Z drugiej strony

Z drugiej strony

Te dwie możliwości nie wykluczają się: możliwe, że polski rząd cierpi na szpiegomanie prześladowczą i możliwe, że w Rosji zawód szpiega jest szczególnie popłatny i atrakcyjny. W swoim czasie z Związku Radzieckim najliczniejszym związkiem zawodowym był związek strażników i portierów. Były to wygodne posady, nie wymagające prawie żadnych kwalifikacji, a mnożyły się nie tylko z powodu panującej ideologii i praktyki czujności, ale również dlatego, że był na nie olbrzymi popyt. W przeważającej większości wypadków strażnikami byli leniwi mężczyźni w sile wieku, tacy, co to nie mając większych aspiracji, potrafią jednak bez większych trudności załatwić sobie to, na czym im zależy. KGB rozrastało się na podobnej zasadzie. Głupsi szli do aparatu partyjnego, inteligentniejsi i ambitniejsi poszukiwali posad za granicą i po części pod presją tego zapotrzebowania rozbudowano szpiegostwo oplatające cały świat. Korzyści z tej diaspory KGB Związek Radziecki, jak się okazało, miał minimalne, ale liczna populacja szpiegów z paszportami dyplomatycznymi, dziennikarskimi i innymi żyła sobie za granicą lepiej, niż by mogła w ojczyźnie. Powodów do tego, aby rząd rosyjski miał wysyłać do Polski dużo wykwalifikowanych szpiegów, trudno się domyślić. Co tu jest do wyszpiegowania? Istotne informacje zdobywa przecież poprzez  pośrednictwo wywiadów zachodnich, gdzie wywiad rosyjski ma swoich agentów, na zasadzie wzajemności zresztą. Jeżeli prawdą jest, co głoszą polskie władze o inwazji rosyjskich szpiegów na Polskę, to można się domyślać, że Moskwa wynalazła substytut dla bezrobocia funkcjonariuszy swoich służb specjalnych, rozbudowanych ponad realne potrzeby.

*

Leopold Ungier nie przestaje utyskiwać z powodu niesłusznej, jego zdaniem, postawy rządów zachodnich wobec wojny w Czeczenii. To samo oburza też mnożących się w Polsce naukowych znawców Rosji. Przez dwieście lat Polacy powtarzają sobie, że Zachód ma mylne poglądy na temat Rosji i prowadzi wobec niej niewłaściwą polityką. Głosili to stylem biblijnym (Mickiewicz w „Księgach narodu i pielgrzymstwa”), naukowym (Kamieński) i za pomocą poezji (Krasiński). Zachód posiada uniwersalny miernik absolutnie słusznej polityki, ale mu się sprzeniewierza i działa egoistycznie, jakby nie rozróżniał Dobra od Zła. Czy dziś nie jest oczywiste, że Zachód, depozytariusz humanitarnej misji politycznej, powinien spieszyć na pomoc ofiarom rosyjskiego sadyzmu w Czeczenii? Tymczasem zadowala się werbalnymi zastrzeżeniami co do niewłaściwej proporcji środków użytych do osiągnięcia założonego tam celu. I lord Robertson, i premier Blair, jeżdżą do Rosji, jakby to były czasy pokoju, a nie ludobójstwa. To mi się najbardziej podoba u polskich ekspertów od spraw rosyjskich, że oni zawsze wiedzą, co powinny robić rządy zachodnie. Politycy zachodni to są głupki, nie wiedzą, jaki jest interes ich narodów w Czeczenii i prawdopodobnie doprowadzą swoje kraje do ruiny. Ignorancja sprzęgła się z cynizmem, a płacić za to muszą Czeczeńcy. Tak myśli polski fachowiec od polityki zagranicznej.

Gdyby polski ekspert doprosił się szczerej rozmowy z zachodnim politykiem, to usłyszałby, co następuje: „To nie jest tak, że w Czeczenii Rosjanie zabijają, a drugiej strony zabijającej nie ma. Rosjanie zabijają Czeczenów, a ci zabijają Rosjan. Gdyby oprzeć się na tym, co podają komunikaty strony czeczeńskiej, to trzeba by przyjąć, że Rosjanie są tam ofiarami, bo ich więcej zabito. Niewątpliwie nie przystoi człowiekowi obojętnie patrzeć na to, jak gdzieś krew się leje, ale tak krew się leje po obu stronach. Czysty humanitaryzm nie daje w takiej sytuacji wskazówki, której stronie pomagać, trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne względy. Czy mamy stanąć w obronie Czeczenów dlatego, że są mniej liczni? Nie widzimy w tym czynnika rozgrzeszającego. Dlaczegóż to mniej licznym mielibyśmy przyznać prawo zabijania tych, których jest więcej na świecie? Wiemy, że Czeczeni przyznają nam, Zachodowi, misję chronienia i oswobadzania tych wszystkich, którzy wdali się w nierówną walkę i przegrywają. Nawet nam to pochlebia. Jeśli ta misja zbiegnie się gdzieś z naszymi interesami, nie omieszkamy się na nią powołać, ale w Czeczenii na razie się nie zbiegła.

Gdybyśmy naszą spontaniczną reakcję na cierpienie jakiegoś ludu lub na cokolwiek innego przekształcali od razu w politykę, to co by się stało z naszym porządkiem prawnym i z naszym dobrobytem? Przestalibyśmy w końcu być tym Zachodem, od którego wszyscy oczekują pomocy, a stalibyśmy się rejonem świata, gdzie panują irracjonalne nastroje, gdzie sią nie rozumuje, nie przewiduje na długą metę i gdzie nie znane jest pojęcie raison d’Etat. Jednym słowem, bardzo byśmy się upodobnili do rejonu kaukaskiego. Jeśli chodzi o Rosję, to nigdy niczego nie nauczyliśmy się od Polaków i teraz chyba też się nie nauczymy. My wiemy więcej. Wiemy na przykład, że, od Gorbaczowa zaczynając, wszyscy rządzący lub poważnie pretendujący do rządzenia w Rosji dbają przede wszystkim o to, aby uchodzić za tych, których Zachód, a ściślej Ameryka, popiera. Z tego właśnie, że mają poparcie Ameryki i ją niejako w Rosji reprezentują, czerpią oni swój autorytet. A więc Rosja dzisiejsza uznaje swoją, jakby to powiedzieć, „duchową” zależność od Zachodu. Legitymizacja władzy to cienki problem, prawie metafizyczny, Rosja nie ma obecnie własnej zasady legitymizacji, szuka jej w związkach z nami. Mówiąc bez niuansów: Rosja jest politycznie, kulturowo, moralnie prozachodnia i doskonale wie, że jest od nas uzależniona ekonomicznie. Nie wiemy, kim jest Putin, ale wiemy, że nie jest żadnym euroazjatą, ani narodowym bolszewikiem, ani prawosławnym komunistą. Jest politykiem prozachodnim, a my nie potrzebujemy, aby on był aż jakimś modnym kosmopolitą, podobnym do naszych stypendystów z kręgów moskiewskiej inteligencji, bo to niemożliwe na jego stanowisku i niczemu by nie służyło”.

Wydanie: 14/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy