Umarło w życiu, żyje w polityce

Umarło w życiu, żyje w polityce

Młodzi ludzie, którzy wrócili z Anglii, mówią: angielscy koledzy w pracy pytali nas, dlaczego Polacy wybrali sobie taki głupi rząd. Angielscy robotnicy nie badali, czy polski rząd jest mądry, czy przeciwnie; powtarzają poglądy, jakie na temat polskiego rządu upowszechniają liczne media. U niektórych Anglików, Irlandczyków czy Holendrów słowa o polskim rządzie są grzeczną formą zdania, że to z Polakami w ogóle jest coś nie w porządku. Mamy coraz więcej dowodów, że skrajnie lekceważąca opinia o rozumie Polaków panuje także w amerykańskich elitach. Ważny jeden przykład. Specjalista od antyrosyjskiego PR z Heritage Foundation, dobrze znany z poprzednich publikacji Ariel Cohen perswaduje Polakom („Dziennik” 8.08), jak powinni zareagować na to, że Rosjanie wbili w dno morza pod biegunem swoją flagę. „Warszawa powinna nakłaniać swoich europejskich przyjaciół do przeciwstawienia się rosyjskiemu ekspansjonizmowi w Arktyce, i to zanim będzie za późno”. Polska nie ma i nie zanosi się na to, żeby kiedykolwiek miała swoje interesy w rejonie Arktyki, ale to nic nie znaczy.
Oto, jak Ariel Cohen „argumentuje”: „Sowieci chwalili się przed wojną podbojem Arktyki, a potem w 1939 r. zajęli wschodnią Polskę. Jest to język triumfującego totalitaryzmu. To język, który przyniósł Polsce najpierw Katyń, a potem Bieruta. Amerykanie wraz z Polakami teraz mają nadzieję, że historia się nie powtórzy”. Te same „argumenty”: pakt Ribbentrop-Mołotow, Katyń, Sybir, Bierut itp. Ariel Cohen przytacza za każdym razem, gdy Waszyngton potrzebuje Polski jako pieska szczekającego na Rosję. Ale co ciekawe, branie Polski na antyrosyjski kawał przeważnie przynosi pożądany skutek. Należy oczekiwać, że pod presją żelaznej logiki p. Ariela Cohena polski rząd, o którym angielscy robotnicy mają tak niewygórowane wyobrażenie, sprzeciwi się rosyjskiemu podbojowi Arktyki.

*

W polskich magazynach przechowywane są zbiory niemieckiej fundacji „pruskiego dziedzictwa kulturalnego”. Media nadają im udziecinniającą nazwę „berlinka”. Listy Goethego, rękopisy Hegla, Hörderlina, Beethovena, Mozarta i innych geniuszy niemieckich mają dla Niemców olbrzymie znaczenie. One nie zostały przez Polaków zrabowane, lecz przejęto razem z innymi dobrami znajdującymi się na terytoriach przyznanych Polsce w Jałcie i Poczdamie. Jest rzeczą co najmniej dziwną, że ponad 60 lat po wojnie wśród Polaków nie rodzi się refleksja, czy niezależnie od względów prawnych (tych się w Polsce przeważnie nie rozumie, a w Niemczech zawsze tak się składa, że prawo jest zgodne z interesem narodowym) te zbytki niemieckiej kultury nie powinny wrócić tam, gdzie było ich pierwotne miejsce, to znaczy do Berlina. Pewna prawicowa gazeta zaatakowała Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy był jeszcze prezydentem, że chce on zwrócić Niemcom te zbiory. Z góry potępiła ten zamysł, niemający niestety pokrycia w faktach, jako zdradę sprawy narodowej, spóźniony akt kolaboracji. Prezydencki minister wyjaśniał, że Polska chce zatrzymać zbiory jako walor wymienny w przetargach, które miały nastąpić. Obecnie media i Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypowiadają się w tej sprawie w sposób paskudnie emocjonalny. Nie licząc się z upływem czasu i zmianą obiektywnych relacji polsko-niemieckich MSZ uderza w ton, który był stosowany parę, paręnaście lat po wojnie a dziś brzmi, jakby widmo powstałe z grobu przemówiło. „Polska opinia publiczna wciąż pamięta o wywiezionych dziełach sztuki, spalonych bibliotekach i archiwach… a zgłaszanie w związku z tym roszczeń wobec Polski musi być odbierane jako chęć zatarcia różnicy pomiędzy sprawcą a ofiarą”. Jeżeli tak przemawia polska dyplomacja, to łatwo sobie wyobrazić, co mają do dodania dziennikarze. Oczywiście, „wy nam zniszczyliście dzieła sztuki za 20 mld dolarów (ciekawe, kto wycenił), my bierzemy wasze”. Co z tego wynika? Ponieważ Niemcy w czasie wojny polskie zabytki kultury zniszczyli, więc zwrócić ich nie mogą: Polska niemieckie zabytki w czasie pokoju przetrzymuje, więc zwrócić je może. Pytanie, dlaczego nie chce? Czynniki dziennikarskie i rządowe odpowiadają na to cierpiętniczo nacjonalistyczną paplaniną.
Dla oficjalnej Polski nie ulega wątpliwości, że „chęć zatarcia różnicy pomiędzy sprawcą a ofiarą” jest czymś zdrożnym i niedopuszczalnym. Niby dlaczego? Sprawcą są tu Niemcy, ofiarą jak zawsze i wszędzie Polacy. Obecnie znajdują się w jednym pakcie wojskowym i tej samej Unii Państw europejskich. Zatarcie różnic pochodnych od podziału wróg-przyjaciel już się obiektywnie dokonało i nie należy ich utrzymywać w wyobraźni, bo to skłania do czynów absurdalnych. Upór Polski, aby nie oddać Niemcom ich rękopisów Goethego, Hegla, Beethovena, Mozarta jest przede wszystkim postanowieniem małodusznym, a ze względu na wspomniane obiektywne relacje czynem też politycznie niemądrym. Już sama pomniejszająca nazwa „berlinka” świadczy, że tego, co się tu trzyma w magazynach, Polacy nie oceniają jak należy. Wystawiają się na pogardę Niemców i pewnie myślą, że przebranych za wieczne ofiary ona ich nie dosięgnie. Prowadzą zimną wojnę z Rosją i zdaje im się, że to, co o nich myślą Niemcy, nie ma i nie będzie miało żadnego znaczenia dla przebiegu tej wojny ulubionej ponad wszystko.
Mówi się o degrengoladzie polskiej polityki zagranicznej, rozkładzie odzyskanego ministerstwa. Jednak stanowisko w sprawie „berlinki” wskazuje raczej na ciągłość tej polityki. Jest to ciągle polityka „historyczna”, oparta na pamiętliwości i pod tym względem nieróżniąca się od tej, którą przyjmowali też poprzednicy solidarnościowej pani Fotygi. Nie pojawił się polski Talleyrand, który szukałby zasady porządkującej stosunki w powojennej Europie, a zwłaszcza w jej pokomunistycznej części. Gdyby się ktoś tego formatu i tego intelektu pojawił na szczycie władzy, zaproponowałby przedawnienienie jako zasadę najbardziej moralną i zarazem najbardziej użyteczną.
Pogląd, że można w nieskończoność ciągnąć korzyści z tego, że się kiedyś było ofiarą, przeżywa kryzys. I oby tego kryzysu nie przeżył.

 

Wydanie: 33/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy