Zabiję, ale przejdę

Zabiję, ale przejdę

Przez wschodnią granicę przedzierają się nie tylko nędzarze z Azji. Również mafijni handlarze bronią

Tych pięciu ciemnoskórych mężczyzn przedostało się tunelem wygrzebanym pod ukraińskimi zabezpieczeniami granicy. Musieli się czołgać, bo podkop pod siatką był wysoki tylko na pół metra. Gdy wyszli na polską stronę, błoto spływało po nich od czubka głowy po gołe stopy. Byli tak wynędzniali, że komendantowi straży granicznej w Medyce, kapitanowi Markowi Pliszce, zrobiło się ich żal.

Ale służba nie drużba. Uciekinierzy, jak się okazało, aż ze Sri Lanki, zostali odstawieni do izby zatrzymań w Przemyślu. Tam dostali gorącą herbatę i chleb z wędliną, którą wyjęli jednak z kanapek i położyli na stole. Pozwolono im się umyć, wysuszyć łachmany.

Nie mieli przy sobie nic do jedzenia, a cała gotówka to l0-dolarowy banknot. Przyznali, że usiłowali dostać się do Niemiec, bo tam można zatrudnić się na czarno. Do granicy doprowadził ich przewodnik, od każdego wziął po l000 dolarów. Żeby zebrać takie pieniądze, nie tylko sprzedali w ojczyźnie cały swój dobytek, ale jeszcze pożyczyli od sąsiadów, którzy mieli nadzieję, że później i oni zostaną ściągnięci do Europy.

Nie udało się. Elektromagnetyczna siatka na granicy reaguje na dotknięcie i automatycznie włącza alarm u ukraińskich pograniczników. Bosi nędzarze zostaną przekazami, zgodnie z międzynarodowymi przepisami, stronie ukraińskiej.

ZRZUTY NA POLANKĘ

Coraz rzadziej jednak uciekinierzy przekraczający nielegalnie naszą południowo-wschodnią granicę forsują ją pieszo, pod osłoną krzaków, leśnych wykrotów, a przede wszystkim ciemności. Od połowy 1993 roku polskie służby, a zwłaszcza Bieszczadzki Odział Straży

Granicznej, odnotowują przypadki forsowania granicy drogą powietrzną. Tak zwane ”zrzuty” to odpowiednio zabezpieczone ładunki (najczęściej papierosy i alkohol, ale nierzadko także materiały wybuchowe, broń, lub narkotyki), spadające z przelatującego samolotu nad

wcześniej umówionym miejscem, gdzie czekają nań odbiorcy. Przestrzeń powietrzną naszego kraju naruszają najczęściej samoloty An-2 i mniejsze. Ale także aparaty i konstrukcje domorosłych lotniarzy oraz modelarzy, zaprzeczające prawom aerodynamiki, za to… niewykrywalne przez radary.

Zapuszczają się w strefę przygraniczna i dalej, na odległość nawet 150 kilometrów, to jest około godzinę lotu. Głośny był przypadek spod Lubaczowa, gdy rosyjski śmigłowiec zawisł nad śródleśną polaną, by ”wysadzić” ukraińskich obywateli szukających azylu, pracy, lub lżejszego zajęcia w Polsce.

Ostatnio polskie służby zatrzymały największy z dotychczasowych przerzutów broni oraz materiałów wybuchowych. Szlak prowadził z Żołdowy, przez Ukrainę do Polski. Plon akcji stanowiło 120 granatów obronnych F-l o promieniu rażenia odłamkami do 200 metrów każdy, z oddzielnie zapakowanymi w oryginalne, rosyjskie, metalowe pudełka zapalnikami, około 5 kilogramów plastycznego materiału wybuchowego, zdolnego zniszczyć solidny wieżowiec, ponad 100 metrów specjalnego lontu detonacyjnego, poszukiwanego przez gangi. Była nawet ręczna wyrzutnia rakiet przeciwpancernych ”Mucha”, uzbrojona w rakietę z pociskiem kumulacyjnym. Ta śmiercionośna broń ma zasięg rażenia do 3 kilometrów, najskuteczniejsza jest jednak, jeśli rakietę odpali stę z niej w odległości 400-500 metrów od celu.

ADRES W WARSZAWIE 

Pewna międzynarodowa grupa przestępcza od czerwca ubiegłego roku intensywnie szukała kontaktów handlowych w Polsce; stworzony był już kanał przerzutu broni z Ukrainy, gdzie w politycznym i gospodarczym chaosie łatwo o nielegalne nabycie praktycznie każdej ilości broni i materiałów wybuchowych. Podobno pośrednicy byli w stanie znaną sobie drogą przerzucić nawet czołg, gdyby był klient. Wypłacalnych nabywców szuka się głównie w najlepiej zorganizowanych gangach stolicy oraz w większych miastach w Polsce; Podkarpacie jest jedynie punktem na trasie przerzutu śmiercionośnych ładunków i broni.

Ochrona polskiej przestrzeni powietrznej to domena Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej. Poprzednio placówki straży granicznej po otrzymaniu informacji o nielegalnym sforsowaniu granic, zgłaszały ten fakt do centrali w Warszawie; akcja poszukiwawcza mogła się więc rozpocząć nie wcześniej niż 4-5 godzin po alarmie.

W Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej w Przemyślu od dawna czyniono starania o wyposażenie placówki w samoloty lub śmigłowce, przez całą dobę gotowe do poderwania się w powietrze. W latach 1994-1995, a więc przed wprowadzeniem śmigłowców, notowano rocznie po 25 i więcej przypadków pogwałcania polskiej przestrzeni powietrznej. Po wprowadzeniu do akcji samolotów na Podlasiu liczba tego typu przestępstw spadła niemal do zera.

Na wniosek komendanta Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej wojewoda podkarpacki podpisał rozporządzenie w sprawie ustanowienia przepisów porządkowych w strefie

nadgranicznej. Zabrania ono m.in przerzucania jakichkolwiek przedmiotów, rozpalania ognisk, a nawet strzelania na tym terenie w czasie polowań. Wszyscy wiedzieli jednak, że są to półśrodki…

Samolot czy śmigłowiec jest wprowadzany do akcji natychmiast po ogłoszeniu alarmu; na pokładzie ma strażników i specjalnie tresowane psy. Pilot współpracuje z naziemnymi grupami interwencyjnymi, podając wskazówki, a przede wszystkim miejsce zrzutu i trasę uciekinierów. Wszyscy biorący udział w takiej akcji muszą pamiętać, że pewność siebie, brawura, wręcz determinacja przestępców jest nieporównywalna ze znanymi pogranicznikom „leśnymi zbiegami”. Również obce samoloty i śmigłowce zapuszczają sięjuż nie tylko w strefę przygraniczna, lecz odbywają także kurierskie, połączone z lądowaniem rejsy w głąb kraju. Przewożą na pokładach ciężką rtęć, broń i amunicję.

W 1996 roku, decyzją ministra spraw wewnętrznych, ustanowiono urząd pełnomocnika ds. lotnictwa służb porządku publicznego, w ubiegłym – utworzono Samodzielną Sekcję Lotniczą Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej w Przemyślu. Na początku ub. roku na lotnisku w Jasionce wylądował samolot PZL 104 M Wilga 2000, przeznaczony do pełnienia powietrznej służby nad ponad 236-kilometrowym odcinkiem z Ukrainą i 133-kilometrowym ze Słowacją. Wzdłuż nich rozlokowanych jest 15 strażnic oraz cztery graniczne placówki kontrolne.

KONIE W POWIETRZU 

Ryszard Jamrozek na własną prośbę zwolnił się ze stanowiska dyrektora Aeroklubu Rzeszowskiego i objął szefostwo Samodzielnej Sekcji Lotniczej Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej. – Mamy do dyspozycji najnowszy, rodzimej produkcji samolot,

wyposażony w silnik amerykańskiej firmy Lycoming, posiadający moc 300 koni mechanicznych. Możemy być w powietrzu do pięciu godzin. Potrzeba nam 20 minut, by dotrzeć nad granicę, latać na małych, 100-200-metrowych wysokościach.

Jak twierdzą strażnicy i piloci, Wilgi pełniące od trzech lat służbę patrolową i interwencyjną w ochronie wschodniego pasa granicznego na Podlasiu, zdały egzamin na piątkę. Pogranicznicy korzystają też ze śmigłowców: Sokołów, lub zmodernizowanych Mi-2. Wylatały już wiele godzin, pełniąc zadania operacyjne, nie mogą się jednak równać z szybką, zużywającą niewiele paliwa i mającą zasięg 2 tysięcy kilometrów, zwrotną, siadającą w razie potrzeby nawet na łące, Wilgą. I jedne, i drugie mają dodatkowe, specjalistyczne wyposażenie, umożliwiające zlokalizowanie uciekiniera ukrytego za przeszkodą(drzewem, skałą, w rozpadlinie), zarówno w dzień, jak i w nocy. Kamery termowizyjne reagują z dużej odległości na ciepło ciała ludzkiego.

– Myślimy – mówi Ryszard Jamrozek – o integracji z Unią Europejską, stając się przez najbliższy czas jej wschodnim buforem. To nakłada obowiązek dysponowania sprawnymi

i odpowiednio wyposażonymi służbami patrolowymi na granicy, nowoczesnym, o światowym standardzie sprzętem. W grę wchodzą Kanie oraz najmłodszy produkt rodzimego przemysłu: SW-4 oraz IS-.2 .

 

Wydanie: 7/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy