Trudne dziedzictwo świętego

Trudne dziedzictwo świętego

Tylko polscy katolicy, intelektualiści, publicyści i politycy nie chcieli widzieć fundamentalizmu Jana Pawła II

Prof. Andrzej Romanowski w tekście „Dziedzictwo świętego” (PRZEGLĄD nr 48) wiąże fundamentalizm hierarchii katolickiej w naszym kraju i niektórych kręgów katolików świeckich z nauczaniem i postawą papieża Polaka. Na końcu stawia pytanie, czy po 11 latach od śmierci polskiego papieża przyszedł czas na poważną rozmowę na ten temat i czy jesteśmy na nią gotowi.

Jako osoba zajmująca się religią jako zagadnieniem o doniosłej roli społecznej, muszę odpowiedzieć na to pytanie negatywnie. Warto natomiast do tekstu prof. Romanowskiego dodać kilka refleksji, które rzucą więcej światła na możliwość dyskusji nad dorobkiem Jana Pawła II i wpływem jego nauk na bieg wydarzeń w Polsce.

Na początku warto zacytować dwie wypowiedzi papieża, będące jasnym przesłaniem o wymiarze fundamentalistycznym. 11 maja 1980 r., podczas spotkania z afrykańską młodzieżą akademicką w Jamusukro (Wybrzeże Kości Słoniowej), Jan Paweł II wypowiedział taką oto sentencję: „Śmierć Boga w sercu i życiu człowieka jest śmiercią człowieka”. Czy taka myśl – publicznie wygłoszona przez najwyższego dostojnika Kościoła katolickiego – nie jest punktem wyjścia do pogardy dla ludzi niewierzących, agnostyków i sceptyków?

11 lat później w encyklice Centesimus annus (1 maja 1991 r.) papież powtórzył to przesłanie, pisząc: „Negacja Boga pozbawia osobę jej fundamentu, a w konsekwencji prowadzi do takiego ukształtowania porządku społecznego, w którym ignorowana jest godność i odpowiedzialność osoby”. Tu fundamentalizm religijny wobec niewierzącego jest klarowny, gdyż jeśli ktoś utracił godność i odpowiedzialność, odchodząc od wiary, de facto nie jest już osobą. Taką argumentację potwierdzają wcześniejsze nauki Karola Wojtyły dotyczące odpowiedzialności i godności jako immanentnych atrybutów osoby ludzkiej.

Jak słusznie stwierdza brytyjski pisarz David Yallop, „Duchowy zwierzchnik niemal jednej piątej ludności świata dysponuje jednak niesłychaną władzą”. I to m.in. ma miejsce współcześnie w Polsce.

Prof. Romanowski sugeruje, że po 1989 r. w nauczaniu Jana Pawła II nastąpiła zmiana. Moim zdaniem możemy tylko mówić o innym rozkładzie akcentów, gdyż fundamentalizm przekonań i rygoryzm postawy obserwowano od samego początku tego pontyfikatu. Tylko polskie środowiska katolików świeckich, intelektualistów, publicystów i polityków nie chciały tego widzieć. Deklaracja Dominus Iesus z roku 2000 nie stanowi cezury, lecz jest kontynuacją elementów zawartych we wcześniejszych dokumentach (choć rozproszonych i na pierwszy rzut oka niewidocznych).

Hiszpański filozof, religioznawca i politolog Fernando Savater, tak określił pod koniec XX w. Jana Pawła II i jego rolę w kulturze Europy: „Myślę, że papież jest na swój sposób fundamentalistą. (…) Mówię o fundamentalizmie papieża, gdyż on nie przyjmuje tego, że w demokracji mogą być uznawane także wartości nienależące do katalogu wartości chrześcijańskich. (…) Prawa człowieka powstały i upowszechniły się wbrew papieżom i katolicyzmowi. (…) Bardzo dobrze, że dzisiejszy papież uznaje te wartości za dobre dla człowieka. Ale też są takie przejawy wolności, którym papież mówi »nie« – np. wolność przerywania ciąży czy wolność wychowania nienaznaczonego treściami religijnymi. To też są wartości demokracji, których trzeba bronić przed atakami – także papieża, bo on je utożsamia z pogubieniem prawdziwych wartości”.

Dlatego nie można zgodzić się do końca z Andrzejem Romanowskim, który stara się wykazać, że ekscesy niektórych członków polskiego Episkopatu przeczą linii Karola Wojtyły. Wielu z tych biskupów to przecież nominaci Jana Pawła II. Ten duch konserwatyzmu, narodowo-katolickiego zaścianka atakujący „cywilizację śmierci” od początku budził demony fundamentalizmu i integryzmu katolickiego.

Geneza fundamentalizmu religijnego, który dotknął świat współczesny, tkwi bardzo głęboko w procesach społecznych XX w. Na ów syndrom cierpi nie tylko katolicyzm. Widać go też wyraźnie w protestantyzmie (zielonoświątkowcy i amerykańscy ewangelikanie), prawosławiu, zwłaszcza w postawie rosyjskiej Cerkwi, ortodoksyjnym judaizmie, a przede wszystkim w islamie (najbardziej nośny temat). Niewielu publicystów i komentatorów próbuje przedstawić to zagrożenie w sposób kompleksowy, integralny ponad religijnymi podziałami, całościowo. Bo jak np. porównywać fundamentalizm Wojtyły, Chomeiniego, rabina Owadii Josefa czy szejków Ahmeda Jasina lub Muhammada Husajna Fadl Allaha? W Polsce to podważanie autorytetu i szarganie świętości.

Moim zdaniem łączy ich jedno – ich fundamentalizm, jak każdy, nie bierze się tylko ze zideologizowanego myślenia, z chęci uświęcenia państwa i upolitycznienia religii. Jego korzenie tkwią w poczuciu osaczenia przez świat i zagrożenia, któremu człowiek nie jest zdolny sprostać bez pomocy siły wyższej, Absolutu, Boga itd. Ale jego źródeł można poszukiwać także w hinduskim przysłowiu mówiącym, że „cały wszechświat podlega bogom, bogowie podlegają zaklęciom, zaklęcia podlegają braminom, dlatego bramini są naszymi bogami”.

Wydanie: 50/2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy