Ząbkowska. Najważniejsza ulica świata

Ząbkowska. Najważniejsza ulica świata

Fot Piotr Fotek/Reporter

Wiesław Ochman – tenor, debiutował w 1960 r. w Operze Śląskiej w Bytomiu, skąd trafił na największe sceny świata: od Metropolitan Opera w Nowym Jorku po La Scalę w Mediolanie. Śpiewał pod batutą najwybitniejszych dyrygentów, stworzył 86 ról operowych, nagrał ponad 50 płyt i wystąpił w niemal 1,8 tys. spektakli.

 

Kochał pan Baśkę?
– Tę z Pragi?

Tak. Z warszawskiej Pragi, z kamienicy przy ulicy Ząbkowskiej.
– Bardzo. To była moja pierwsza, dziecięca miłość. Mieszkała w suterenie, w tej samej kamienicy. Dziś już nie umiem powiedzieć, jak Baśka wyglądała, ale wiem, że była piękna. Nie zwracała na mnie uwagi, a ja marzyłem, by choć na mnie popatrzyła.

To dlatego na drewnianych parapetach w kamienicy, w której mieszkaliście, wyrył pan napis: „kocham Baśkę”?
– Wydawało mi się to najlepszym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi.

Udało się?
– Nie bardzo. Potem się przeprowadziłem i wielka miłość zmieniła się we wspomnienie z dzieciństwa. Dziś nasza kamienica przy ulicy Ząbkowskiej już od kilkudziesięciu lat nie istnieje. Przetrwała wojnę, miała wiele śladów od kul. Ale w latach 60. wysadzono ją w powietrze, zlikwidowano ogród i postawiono blok z wielkiej płyty. Gdy kamienicę zburzono, pojechałem tam z bratem i na gruzach szukaliśmy właśnie tych parapetów. Chciałem sobie wziąć na pamiątkę. Ale zjawiła się milicja, zaczęła nas legitymować. Jeden z milicjantów skojarzył moje nazwisko, bo już śpiewałem w Teatrze Wielkim, trochę pogadaliśmy i tak skończyła się ta historia. Pozostały już tylko wspomnienia.

Urodził się pan w Warszawie i mieszka pan w Warszawie, ale uczył się pan i pracował w wielu miastach polskich i zagranicznych, choćby w Nowym Jorku, gdzie przez 15 sezonów był pan solistą Metropolitan Opera. Jakie znaczenie ma dla pana Warszawa?
– Warszawa to najważniejsze miasto w moim życiu. I muszę przyznać, że właśnie to miasto towarzyszy mi wszędzie, gdziekolwiek byłem i gdziekolwiek jestem. Kiedy śpiewałem w Metropolitan Opera w „Nieszporach sycylijskich” Verdiego…

…dodam, że był to rok 1975 i pański debiut na tej scenie.
– Właśnie. Zazwyczaj w Nowym Jorku do debiutanta przychodzi dziennikarz, aby przeprowadzić wywiad, który pozwoli publiczności poznać nowego artystę. Śpiewałem wówczas partię Arriga. Dziennikarz przyszedł bardzo dobrze przygotowany, wiedział, gdzie wcześniej pracowałem, w jakich miastach, w jakich teatrach. I zaczął mówić tak: „Słuchaj, przejechałeś już cały świat, byłeś w Paryżu, San Francisco, Rzymie, Berlinie, Hongkongu i tak dalej, która ulica z tych miast jest twoją ulubioną?”. (…) A ja słucham i mówię: „Ząbkowska…”. Cisza. Zdumienie. Konsternacja. Po chwili pyta: „A gdzie to jest?”. W Warszawie. Oczywiście natychmiast zadał kolejne pytanie, czy ta Ząbkowska jest większa niż Broadway, więc ja skromnie przyznałem, że trochę jednak mniejsza i trochę węższa. Niemniej jednak jest ona bliższa memu sercu niż Broadway razem z całym Manhattanem. Po prostu zawsze Warszawa jest dla mnie najważniejsza. A właściwie Praga.

Mimo takiej miłości do Pragi mieszka pan na Mokotowie.
– To prawda. Powód był taki, że gdy mieszkaliśmy w tzw. kołchozie operowym przy ul. Moliera, mój kolega baryton z żoną i dzieckiem mieszkał tam w małym pokoju. I zapytał mnie kiedyś po przedstawieniu „Fausta”, w którym śpiewaliśmy, czy nie mógłbym sobie kupić domu, bo wtedy nastąpi roszada w mieszkaniach i on otrzyma trzypokojowe. Tak się też stało. Niemniej w pewnym sensie z Pragi nie wyjechałem i cały czas tam jestem, choć objechałem świat dookoła. Do dziś w głębi duszy czuję się chłopakiem z Pragi, a dzięki ludziom z mojej dzielnicy wiedziałem, jak żyć. Artystą jest się tylko na scenie, a w życiu trzeba się zachowywać jak zwykły człowiek. (…)

Warszawa ma dla mnie ogromne znaczenie nie tylko dlatego, że się tu urodziłem. Ale także z tego powodu, że to stąd, z Teatru Wielkiego, ruszyłem w świat. Bo kiedy po odbudowie teatru nastąpiło otwarcie sceny, to przyjechali na tę uroczystość do Warszawy znawcy opery z całego świata, impresariowie, dyrektorzy teatrów. I jakoś tak szczęśliwie się złożyło, że mnie zauważyli.

To było 21 listopada 1965 r., śpiewał pan Jontka w „Halce” Moniuszki. Recenzent londyńskiego „Timesa” nie tylko pana zauważył, ale i napisał o panu prorocze zdanie, że Ochman to „śpiewak, który może zająć miejsce na każdej scenie operowej świata”.
– Widzi pani, a mój serdeczny przyjaciel mówił, że zauważono mnie tylko dlatego, że śpiewałem najgłośniej.

Lubi pan żartować.
– Bo życie jest wtedy lepsze. Nauczyłem się śmiać od mojej mamy, w dzieciństwie. To były cudowne lata dla mnie, dziecka, mimo że był to straszny czas. Wojna, okupacja, niepewność, lęk. A jednak dzieciństwo na Pradze wspominam z wielką nostalgią. Dzięki zapobiegliwości mojej mamy Bronisławy potrafiliśmy to w jakiś sposób przetrwać. Mama była bibliotekarką, pracowała

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 12/2026, 2026

Kategorie: Kultura, Wywiady