Tylko z nim te numery!

Tylko z nim te numery!

Emil Karewicz (1923-2020)

– Pół litra czystej co rano – odpowiedział Emil Karewicz na pytanie o przepis na długowieczność, które zadał aktorowi w 90. urodziny „Teleexpress”. – Oczywiście pół litra czystej owsianki – dodał. Cały Brunner!

Jego pierwszą aktorską rolą był występ klauna, podpatrzony przez małego Emila w wileńskim cyrku, a następnie odtwarzany w domu, aby rozweselić rodziców. A w domu już wówczas działo się źle – od powszedniej nędzy matka uciekała w dewocję, a ojciec w wódkę. Rozwiedli się, gdy Emil miał zaledwie siedem lat. Został przy matce, która powoli zaczynała rozumieć, że ten ruchliwy i ciekawy świata chłopak na księdza raczej nie wyrośnie. „Jeżeli już nie księdzem, to powinieneś zostać przynajmniej zakrystianem”, powtarzała synkowi.

Klaun, małpiszon, lowelas

A mały urwis przeciskał się wszędzie, gdzie tylko odbywało się jakieś przedstawienie. Jak nie buszował między straganami w trakcie słynnych wileńskich Kaziuków (4 marca), to wystawał 11 listopada pod trybuną honorową, z której defiladę przyjmował i przemówienie wygłaszał Dziadek. Jego serce spocznie zresztą niebawem na wileńskiej Rossie. Pierwszy raz Emil upił się, gdy kościelny wysłał go jako ministranta do kościelnej piwniczki po wino mszalne. Wypili z kolegą więcej, niż przynieśli. Na bilety do najtańszego kina, które pokazywało przygody Toma Mixa, pierwszego kowboja Hollywood, zarabiał, łowiąc w Wilejce uklejki, drobne ryby, sprzedawane za grosze żydowskim handlarzom. Z tych seansów chłopak wyniósł bakcyla aktorstwa i już w sezonie 1941 w Teatrze Małym – w Wilnie, które przechodziło z rąk polskich na przemian w sowieckie i w litewskie – zadebiutował w roli małpy w inscenizacji bajki Kryłowa. Zgarnął owację, ponieważ potrafił podrapać się za uchem nogą. Przejęcie Wilna przez Armię Czerwoną zastało Emila w dwumetrowej ziemiance, którą wykopał w ogrodzie na przedmieściach. To było pierwsze mieszkanko dla niedawno zaślubionej pary: Ewy i Emila, którzy tak postanowili ukryć się przed wywózkami. A przeprowadzał je zarówno jeden, jak i drugi okupant. Udało się przed nimi uchronić, a nawet wstąpić do 2 Armii Wojska Polskiego. Co jednak z tego, skoro mocno konserwatywne przedwojenne środowisko teatralne dla zasady blokowało dostęp do sceny takim, którzy służyli w „sowieckich formacjach”. Z prac teatralnych pozostało Emilowi reżyserowanie sztuki świetlicowej pod tytułem „Cześć pracy!” dla gdyńskich dokerów. Tyle że Emil obstawał przy swoim i po licznych podchodach w 1950 r. zdał egzamin aktorski w Łodzi, a nawet dostał rodzinne mieszkanie przy ulicy Jaracza, rzut beretem od teatru i dwa kroki od Piotrkowskiej. Stamtąd przejął go film. W „Warszawskiej premierze”, ramocie o historii wystawiania „Halki”, zagrał z niedopuszczalną przesadą lowelasa, za to u boku samej Danuty Szaflarskiej. A w czasie przerw szkicował w garderobie całkiem udane karykatury kolegów – płacili po 200 zł od sztuki.

Najważniejsze, że się pokazał, że wyszedł z cienia. Paradoksalnie – wprost do „Kanału” (1956). Andrzej Wajda przeznaczył mu tam rolę powstańca, który bałamuci dziewczynę, a ta popełnia przez niego samobójstwo. Kiedy zaś por. „Mądry” wypełza z czeluści umazany breją po czubki włosów, elegancki niemiecki oficer dłonią w rękawiczce z widocznym obrzydzeniem odbiera mu pistolet maszynowy i kieruje ku ścianie, pod którą go za chwilę rozstrzelają. Scena była tak sugestywna, że Niemcy wycięli ją przed wprowadzeniem filmu na swoje ekrany.

W każdym razie Karewicz to był już ktoś. Kiedy zatem kompletowano ekipę do ekranizacji „Bazy ludzi umarłych” (1958) według scenariusza Marka Hłaski i zbierano najgorętsze młode nazwiska, ściągnięto na plan – obok Tadeusza Łomnickiego czy Leona Niemczyka – także Emila Karewicza. W dodatku na osobiste życzenie Hłaski. I kiedy ten w końcu wycofał nazwisko z czołówki, bo jego polskiemu filmowi noir dopisano końcówkę jak z produkcyjniaka, postanowił na koniec urżnąć się z aktorami, którzy mimo wszystko starali się, jak mogli. „Po pierwszych toastach byłem według Hłaski najlepszym aktorem z całego filmu – wspominał pan Emil. Po drugim – najlepszym w Polsce. A po kolejnych – trzecim najlepszym na świecie”. Krytyka pisała w podobnym tonie, że „zachowując opanowanie, niemal wzgardliwą obojętność, drewnianą twarz, w której żywe i czujne są jedynie jego oczy, potrafi się wysunąć na czoło całego zespołu”.

Monument i gestapowiec

Ta wzgardliwa obojętność przydała się, gdy Aleksander Ford szukał aktora, który udźwignąłby rolę króla Jagiełły w superprodukcji „Krzyżacy” (1960). Zresztą reżyser niczego więcej od Karewicza nie oczekiwał, przeciwnie, wymagał jednoznaczności, płaskości i monumentalizmu. Aktor wywiązał się, choć z żalem. Jagiełło w jego interpretacji nie przeżywa wahań, nie cierpi, nie kalkuluje, wydaje tylko rozkazy. Zresztą żeby ten jego monumentalizm wzmocnić, w scenie rozmowy z posłami krzyżackimi (dwa nagie miecze) filmowano go od dołu. Tak się patrzy na pomniki. W dodatku, by podnieść majestat, posadzono króla (czego w filmie oczywiście nie widać) na koźle gimnastycznym sprowadzonym z pobliskiej szkoły. Na tym koźle Emila Karewicza w roku premiery i krótko po obejrzało 32 mln widzów – cała ludność Polski wynosiła wówczas ok. 30 mln. I najważniejsze: „Jagiełło stał się moją prawdziwą bramą do masowej wyobraźni – wspominał Karewicz. – Już do końca widownia zapamiętała mnie jako Jagiełłę. I przy okazji postać ta była pewnym alibi. Bo gdy później pojawił się ten zły, Hermann Brunner, król Jagiełło go równoważył”.

No właśnie, Brunner! Jest rok 1965 i dzwoni telefon. W słuchawce reżyser Andrzej Konic: „Emil, mam dla ciebie rolę. Robię w telewizji przedstawienie »Stawka większa niż życie«. Rozumiesz – wojna, mundury, strzelanina… Główną rolę będzie grał Mikulski. A ty tego gorszego. Ale nie martw się, też fajna rola”. Karewicz niedawno przeniósł się do Warszawy, tutejsze środowisko teatralne traktowało go jak przybłędę z prowincji, więc przyjmował role jak leci, byle się utrzymać na fali. Bez namysłu zgodził się na tego Brunnera, w sumie nic takiego, kilka epizodów w serialu telewizyjnym. Zresztą Brunner był tylko jednym z kilkunastu planowanych gestapowców. Tyle że jak już raz zagrał, reżyserzy natychmiast zaczęli wycofywać tych innych, a napisane dla nich role przeznaczali Brunnerowi-Karewiczowi. A i tak, gdyby dokładniej policzyć, uzbierało się tego bardzo niewiele. „Emil wystąpił tylko w pięciu odcinkach serialu, a publiczność zapamiętała go tak, jakby zagrał we wszystkich 18 – wspominał po latach Stanisław Mikulski. – On zrobił z Brunnera majstersztyk! Nie każdy by potrafił znaleźć do tej postaci klucz. Jego postać jest straszna i groteskowa zarazem. Zagrał w »Stawce« brawurowo”. Widzowie na swój sposób go polubili, a co najmniej przywiązali się do niego. „Dlaczego tak się stało, nie wiem – przekonywał Karewicz. Grałem tak, jak mi wskazywał tekst. A że wyszło, tak jak wyszło? To chyba aktor do kitu, bo co innego gra, a co innego mu wychodzi”. Ale nie tylko to – na planie powstała szczególna chemia między Klossem a Brunnerem. Czego nie da się powiedzieć o Klossie i kilku innych gestapowcach. Po prostu Kloss i Brunner zostali parą. Na zawsze.

Popularność zdobyta dzięki „Stawce…” bardzo się przydała. Brunnerowi nikt nie śmiał odmówić, np. przydziału materiałów na budowę domu. Kiedy pan Emil zaparkował samochód w niedozwolonym miejscu, milicjant wystawił najniższy możliwy mandat, w kwocie 5 zł. A kiedy okazało się, że aktor nie ma przy sobie drobnych, funkcjonariusz zadeklarował, że zapłaci za niego ze swoich. Nawet w roku 2002, kiedy na festiwalu w Opolu weszli z Mikulskim na scenę przy wtórze słynnej melodii ze „Stawki…”, publiczność wstała z miejsc i urządziła im owację. „Zatkało mnie – wspominał Karewicz. Nie mogłem słowa wymówić. Jeszcze dziś czuję ciarki na plecach”.

Ten Brunner tak mocno do Karewicza się przykleił, że kiedy reżyserzy dzwonili z kolejnymi propozycjami, zaznaczali od razu, że może grać, jak chce, byle nie odstawiał na ekranie kolejnego Brunnera. Czasem bywało to nieuniknione, jak wówczas, gdy w „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” zagrał gestapowca, który próbuje wymówić nazwisko Brzęczyszczykiewicz. Paradoksalnie gruntowniej pan Emil odkleił się od serialowego wizerunku dopiero w roku 1995, grając w reklamie margaryny. W tamtym czasie pojawianie się aktorów w reklamach to był ewenement dość surowo piętnowany w środowisku. Zwłaszcza przez tych, którym występu w reklamach nie proponowano. Karewicza-Brunnera znów, jak za najlepszych lat, oglądała cała Polska. Karewicz tego występu nie poczytywał sobie za ujmę, zwłaszcza że formalnie był już na aktorskiej emeryturze. Choć cały czas spodziewał się propozycji. I tłumaczył: „Aktorzy występują w reklamie nie tylko ze względów finansowych, ale także dla przypomnienia, że jeszcze żyją, ruszają się i można ich pokazać. A aktor, póki pamięta, jak się nazywa, i trafia sam do domu, może grać”.

Fot. Zygmunt Januszewski/TVP/East News

Wydanie: 13/2020

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy