Jak uciec spod szafotu?

Jak uciec spod szafotu?

Wszystkie opowieści o rekonstrukcji rządu mają jeden wspólny mianownik – Jarosław Kaczyński pozbędzie się przy tej okazji Witolda Waszczykowskiego. On sam też to czuje. Niedawne ataki, które przypuścił na Donalda Tuska, to przecież była forma obrony, pokazania Kaczyńskiemu, że Waszczykowski jest wierny, dyspozycyjny i wstydu nie ma. A wiadomo, w PiS jest tak jak na porządnym dworze – najważniejsze to podlizać się imperatorowi. A nie ma lepszego sposobu niż atakowanie Tuska lub Wałęsy. Waszczykowski wyskoczył więc przed szereg. Czy mu się uda ocalić stołek? Chyba nie od niego to zależy.

To nie jest wiedza ekskluzywna, Waszczykowski nie jest wymarzonym przez Kaczyńskiego ministrem spraw zagranicznych. Jego pierwszym kandydatem był Ryszard Legutko, szacowny profesor z Krakowa. Ale Legutko, rocznik 1949, prezesowi odmówił, wymawiając się wiekiem. Jasne, jeśli ma się 68 lat, całe życie spędziło się na uniwersytecie, a teraz jest się posłem do Parlamentu Europejskiego i wie, na czym polega praca państwowa, to fotel szefa MSZ nie jest tak bardzo atrakcyjny. Tak więc niechęć Legutki do długich podróży i szarpania się z ludźmi dała Waszczykowskiemu szansę…

Ale ponieważ średnio ją wykorzystał, ponieważ co chwila prokuruje bolesne dla PiS wpadki, wiadomo, że powinien już się żegnać z resortem.

Krążą nawet po MSZ nazwiska jego możliwych następców. Nie, Jacka Saryusza-Wolskiego w tej grupie nie ma. On wciąż jest obcy, choć im bardziej atakuje Platformę oraz Tuska i sygnalizuje, że chciałby z tym towarzystwem się policzyć, tym bardziej jego pozycja w oczach prezesa rośnie.

Wymieniany jest za to Adam Bielan, obecny wicemarszałek Senatu. Ma on tę zaletę, że Kaczyński dobrze go zna. Ale ma też wielką kreskę w życiorysie, bo przecież kiedyś prezesa porzucił. Teraz pewnie chciałby wypłynąć na szerokie wody, poczuć wreszcie wielką politykę, ale…

Problem w tym, że o stanowisku szefa MSZ marzą jeszcze dwa inne wilczki, mniej więcej tego samego formatu co Bielan. Mowa o zastępcach Waszczykowskiego – Konradzie Szymańskim i Janie Dziedziczaku. Pierwszy ma w życiorysie epizod służby dla rozłamowców, więc jeszcze musi popokutować, udowodnić swoją wierność; ten drugi niczego nie musi udowadniać – poza tym, że jest odpowiednim numerem kapelusza. Bo na razie w MSZ zajmuje się Polonią i to jest chyba pułap jego możliwości intelektualnych.

W tej sytuacji Waszczykowski na razie jest silny słabością konkurentów (choć to rychło może się okazać iluzją) i nowym dziełem, którym chce zdobyć łaskawość prezesa. Tym dziełem jest zapowiedziana w ramach nowej ustawy o służbie zagranicznej wielka czystka w MSZ. Wielka wymiana kadr. Że może się skończyć degrengoladą dyplomacji? To pryszcz! Ważne, że wycięty zostanie w pień korpus Geremka, ludzie, którzy przyszli do MSZ z jego poręczenia lub za jego akceptacją. Oni Kaczyńskiego denerwują, więc trzeba z nimi się policzyć.

A Waszczykowski do wykonania tej pracy znakomicie się nadaje. Do uruchamiania gilotyny. Potem, gdy zrobi swoje, będzie można myśleć o kimś bliższym prezesowi i mniej kłopotliwym.

Wydanie: 15/2017

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy