Wojna kontraktorów

Wojna kontraktorów

Irak stał się rajem dla prywatnych ochroniarzy. Dla wielu także piekłem Dziś był dobry dzień. Nikt nie zginął ani nie został ranny. Jutro będzie inaczej – zapisał w swym dzienniku niemiecki kontraktor Gunny. Były żołnierz Bundeswehry pojechał do Iraku, aby chronić konwoje i ludzi tym razem prywatnie – za 500 wolnych od podatku dolarów dziennie. Pracę znalazł za pośrednictwem firmy Bodyguard Academy, rekrutującej fachowców do tak niebezpiecznej roboty. Firma nie ma uprzedzeń narodowościowych – zatrudnia Amerykanów, Niemców, Anglików, Gurkhów z Nepalu, Kolumbijczyków, weteranów z Izraela. Kandydat musi mieć jednak doświadczenie wojskowe i być gotowy (za sowitą opłatę) na wszelkie ryzyko. Gunny przetrwał w Iraku dwa lata (w systemie dwa miesiące pracy, miesiąc wolnego). O mało nie zginął, kiedy nafaszerowany ładunkiem wybuchowym martwy pies eksplodował mu pod nogami. Toczył bitwy w obronie konwojów, nie mógł spać w nocy, gdy z przeraźliwym gwizdem nadlatywały rakiety rebeliantów. W końcu Gunny, który wcześniej jako żołnierz armii niemieckiej służył w Bośni i w Kosowie, zrozumiał, że jeśli zostanie dłużej w Bagdadzie, wróci do ojczyzny w trumnie. Dlatego nie przedłużył kontraktu. Teraz chce pracować jako private military contractor w którymś z afrykańskich krajów. Zapewnia: „W porównaniu z obecnym Irakiem Afryka to niemal wypoczynek”. 38-letni Scott Helvenston nie miał tyle szczęścia. Do Iraku pojechał jako pracownik Blackwater, wielkiej firmy z Karoliny Północnej, zapewniającej wszelkie usługi w sektorze bezpieczeństwa. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy zarobił 36 tys. dol. 31 marca 2004 r. nagrał na poczcie głosowej telefonu komórkowego swojej matki ostatnią wiadomość: „Jestem bezpieczny i kocham cię”. Kilka godzin później zmasakrowane, spalone ciało Scotta wisiało na moście w Faludży. Konwój wpadł w zasadzkę rebeliantów w tym sunnickim mieście. Napastnicy wywlekli z pojazdów czterech kontraktorów i okrutnie ich zamordowali. Kate Helvenston, matka Scotta, do dziś oskarża firmę Blackwater, że nie zapewniła swym pracownikom bezpieczeństwa. Kontraktorzy mieli dostać opancerzone pojazdy i jeździć po trzech, tak aby trzeci, siedzący z tyłu, mógł prowadzić ogień. Ale musieli wyruszyć do akcji po dwóch, w zwykłych samochodach. Scott Helvenston nie jest jedynym, który zapłacił życiem za marzenia o szybkiej fortunie w Iraku. Władze Stanów Zjednoczonych długo ukrywały informacje o stratach wśród kontraktorów. Dopiero dziennik „New York Times”, powołując się na ustawę o prawie do informacji, zmusił urzędników do ujawnienia faktów. Oto od kwietnia 2003 r. w Kraju Dwurzecza straciło życie 917 cywilnych kontraktorów, w tym 146 w pierwszym kwartale bieżącego roku. Około 12 tys. zostało rannych. Simon Low, Brytyjczyk i były żołnierz francuskiej Legii Cudzoziemskiej, który „prywatnie” służył w Iraku przez 15 miesięcy jako pracownik ochrony, opowiada, że perspektywa niewoli jest dla zagranicznych pracowników najbardziej przerażającym koszmarem. „Postanowiłem, że jeśli zostanę ranny i rebelianci zbliżą się do mnie, przystawię sobie granat pod brodę i wyciągnę zawleczkę”, opowiada. Simon Low bezpiecznie wrócił do ojczyzny i napisał książkę o tym, co przeżył w Iraku jako „spluwa do wynajęcia”. Na innych kontraktorów wciąż jednak na próżno czekają ich bliscy. W końcu maja przebrani za policjantów osobnicy porwali z gmachu irackiego Ministerstwa Finansów czterech brytyjskich ochroniarzy, pracowników kanadyjskiej „firmy sektora bezpieczeństwa”, Garda World, oraz amerykańskiego eksperta komputerowego. Po uprowadzonych zaginął wszelki ślad. Nadal nieznany jest los czterech Amerykanów i Austriaka, pracowników przedsiębiorstwa Crescent Security, porwanych w listopadzie 2006 r. Prawdopodobnie ci ludzie nie powrócą żywi. Są kolejnymi ofiarami postępującej w zdumiewającym tempie prywatyzacji konfliktów zbrojnych. W pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej niespełna 10 tys. cywilnych kontraktorów udzielało wsparcia 500 tys. amerykańskich żołnierzy. Obecnie w Iraku na 146 tys. żołnierzy USA przypada 126 tys. cywilnych pracowników kontraktowych Departamentu Obrony, wielu innych zaś zostało zatrudnionych przez inne amerykańskie agencje rządowe. Liczni kontraktorzy to kucharze, sprzątaczki, kierowcy, a więc nieżołnierze. Sytuacja w Iraku przypomina wrzący kocioł, toteż około 70 tys. kontraktorów jest uzbrojonych. Stephen Biddle, który był w Bagdadzie jako przedstawiciel waszyngtońskiej „fabryki myśli”, Council on Foreign Relations, opowiada: „To prawdziwie surrealistyczna sytuacja. Wszyscy chodzą z bronią.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2007, 24/2007

Kategorie: Świat