Ucieczka przed tupamarem

Ucieczka przed tupamarem

„Gazeta Polska” już na okładce się chwali, że jest „najczęściej cytowanym tygodnikiem w pierwszej połowie tego roku”. Rzeczywiście w świecie naukowym odnotowywano ongiś liczbę przywołań niektórych dzieł i nawet układano na tej podstawie szacowne rankingi. Zorientowano się jednak wkrótce, że mnóstwem cytowań szczycą się przede wszystkim autorzy tak absurdalnych czy fantastycznych tez, iż porządni badacze uważają, że jeśli nawet polemika byłaby poniżająca, trzeba się odciąć od wariatów, co niestety stawało się równoznaczne z napomknięciem o nich. Dość wspomnieć, że swego czasu na szczytach list znajdowali się Erich von Däniken czy zaprzeczający istnieniu hitlerowskich obozów zagłady tzw. negacjoniści. Ten sukces fałszerzy i gamoniów nie jest niczym zaskakującym. Wiadomo, że o jednym spóźnionym pociągu pisze się więcej niż o stu przyjeżdżających punktualnie. Bez skrupułów zwiększę więc dorobek „Gazety Polskiej” i zwrócę uwagę na pomieszczoną w niej publikację. Bo też prawdziwie polska ona jest!
Oto pośród nawału obchodów jubileuszy i klęsk narodowych nie zapomniała „GP” o rocznicy jednego z najważniejszych narodowych nieszczęść, do uczczenia którego i ja się z opóźnieniem dołączę. Oto 70 lat temu, 3 sierpnia 1948 r., w Warszawie przyszedł na świat Antoni Macierewicz. Nie wiem, dlaczego w Polsce powszechnie przyjęła się nieprawidłowa wymowa „Maciarewicz”. Jestem ostatni do grzebania się w nazwiskach, ale faktem jest, że już w szkole, w roku 1967, dyskutowaliśmy, co to takiego ten „rewicz”, który nam Antoś ofiarowuje. Dziś myślę, że zawarte w tym jest proroctwo – ponieważ rewia wojskowa w przeciwieństwie do np. estradowej nie może być rodzaju żeńskiego (nie przystoi), przerodziła się tu w męski „rewicz”, zwiastujący umiłowanie wojny przez delikwenta. Wróćmy jednak do biografii. Ojciec Antka – dowiadujemy się z panegiryku „GP” – kierownik pracowni w Państwowym Zakładzie Higieny, „11 listopada 1949 r. został znaleziony martwy w swoim laboratorium. Wiadomo, że wcześniej przyszła doń bezpieka. Okoliczności śmierci są nieznane, najpewniej jednak doszło do zabójstwa”. Jest to wspaniały sposób tworzenia historii. „Okoliczności nieznane”, nawet służalczy IPN nic nie znalazł, ale „najpewniej” „wcześniej przyszła bezpieka”. Ale ile wcześniej? Tydzień? Dzień? Parę godzin? I w jakiej sprawie przyszła? Żeby mordować w publicznej instytucji?

Mniejsza z tym. Dość, że dorastał Macierewicz bez ojca, stęskniony za emanacją męskości, którą odnalazł w czynie zbrojnym. Pierwszym jego ideałem był urugwajski Ruch Wyzwolenia Narodowego-Tupamaros, skrajnie lewacka, ale i antybolszewicka organizacja miejska, stawiająca na krwawe zastraszanie, kidnaping i radykalizowanie młodzieży. Z tego okresu wyniósł Antoni pasje iberystyczne oraz zamiłowanie do harcerstwa i formacji parapartyzanckich. Kilkakrotnie namawiał mnie do wstąpienia w szeregi Czarnej Jedynki – drużyny harcerskiej Liceum nr 6 im. Reytana w Warszawie, której przewodził razem z Jerzym Kijowskim, starszym bratem reżysera (z tego też drzewa jest Kijowski, były szef KOD – dziwny jest ten świat). Nie reflektowałem, gdyż, po pierwsze, mam wrodzony wstręt do tworów paramilitarnych, po drugie, niepokoiły mnie już wtedy świdrujące, fanatyczne oczy druha. W 1976 r. założył KOR i podług „GP” „zaproponował jeszcze członkostwo Janowi Józefowi Lipskiemu i Jackowi Kuroniowi, którzy – postawieni przed faktem dokonanym – wyrazili zgodę”. Wprawdzie Lipski opisuje to całkiem inaczej, któż jednak uwierzy w słowa liberała i masona wobec słowa prawdziwego Polaka. Parę lat później w środku nocy zapukał do mnie Macierewicz, że mam pomóc Jurkowi Sz., którego rano mają wyrzucić z Uniwersytetu Warszawskiego za zbieranie podpisów pod protestem przeciw nowej (jak się ta historia powtarza) – gierkowskiej w owym czasie – konstytucji. Wbrew dobrym manierom i przynależności służbowej (nie pracowałem już na UW) zadzwoniłem przed świtem do znanego z tolerancji prorektora (skądinąd członka PZPR) Jerzego Gąssowskiego. Nie zawiodłem się. Profesor uratował Jurka. Nic mu to nie dało – pozostał partyjnym podczłowiekiem, za to Antek chodził w blasku chwały. Od tego czasu Macierewicz założył Solidarność, pokonał stan wojenny, dokonał wielkiej lustracji, wprowadził Polskę do NATO, obalił Tuska, odbudował polską armię itd.

Schowałem się przed jego porażającym spojrzeniem w małym francuskim miasteczku nad Marną. Próżny trud, oto dowiedziałem się, że 21 września wielki jubilat przyjeżdża tu z Tomaszem Sakiewiczem uświetnić swoją obecnością zjazd czytelników „GP” – dwa domy od mojego. Nie ma ratunku. Na wszelki wypadek zamknąłem żaluzje i pojechałem na urlop do odległej Portugalii. Ale on dopadnie wszędzie. I niech nikt się nie łudzi, że nie jest już wszechpotężnym ministrem. W lasach szkolą się intensywnie jego tupamaros. A kiedy wyjdą z chaszczy i ruszą do miast i wsi, zadrżę nie tylko ja i drugi sort – o to nietrudno. Zadrży Błaszczak i – strach powiedzieć – zadrży nawet prezes Kaczyński, a obrażone karakale i drony nie przyjdą z pomocą. Może jeden prezydent Duda uratuje się na australijskiej fregacie. Pod warunkiem jednak, że Bałtyk stanie przyjazną taflą i fal żadnych nie będzie.

Wydanie: 39/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy