Widmo w Berlinie

Widmo w Berlinie

Czy tak musiało być? Cofnijmy się jeszcze do lat 90., kiedy ministerstwem kierował Dariusz Rosati. Czyli zanim MSZ rozpisało konkurs na projekt architektoniczny nowej ambasady. W tamtym czasie, wiosną i latem 1997 r., bardzo zaawansowany był inny plan. Zaangażowany był w niego Deutsche Bank, instytucja jak najbardziej poważna, i jego zajmująca się nieruchomościami odnoga.

Podpisano nawet list intencyjny. Projekt ten przewidywał, że na polskiej działce za niemieckie pieniądze wybudowane zostaną do roku 2000 dwa budynki. Pierwszy będzie pełnił funkcję polskiej ambasady, drugi przez 30 lat wykorzystywać będzie owa komórka Deutsche Banku, która wynajmie jego powierzchnię biurową. Potem budynek zostałby zwrócony Polakom. W ten sposób za darmo Polska miałaby wybudowaną przy Unter den Linden ambasadę o planowanej pierwotnie powierzchni, czyli ok. 800 m kw. Na drugi budynek, w chwili gdy podpisywano list intencyjny, komórka Deutsche Banku miała już najemcę – Komisję Europejską, która chciała otworzyć przedstawicielstwo w stolicy Niemiec.

Te plany nie zostały zrealizowane. W Polsce bardzo głośno przeciw nim protestowano, podnosząc argument, że budowanie nam ambasady przez obcą firmę jest bardzo niebezpieczne. Można przecież tam umieścić nie wiadomo jakie podsłuchy. Dziś możemy z tego się śmiać, ale wówczas kampania na „nie” organizowana przez jeden z tygodników oraz grupę posłów PSL okazała się skuteczna.

I tylko z kronikarskiego obowiązku warto nadmienić, że z tego wariantu skorzystali Węgrzy. Za pieniądze Deutsche Banku na ich działce zbudowana została ambasada, którą oczywiście użytkują, i budynek komercyjny, który wynajmuje Komisja Europejska. A my właśnie docieralibyśmy do półmetka 30-letniego okresu dzierżawienia budynku. Jeszcze drugie tyle – i byłby nasz.
Tymczasem przez cały ten okres, od roku 2000, przy Unter den Linden straszy zielonkawy, niszczejący pawilon.

Radek wielka obietnica

A co działo się z budynkiem polskiej ambasady po roku 2005? Zacznijmy od czasów PiS i minister Anny Fotygi. Powołała ona w MSZ specjalny zespół, który miał przedstawić sposoby załatwienia kwestii ambasady RP w Berlinie. Zespół ten zdążył jedynie ustalić, że projekt będący w posiadaniu MSZ, czyli wykonany przez pracownię Badowski, Budzyński, Kowalewski, nie spełnia nowych norm bezpieczeństwa. Po Fotydze MSZ objął Radosław Sikorski. To był rok 2007, ponad siedem lat temu. I co zdziałał?

Już w roku 2008 Sikorski ogłosił, że Polska zbuduje na działce ambasadę z pieniędzy budżetowych. A szef jego gabinetu politycznego, Piotr Paszkowski, gdy dziennikarze mówili mu, jak kompromituje Polskę pustostan w centrum Berlina, zapewniał: – To wyjątkowo bulwersujący widok, który niszczy wizerunek Polski. Dlatego naszym priorytetem jest rozwiązanie tego problemu. Dodawał, że do końca 2009 r. powstanie projekt nowej ambasady i że otwarta zostanie ona w roku 2012.

Sam minister Sikorski opowiadał, że został przyjęty „wstępny plan”, wkrótce będzie gotowy projekt uchwały i wieloletni projekt finansowania tej inwestycji. Mówił, że będzie to wydatek rzędu 80 mln euro, rozłożony na kilka lat. I że nowa ambasada ma być przykładem polskiej myśli architektonicznej, a także miejscem, które będzie widoczne na politycznej i kulturalnej mapie Berlina.
Potem obiecywano kolejne rzeczy. Lista obietnic składanych przez Radosława Sikorskiego w sprawie ambasady jest długa jak z Warszawy do Chobielina. Prezentujemy ją oddzielnie, zastanawiając się, czy powinna trafić do kabaretu, czy do muzeum blagi. W każdym razie ambasada RP w Berlinie to największa kompromitacja Sikorskiego jako szefa MSZ. Przez siedem lat z kamienną twarzą wciskał nam wszystkim kit. Skupmy się więc lepiej na faktach.

Otóż jesienią 2012 r. MSZ z pompą ogłosiło, że… rozstrzygnęło konkurs na projekt ambasady w Berlinie. Czyli wróciliśmy do roku 2001. Ale nie bądźmy drobiazgowi – minister Sikorski obwieścił wówczas, że prace rozpoczną się niebawem. Z dumą też prezentowano makietę projektu, tak jakby był to już prawdziwy gmach.

Potem, po wielu miesiącach, powołano pełnomocnika ds. budowy ambasady. Jego rola jest bardzo ważna – musi rozpisać i przeprowadzić przetarg na zburzenie opuszczonego biurowca i drugi – na wykonawcę zaprojektowanego budynku. Musi też przedstawić projekt do zaakceptowania przez Senat Berlina. To cała masa roboty. Na razie nic nie wiemy na temat jego działań. Podobno zresztą został on przez nowego ministra spraw zagranicznych, Grzegorza Schetynę, odwołany. Berlińska kompromitacja trwa.

Foto: Rafał Wesołowski

Strony: 1 2 3

Wydanie: 3/2015

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 3 lutego, 2015, 15:48

    czyli jest jak zwykle, kamieni kupa.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy