Upały

Upały

Okolica niezbyt gęsto zaludniona na co dzień, dopiero w soboty i dni świąteczne ludzie wyrastają jak spod ziemi i od razu w samochodach. Jeżdżą w tę i z powrotem, ale nie całkiem bez sensu, bo widać, że w poszukiwaniu rozrywki. Dziwić może proporcjonalnie dużo mercedesów, audi, BMW i innych prestiżowych marek, widziałem nawet jaguara. Wcale nie są drogie, znajomy kupił mercedesa za 1500 zł, audi poszło za 800 zł, alfa romeo można dostać za zbliżoną cenę, a wszystkie te samochody gruntownie sprawdzone na zagranicznych i polskich drogach, na licznikach mają po 200 tysięcy kilometrów, a bywa, że i 500 000. Docelowym miejscem ruchów samochodowych są skraje lasów, ale także w głębi borów nie brakuje ani samochodów, ani sprzętu nagłaśniającego. Chłopcy w wieku poborowym i młodsi z pobliskich albo i dalszych wsi i miasteczek zajmują pod tymczasowe parkingi niepilnowane wolne miejsca i zebrawszy się w gromadki, komunikują sobie niezwykle pobudzające treści, ale jakie to są treści, wyrozumieć nikt z zewnątrz nie potrafi. Słychać tylko nazwy czynności i narządów seksualnych; odbywa się zastępcza kopulacja za pomocą słów.
W modę weszło kajakarstwo. Po tutejszych rzeczkach w ciepłe i słoneczne dni płyną flotylle kajaków, w niedziele pokrywając niemal całą powierzchnię rzeczek i tworząc korki przed miejscami wyładunku. Żeglarze w różnym wieku, przeważają młodzi, ale średnie i starsze pokolenia też są reprezentowane. Według mojej obserwacji, im liczniejsze towarzystwo, tym bardziej pijane, ale są też odstępstwa od normy. Gatunek ludzki przeszedł długą ewolucję, aż w końcu popadł pod jarzmo kultury. Zygmunt Freud twierdził, że jest ona źródłem cierpień, i chyba miał rację, bo widzimy, że ludzie na wszelkie sposoby starają się od niej uciec. Masy kajakarskie najlepszym na to przykładem. Ekspresja zredukowana do krzyków, żachnięć, pisków i wycia. Różnice statusów społecznych nie do odgadnięcia, silniejsi przewodzą reszcie, a płeć żeńska, skądinąd tak elokwentna na kongresach, znowu jak na początku świata nie ma nic do powiedzenia i może tylko piszczeć. Upojeni odzyskaną tożsamością dzikusa, a jeszcze bardziej alkoholem, potrafią się utopić w wodzie sięgającej do kolan. Prawdę mówiąc, słyszałem w tej okolicy tylko o dwu takich przypadkach. Hodowla, jak wiadomo, rolnikom się nie opłaca, nadrzeczne łąki nie są koszone. Trafiła się jedna koszona, dobrze utrzymana i na niej spodobało się kajakarzom rozpalić ognisko. One na oko pięćdziesięcioletnie, oni, też na oko, sześćdziesięcioletni, niewiadomego statusu, mogli być samorządowcami albo biznesmenami, jeżeli ktoś widzi różnicę. Po niejakiej chwili zjawił się właściciel łąki, bardzo stary i godnie wyglądający chłop, i robił wymówki biesiadnikom, wzywając, aby się wynieśli. Na co ci obrzucili go wyzwiskami, a jeden z nich, z wyglądu i zachowania przypominający orangutana, zaczął szturchnięciami i popychaniem przepędzać chłopa z jego łąki. Dumny rolnik za młodych lat nawet zniewagi słownej nie puściłby płazem, ale teraz porównawszy się z orangutanem i pomyślawszy o swoich sztucznych zębach, ustąpił bez walki. „Od czasu wojny nikt mnie nie popchnął, dopiero ten teraz” – poskarżył się najbliżej stojącemu świadkowi.
W Krakowie nie mam dość wolnej głowy, żeby przyglądać się ludziom, tutaj widzę zmiany fizyczne, bo mi się nie śpieszy i mogę dłużej zatrzymywać wzrok na jednej rzeczy, człowieku czy drzewie. Wzrost dobrobytu w pierwszej kolejności znacznie poprawił nogi dziewczynom; czy także mężczyznom, trudno powiedzieć (przepraszam za archaizm, teraz mówi się: „ciężko powiedzieć”), ponieważ dopiero od niedawna pokazują łydki. Ubrani tylko do kolan, wyglądają jak starożytni Rzymianie. Ciekawa rzecz, zniknęły grdyki. Gdy przygotowywany do pierwszej komunii chodziłem do kościoła, a tam niczym niezajęty wpatrywałem się w profile mężczyzn (kobiety stały osobno), stwierdzałem, że niemal co drugi miał grdykę. Gdzie się podziały? Mężczyźni wówczas mieli ostrzejsze nosy, wyraźnie zarysowane podbródki, widać było zarysy kości, oczy zajmowały więcej miejsca na twarzy. Dziś dostatek żywności i zbędność wysiłku fizycznego prowadzi do zamiany kątów ostrych w kształty w miarę możliwości koliste.

Dobrobyt za miastem jest bardziej widoczny niż w Krakowie. Według tego, co mogłem zaobserwować, ludziom na wsi żyje się całkiem nieźle, zwłaszcza jeśli do tego „nieźle” wliczyć dużo wolnego czasu i brak trudnych obowiązków. Także w małych miastach widzi się coraz więcej zamożności. Wolność gospodarcza nie zawiodła, czego nie można powiedzieć o demokracji. Co się tyczy kwestii państwowych, obywatelskich, ludzie strasznie zgłupieli. Nie wiadomo, czym się kierują, wybierając sobie takich, a nie innych idoli. Wyobraźmy sobie, że w PRL ktoś taki jak pan Ziobro zostaje ministrem sprawiedliwości, a postaci w rodzaju pana Macierewicza powierza się zadanie zbadania przyczyn katastrofy lotniczej. Kpinom, sarkazmom, głosom oburzenia, a także gadaniom o negatywnej selekcji nie byłoby końca. Ani Gomułce, ani Gierkowi do głowy by nie przyszło, żeby figurom tego pokroju powierzyć poważne zadania; byłoby to możliwe tylko w czasach bierutowskich.
Gdy na obszarach wiejsko-małomiasteczkowych mówi się o polityce, nazwisko Kaczyńskiego pada często, natomiast jego rywal w wyborach prezydenckich określany jest jako „ten w okularach” albo „ten z wąsami”; nazwisko Komorowski jeszcze się tam nie utrwaliło w pamięci. Zwolennicy Kaczyńskiego i jego partii mają prostsze poglądy i bardziej umocnione przekonania. Obecnie scala ich pewność, że Lech Kaczyński, Polak wielki jak Piłsudski, został uśmiercony przez Ruskich, ponieważ był dla nich zagrożeniem. Wiadomo, że Ruscy zabijają przeciwników, Litwinienkę uśmiercili polonem, a Politkowska – jak donosił z Moskwy korespondent polskiej gazety – została zabita w rocznicę urodzin Putina, przecież nie po to, żeby go w tym dniu zasmucić, lecz przeciwnie, ucieszyć. Mocno utrwalona wiara, że Rosja zawsze zabijała i zabija polskich patriotów, daje solidne podstawy partii Kaczyńskiego i przybliża ją do wyborczego triumfu. Na ten sukces przez dwadzieścia lat pracowała rusofobia i katyniomania całego obozu solidarnościowego.

Wydanie: 30/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy