Tradycyjnie i bez konserwantów

Przed świętami Bożego Narodzenia ubojnia w Górze Ropczyckiej ledwo nadąża z produkcją swojskiej kiełbasy

Z pozoru pomysł wydawał się samobójstwem finansowym – w najgorszym dla rolnictwa 1999 r. 12 odważnych przejęło państwowe gospodarstwo i z ruiny buduje małe, niezależne, ale dochodowe imperium.
Właśnie do 1999 r. w Górze Ropczyckiej wegetowało państwowe przedsiębiorstwo rolne. Na 430 ha uprawiano niemal wszystko, podobnie było z hodowlą. W 1995 r. gospodarstwo przejął Oddział Terenowy Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa w Rzeszowie. Kiedy przed trzema laty zdecydowano, że obiekty produkcyjne znajdujące się w zasobach AWRSP należy prywatyzować, chętnych do przejęcia nie było. Produkcja rolna miała opinię nie tylko niedochodowej, ale wręcz deficytowej, kaprysy pogody mogły zrujnować plantatorów, choroby zwierząt skazać hodowcę na bankructwo, a import taniej żywności mocno ograniczał rynki zbytu. W Górze Ropczyckiej

33 pracowników żyło z dnia na dzień,

czekając na cud inwestycyjny, który nie następował. Dziś już nikt nie pamięta, czy inicjatywa wyszła od pracowników, czy z Oddziału Terenowego AWRSP w Rzeszowie. Na forum pracowniczym padł pomysł – stwórzmy spółkę pracowniczą, wydzierżawimy, spróbujemy, może się uda. Początkowy i powszechny entuzjazm gasł, kiedy okazało się, że każdy ze wspólników musiałby wnieść 10 tys. zł udziału, bo wartość interesu wyceniono na 120 tys. zł. Pracownicy nie dysponowali taką sumą, nawet gdyby się zapożyczyli. Niektórzy otrzymali odprawy z rozwiązywanego zakładu, ekwiwalent za zaległe urlopy, dodatek stażowy, ale tylko nieliczni zdecydowali się zainwestować w spółkę. Dziś ci, którzy nie zaryzykowali, gorzko żałują. Odprawy „rozeszły się” w kilka miesięcy. Ci, którzy zainwestowali, są właścicielami dobrze prosperującego zakładu. Bogdan Adam, do niedawna administrator państwowego gospodarstwa w Górze Ropczyckiej, dwoił się i troił, by przekonać niezdecydowanych. Przekonał 12.
– Kto chciał być szefem spółki, musiał wykupić 20% udziałów – przypomina Bogdan Adam. – W końcu okazało się, że musiałem więcej wyłożyć, zwijałem się jak piskorz, zastawiłem wszystko, co miałem, dom w stanie surowym, domek letniskowy, szwagier poręczył mi kredyt. Z konieczności musiałem wykupić więcej udziałów, ale dziś nie żałuję.
Bez problemu przekonali dyrekcję agencji, że nie stać ich na dzierżawę całego gospodarstwa, ale chętnie przejmą połowę. Przejęli 120 macior i budynki. Z 430 ha będących we władaniu agencji wydzierżawili 120 ha. I zaczęli. Nie musieli się uczyć, w końcu pracowali tu od lat, znali tę ziemie, tyle że teraz to była ich ziemia. 40 ha pszenicy ozimej, 35 ha pszenicy jarej, 30 ha buraków cukrowych, reszta to jęczmień.

Uprawy zbóż są tylko produkcją wspomagającą.

Prawie 100 ha „pracuje” na rzecz hodowli trzody chlewnej, zasadniczej części produkcji spółki z Góry Ropczyckiej. Uprawy kosztują ich taniej niż skupowanie pasz.
– Mamy 180 macior, wszystkie hodujemy dla potrzeb naszej ubojni – mówi Adam. – Mamy w ofercie tylko kilka gatunków kiełbas, ale robionych sposobem tradycyjnym. Na przykład nasza kiełbasa swojska zawiera mięso wieprzowe, sól, pieprz i czosnek. To wszystko. Wędzimy też tradycyjnym sposobem. Okazuje się, że nasi odbiorcy cenią sobie tę kulinarną tradycję. Nie stać nas na razie na reklamę, nasz towar reklamuje się sam. Swojska zdobyła sobie taka renomę, że nie nadążamy z produkcją.
Rocznie w zakładzie ubija się ok. 4 tys. własnych tuczników, a niemal drugie tyle kupuje się od okolicznych rolników. Obie strony są zadowolone, bo ubojnia w Górze Ropczyckiej ma pewne dostawy, a rolnicy pewny zbyt.
W gospodarstwie nadal pracuje 33 pracowników, lecz produkcja we własnej ubojni podwoiła się. Intensywnie pracują nie tylko właściciele zakładu, ale także robotnicy najemni. Nikt stąd nie chce odejść, zakład jest stabilny finansowo, na bieżąco wypłaca pobory. Korzysta przy okazji z pomocowego programu AWRSP, który przewiduje dofinansowanie poborów byłego pracownika PGR. Z dobrodziejstw programu korzysta tu dziewięć osób.
W ubiegłym roku wspólnicy zainwestowali 150 tys. zł. w przetwórnię. Wiosną tego roku zwrócili się do dyrekcji OT AWRSP w Rzeszowie o zgodę na zainwestowanie własnych pieniędzy w modernizację ubojni. Zgodę dostali. Kolejnym krokiem miał być wniosek o pomoc z programu SAPARD. Niestety, okazało się, że pomoc obwarowana jest warunkami, których na razie nie są w stanie spełnić. Po prostu obawiają się przeinwestowania w trudnych dla rolnictwa czasach, przy stałych kosztach pracy i stałych wydatkach na środki produkcji, podatku dochodowym i VAT. – Wolimy rozwijać się małymi krokami, mieć opinię wypłacalnych wobec agencji, banków, dostawców i pracowników – mówi Bogdan Adam.
Na potrzeby mieszkańców uruchomiono mały sklepik przyzakładowy, w którym można na bieżąco kupić wszystko, co produkują. Nieznacznie taniej, ale za to tak świeże, że jeszcze ciepłe. Sprzedają również detalicznie, lecz w cenach hurtowych.

Przyzakładowy sklepik

to udogodnienie dla najbliższych sąsiadów zakładu, gros produkcji trafia do odległego o 20 km Rzeszowa i pobliskich Ropczyc.
– Jest dobrze – cieszy się prezes Adam i razem ze współwłaścicielami planuje przyszłość inwestycyjną. Niebawem miną trzy lata od chwili, kiedy wydzierżawili gospodarstwo od AWRSP. Prawo mówi, że po trzech latach dzierżawy otrzymują przywilej pierwokupu i z tego przywileju mają zamiar skorzystać. Przed trzema laty przejęli trzodę o wartości 600 tys. zł, płacąc za nią 120 tys. zł od razu i co pół roku raty za zapasy magazynowe. Dziś stado jest liczniejsze, obiekty modernizowane, wprowadza się nowe, bardziej efektywne krzyżówki zwierząt, są cztery ciągniki, ładowarka, samochód dostawczy. Właśnie urządzają nową, wydajniejszą wędzarnię. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia i jak co roku znów będą mieli problem, by nadążyć z produkcją. Podobnie jest przed świętami wielkanocnymi. Przy takich okazjach co roku liczą na wsparcie okolicznych rolników, którzy dostarczają im żywiec do ubojni. Patrząc na dzisiejsze obroty, planują w ciągu dwóch lat spłacić zobowiązania wobec AWRSP i stać się pełnymi właścicielami pola, hodowli, ubojni i wędzarni, czyli zupełnie dużego zakładu produkcyjnego. A zaledwie przed trzema laty byli tu tylko siłą najemną.

 

Wydanie: 47/2002

Kategorie: Rolnictwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy