Walczmy o mentalność labradorów, nie rottweilerów

Walczmy o mentalność labradorów, nie rottweilerów

Korzystacie ze sprawdzonych wzorców.

– W wielu krajach widać, że laicyzacja społeczeństw postępuje szybko i ludzie poszukują alternatywy, współczesnego sacrum. Tym sacrum staje się sztuka. Dzisiaj prawdziwymi świątyniami są teatry, filharmonie, galerie sztuki. Kiedy słucham noworocznego koncertu z Wiednia – w wykonaniu bardzo dobrej orkiestry w bardzo starej sali koncertowej z gigantycznymi tradycjami – wzrusza mnie moment, gdy pod koniec dyrygent odwraca się do publiczności i mówi: „Wiedeńscy Filharmonicy i ja życzymy państwu szczęśliwego Nowego Roku”. To dzisiaj milion razy więcej warte niż błogosławieństwo Urbi et Orbi, bo dociera do milionów ludzi na świecie i jest wolne od ideologii. Piękny, współczesny rytuał: ludzie są razem z powodu muzyki. To bardzo ważne – musimy czasami być razem, coś razem robić, uczestniczyć, żeby być społeczeństwem obywatelskim. Dzisiaj religia niestety dzieli (jak w Syrii), więc zostają kultura i sztuka oraz sport.

W Krakowie jeszcze nie grożą puste kościoły. Ale w Lubomierzu na Dolnym Śląsku w byłym kościele ewangelickim funkcjonuje niezwykła „świątynia sztuki”, Galeria za Miedzą.

– Sztuka to niemal jedyny kierunek dla takich miejsc. Powoli musimy się przekonywać do możliwości współużytkowania kościołów i filharmonii. Używane raz w tygodniu nie mają racji bytu. Wydaje mi się, że tego rodzaju miejsca powinny być stopniowo szerzej wykorzystywane. Jeśli Ministerstwo Kultury daje kościołom dużo pieniędzy na remont, powinno zastrzec, że np. podmioty prowadzące działalność artystyczną będą miały prawo w tych kościołach, restaurowanych za publiczne pieniądze, zrobić koncert.

Czyli kościoły nie otwierają podwojów przed muzyką?

– Jest mi niezmiernie przykro, że kościoły są tak mało gościnne dla muzyki sakralnej. Capella Cracoviensis gra bardzo dużo repertuaru sakralnego, ale za każdym razem, gdy chcemy go prezentować w świątyniach, mamy problem. Panuje ogólne niezrozumienie wielkiej spuścizny artystycznej, która powstała w kręgu Kościoła katolickiego czy protestanckiego. W Krakowie przy ulicy Smoleńsk jest kościół, w którym działał Grzegorz Gerwazy Gorczycki, ważny kompozytor polskiego baroku. Prosiliśmy o możliwość przeprowadzenia tam próby utworu „Lagrime di San Pietro” Orlanda di Lassa. „Żadnych występów artystycznych przed najświętszym sakramentem” – to barbarzyńska, poniżająca światłych ludzi odpowiedź. Oczywiście możemy się zwrócić do kardynała, ale nie mamy czasu tygodniami walczyć o prawo występu w kościele, do którego wykonywana przez nas muzyka wręcz przynależy. Katedra wawelska jako własność społeczeństwa już dawno powinna zostać zamieniona w muzeum i być gościnna dla sztuki. Nie może być tak, że prawo dostępu do niej jest uzależnione od humoru ciasnego umysłu.

Festiwal bachowski, pana dziecko, gości w protestanckim Kościele Pokoju w Świdnicy. Latem odbędzie się już 16. edycja.

– Istotne dla nas projekty artystyczne staramy się realizować w gościnnych kościołach ewangelickich. Wiele lat temu byłem organistą w Kościele Pokoju. Pastor Waldemar Pytel, obecnie biskup wrocławskiej diecezji ewangelickiej, miał do mnie całkowite zaufanie artystyczne. Zawsze uważał, że gdy powierzy mi pieniądze, dobrze je wykorzystam. W życiu spotkałem mało osób tego rodzaju, ale mechanizm był ten sam. Gdyby znajdowali się ludzie, którzy potrafią zaufać i delegować pracę, pewnie byłoby więcej trwałych rzeczy.

Przenieśmy się do tego niezwykłego obiektu.

– To coś tak pięknego, że ludzie wariują, kiedy wchodzą do tego wnętrza. Kościół Pokoju przyciąga swoim pięknem i historią. Przed wojną była tam silna tradycja muzyczna. Oglądałem archiwum, jest w nim bardzo dużo nut, które świadczą o niebywałej działalności. Na Dolnym Śląsku nastąpiła wymiana ludności, ale przetrwał jakiś duch. Po wojnie dosyć szybko zaczęły tam funkcjonować serie koncertowe. Magnetyzm miejsca jest na tyle silny, że wszystko dzieje się tam samo. Nasz festiwal wyrósł z konkretnego kontekstu historycznego: w Kościele Pokoju kantorem i organistą był nie tak całkiem nieistotny uczeń Bacha. Poza tym tam się urodził Johann Gottlieb Janitsch, muzyk, który działał na dworze Fryderyka Wielkiego i współorganizował piątkowe spotkania, Frei­tags-Akademie w Berlinie, co było podwaliną europejskiej tradycji piątkowych koncertów filharmonicznych. Tam urodził się Thomas Stolzer, jeden z największych polifonistów niemieckiego renesansu.

To wszystko w niewielkiej Świdnicy?

– Tak. Janitsch, Stolzer i uczeń Bacha Wecker. Urodziłem się w tamtych okolicach. Od dziecka dostrzegałem, że to nie jest Polska. Jestem Polakiem, chodziłem do tych samych szkół co wszyscy, ale widziałem różnicę. Od zawsze moją literaturą (choć przecież w polskim tłumaczeniu) był Thomas Mann albo Günter Grass, ale nie Orzeszkowa. Bo jako dziecko nigdy nie widziałem polskiego dworku, za to krajobrazy Manna albo Gerharta Hauptmanna od dziecka. Ja tam żyłem.

W ostatnich latach łatwiej dotrzeć do historycznych zdjęć Dolnego Śląska. Schronisko Andrzejówka koło Wałbrzycha – na zdjęciu zadbane otoczenie, taras, stoliki z parasolami bez napisów. Dzisiaj jest tam tylko „turystyczny klimat”. Nie rozumiem, dlaczego brud i dziadostwo nazywamy klimatem. Mam wrażenie, że to wszystko rozpieprzyliśmy. Za pomocą pieniędzy unijnych w historycznej Polsce budujemy podstawowe elementy cywilizacji, które na Dolnym Śląsku zniszczyliśmy. Dlatego wraz z moimi współpracownikami uparcie walczymy o Świdnicę i festiwal bachowski. Bo staliśmy się spadkobiercami wielkiej kultury i tradycji. Musimy ją dostrzegać i o nią dbać.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 21/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy