzam się, chociaż brzmi to okrutnie.
Niestety, nasi politycy wzięli się do wskazywania tego, co powinniśmy pamiętać, a co zapomnieć. Są pomysły na politykę historyczną państwa, jeśli tylko państwo wpadnie w nasze ręce. Czyli to nie historycy, ale oni mają resetować pamięć historyczną i po swojemu ją kształtować. Dobry pomysł, by znaleźć się w miejscach z przeszłości, których nasza cywilizacja się wstydzi.
Na szczęście to zabieg niewykonalny, zasoby wiedzy i różne punkty widzenia uwolniły się już spod jakiejkolwiek kontroli.
Byłem w Bydgoszczy po raz pierwszy od dziesięciu lat. Pogoda czyśćcowa, mogłem jednak dostrzec, jak wiele w tym ładnym mieście zmieniło się na lepsze. Niezwykła Wyspa Młyńska w środku miasta okolona Brdą i Młynówką, które tu się łączą. Nowa marina, piękne restauracje, muzea, plany na przyszłość – to już w najlepszym tego słowa znaczeniu Europa. Obok opera, budowana tak długo, że przy otwarciu była zabytkiem (na spektaklach zawsze komplet). Jestem oprowadzany po kulisach i po scenie. Tam scenografia „Czarodziejskiego fletu” – biblioteka pełna starych ksiąg. Wiedziałem, że księgi nie mogą być prawdziwe, ale chciałem dać się oszukać, po co więc dotykałem…
A przy okazji w Bydgoszczy spotykam się z krewnym, ładny korzeń rodzinny, który zdawał się już na zawsze zapomniany.
W mieście trafiam na kulminację politycznej walki o pamięć. Kiedy mam spotkanie w klubie o mądrej nazwie Mózg, otwierany jest właśnie nowy most przez Brdę. Imponująca konstrukcja, podobno unikatowa w Europie.
Po katastrofie smoleńskiej w chwili uniesienia i żałoby zgodzono się, by most nosił imię Lecha Kaczyńskiego. Ale rozgorzała zimna wojna domowa i Kaczyński padł jej ofiarą. Radni z Platformy zmienili zdanie, most ma się nazywać Uniwersytecki. Tłumaczą: most powinien spajać, nie dzielić.
Za bardzo jednak nie spoił, zaczęły się awantury. To chyba jednak była pewna małostkowość radnych, którą – niestety – łatwo mi zrozumieć.
W nocy przejechałem przez nowy most i byłem zadowolony, że nie nosi imienia byłego prezydenta. Również dlatego, że w tym przypadku walka o pamięć to także walka o utrwalenie pewnej wizji i przypominanie, że prezydent z małżonką polegli. Trochę też polegli inni politycy PiS, a reszta raczej zginęła tragicznie. Przydałby się jakiś prawicowy synod, by owe subtelne dogmaty ustalić.
Przy okazji dowiedziałem się nie najlepszych rzeczy o ludziach PO na różnych szczeblach władzy, w B. Mruczę pod nosem: po tylu latach dominacji to nieuchronne, szczególnie przy pewnych polskich tradycjach, po prostu nie wytrzymali, nie mieli szans.
I tu nawiedza mnie druga straszna myśl. PiS, jak się zdaje, może mieć sporo racji w krytyce Platformy. Ale z istoty swojej chemii psychicznej, z nienawiści, każdą tezę, nawet prawdziwą, doprowadza do absurdu. Jakie są komplikacje wewnątrz tej partii, słynnej z próby wzmożenia moralnego, ujawnił niedawno agent Tomek.
Co do prawdy, ona z natury swej zrobiona jest z delikatnej materii, wystarczy mały dodatek i staje się zupełną nieprawdą.
A jeśli chodzi o Boże Narodzenie, to zgadzam się z Miłoszem, że największym polskim świętem duchowym jest jednak Święto Zmarłych, co dobrze świadczy o naszej pamięci. Gorzej, że o zmarłych czasami bardziej dbamy niż o żywych.

Wydanie: 1/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy