Zamach na rozum

Zamach na rozum

Mamy wielkie smoleńskie oszustwo, które trwa latami. Kto na nim skorzystał?

Na ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej miał być gotowy raport podkomisji Antoniego Macierewicza, pokazujący „prawdę”, pokazujący, „jak było”. Raportu nie będzie. To znaczy – będzie cząstkowy. Dwa lata dobrze opłacanej pracy tzw. ekspertów, których zgromadził Macierewicz, i spektakularna klapa.

W ósmą rocznicę Jarosław Kaczyński, który przecież co miesiąc zapowiadał, że już za chwilę poznamy prawdę, będzie musiał kluczyć i zwodzić. „Być może prawdy nigdy nie poznamy!”, może wołać. Mając przed oczami rozczarowanych zwolenników i słysząc szyderstwa opozycji. Tak to jest, gdy się brnie w kłamstwa. Ale pewnie w ogóle nie będzie próbował się tłumaczyć, tylko zakrzyknie: wielkie zwycięstwo! Bo jest pomnik. Bo o zwycięstwo tu przede wszystkim chodziło.

A katastrofa?

Tragedia, do której doszło pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., jest najlepiej zbadaną katastrofą lotniczą w historii. Choć kilka ważnych jej szczegółów wciąż nie zostało wyjaśnionych.

Nie, nie chodzi o żadną bombę, bo nigdzie nie znaleziono jej śladów. Chodzi o coś innego. Otóż nie został uchwycony moment, w którym piloci decydują się na lądowanie w Smoleńsku. Wcześniej mówią, że wyszła mgła, proszą o decyzję, które lotnisko zapasowe wybrać, potem jest milczenie („Jeszcze nie ma decyzji”, mówi do nich szef protokołu dyplomatycznego Mariusz Kazana), a potem już są zafiksowani na lądowaniu. W tym przypadku skazani jesteśmy na domysły, na mniej lub bardziej prawdopodobne teorie. A pozostałe rzeczy? Wszystko jak na tacy.

Jeżeli więc niemal wszystko jest na tacy, skąd te emocje? Skąd ten podział?

To drugi poziom katastrofy smoleńskiej. Wiara milionów (według sondaży w zamach na prezydencki samolot wierzy 11% Polaków, a dopuszcza taką możliwość kolejne 14%), że na pokładzie była bomba. Albo kilka bomb. Albo samolot doprowadzono do zderzenia z ziemią w inny sposób. Skąd ta wiara się wzięła? Jak była pielęgnowana?

Oto mamy wielkie smoleńskie oszustwo, które trwa latami. I wielkie zamroczenie znacznej części społeczeństwa.

I trzeci poziom – kto na tym oszustwie skorzystał?

Smoleńskie trumny stały się wehikułem, który pozwolił Jarosławowi Kaczyńskiemu najpierw utrzymać jedność prawicy, a potem zdobyć władzę. Teraz realizowany jest kolejny etap – Smoleńsk ma być nową religią państwową. Czymś, co legitymizuje rządy PiS.

Swoje zarobili też szemrani eksperci, którzy „udowadniali”, że nastąpił zamach. W cieniu tej wielkiej operacji różni pomniejsi geszefciarze porobili swoje biznesy. Nakręcono kilka filmów o Smoleńsku, wydano ponad 20 książek, napisano tysiące artykułów o kolejnej teorii zamachu… Na tym można było zarobić porządne pieniądze.

Pozostaje ostanie pytanie: co dalej? Kiedy to się skończy?

Kłamstwa i prawdy

W zasadzie wszystko zostało wyjaśnione. To pokazują zapisy czarnej skrzynki, nagrania z kabiny pilotów i zarejestrowane parametry lotu. Tu-154 rozbił się, bo podchodził do lądowania w gęstej mgle, na ślepo, piloci zeszli poniżej minimum, ze zbyt dużą prędkością, a potem już nie byli w stanie podnieść maszyny. Brzoza niewiele zmieniła, samolot nieuchronnie leciał ku ziemi.

Kluczowe jest, dlaczego zeszli poniżej minimum? Dlaczego najpierw mówili między sobą, że schodzą do 100 m i jak nie zobaczą ziemi, to odchodzą, a potem zniżali się – 80 m, 60 m, 40 m… Co się stało, że zmienili zamiary? Logicznym wnioskiem jest, że wpłynęła na to obecność w ich kabinie ważnej persony, do której zwracali się z szacunkiem. Czy to był gen. Błasik, dowódca wojsk lotniczych? A kto mógł być inny?

„Zmieścisz się śmiało” – takie słowa padają z jego ust. Można więc zbudować wiarygodną wersję, że najpierw załoga informuje prezydenta, że nie ma warunków do lądowania, potem w sukurs prezydentowi przychodzi gen. Błasik, który udaje się do kabiny pilotów, by sprawdzić, co da się zrobić, by im pomóc. Pilot, pod okiem dowódcy, próbuje zejść poniżej minimum, by „szukać ziemi” i w ten sposób dolecieć do pasa. To się nie udaje. Można jeszcze pytać o wpływ rozmowy braci, Lecha i Jarosława, ale to niewiele zmienia. Bo i tak tylko dwie osoby w samolocie mogły wpłynąć na pilotów – prezydent i gen. Błasik. Czy wpływały?

Dla PiS te pytania nie mają znaczenia. Według pisowców Lech Kaczyński został zamordowany, a gen. Błasika w kabinie pilotów nie było.

Teorie o zamachu zaczęły się pojawiać niemal od pierwszych godzin po katastrofie. To nic nadzwyczajnego – żyjemy w czasach rozkwitu rozmaitych teorii spiskowych, są one elementem naszej cywilizacji. Istnieją w świecie teorie spiskowe niemal na każdy temat. Ale zawsze funkcjonują gdzieś na obrzeżach głównego nurtu. Poważne media, a przede wszystkim poważni politycy, teorii spiskowych unikają.

W tym przypadku było zupełnie inaczej. Teorie spiskowe, początkowo marginalne, natychmiast zostały nagłośnione przez prawicowe media i polityków prawicy. Oni nadali im status równoprawnych informacji i rozkręcili tę machinę. Swoją szansę wyczuł Antoni Macierewicz. Podobnie Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. I Macierewicz, i „Gazeta Polska” to liderzy smoleńskiego kłamstwa. Trudno zliczyć, ile wersji katastrofy TU-154 obaj przedstawili, zresztą często wzajemnie się wykluczających. Każda prezentowana była jako ostateczna prawda, wymagająca jedynie kosmetycznych uzupełnień, ale po paru tygodniach zastępowała ją kolejna, równie chwilowa. Tych poprzednich nikt nie odwoływał, nikt za nic nie przepraszał. Zero odpowiedzialności za słowo i ani odrobiny przyzwoitości.

Trzy osoby ocalały

Jakie to były teorie? Przez długi czas mówiono np., że samolot jakoś wylądował i trzy osoby ocalały. Ta wersja zrodziła się w pierwszych minutach po katastrofie, w informacyjnym szumie. Podała ją Agencja Reutera, potem szybko się z tych słów wycofała. Ale informacja żyła już własnym życiem – trzy osoby ocalały, ranni byli dobijani. Taką wersję Antoni Macierewicz prezentował już we wrześniu 2010 r. w USA, podczas spotkania z Polonią. Dowodem miały być odgłosy strzałów, które było słychać na nagraniach bezpośrednio po katastrofie. W wydaniu z października 2010 r. „Gazeta Polska” apelowała: „Ujawnijcie, jak umierali!”. I pisała: „Rząd i prokuratura ukrywają informacje o pasażerach Tu-154, którzy przeżyli katastrofę. Przed społeczeństwem i rodzinami ofiar ukryto, kim byli ci ranni i jakie były ostatnie chwile ich życia”.

„GP” pisała też o oficerze BOR, który był na pokładzie samolotu. „Dzwonił do żony zaraz po katastrofie, mówiąc, że jest ciężko ranny w nogi i że dzieją się tu rzeczy straszne”. Powiedział to i połączenie zostało przerwane.

We wrześniu 2011 r. „Gazeta Polska Codziennie” pisała, że „według niezależnych ekspertów sześć osób mogło przeżyć”, ale „nikt ich nie ratował”. Przekonanie, że były osoby, które przeżyły katastrofę, ma swoje konsekwencje. Otóż zespół Macierewicza ściągnął do Polski amerykańskiego patologa Michaela Badena. Po obejrzeniu zdjęć katastrofy Baden orzekł, że „część ofiar powinna przeżyć”, a „do wyjaśnienia przyczyn tragedii potrzebna jest ekshumacja wszystkich ciał” – więc ekshumacje trwają.

Bomby, trotyl

Inne teorie dotyczyły już samego samolotu, spowodowania katastrofy.

Pierwsza była „sztuczna mgła”. Pisano o niej głównie w internecie, ale także w „Naszym Dzienniku”, w artykule „Można wytworzyć sztuczną mgłę”. Inną wersją „sztucznej mgły” był atak elektroniczny. Ten wariant rozważała „Gazeta Polska”, pisząc: „Eksperci potwierdzają możliwość zakłócenia nawigacji samolotu, celowo wywołanej awarii lub podania fałszywych danych z wieży”. Innymi słowy, samolot leciał ku zagładzie, bo otrzymywał fałszywe dane. Antoni Macierewicz dodawał zaś do tej teorii, że piloci zostali oślepieni tajemniczym błyskiem, który widzieć mieli świadkowie.

Pojawiła się też wersja, że nad lotniskiem rozpylono hel, co zmniejszyło gęstość powietrza i spowodowało katastrofę.

Ale wszystkie teorie szybko zostały zdominowane przez znacznie prostszą i łatwiejszą w odbiorze – na pokładzie wybuchła bomba. Bomba! Ale w którym momencie wybuchła? W którym miejscu? I jaka? Dlaczego na taśmach z czarnej skrzynki nie było słychać wybuchu? Na to ostatnie pytanie odpowiedź jest prosta – bo czarna skrzynka została sfałszowana. A na pozostałe?

W którym momencie bomba wybuchła – to dość szybko uzgodniono. Już w czerwcu 2011 r. Antoni Macierewicz ogłosił, że eksplodowała, gdy samolot był 15 m nad poziomem pasa. „Z badań komputera pokładowego wiadomo, że wtedy ustało zasilanie i wszystkie mechanizmy samolotu przestały działać”, ogłosił. Dodając, że za półtora miesiąca przedstawi bezpośrednią przyczynę „obezwładnienia samolotu”. Czekamy więc…

Sekundowała mu „Gazeta Polska”, pisząc: „Wszystkie urządzenia Tu-154 zatrzymały się w chwili, gdy samolot był kilkanaście metrów nad ziemią i się wznosił. Oznacza to, że tupolew uległ zniszczeniu jeszcze w powietrzu”.

7 kwietnia 2012 r. Antoni Macierewicz, podsumowując dwa lata pracy swojego zespołu, ogłosił, że w samolocie były dwa wybuchy – na lewym skrzydle i w kadłubie. Dowodził też, że brzoza nie mogła złamać skrzydła, bo jest zbyt delikatna. W prawicowych kręgach narodziła się wówczas teoria „pancernej brzozy” wyśmiewająca ustalenia Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego kierowanej przez Jerzego Millera. Już wtedy w zespole Macierewicza zasiadali „eksperci”, o których później było głośno – prof. Wiesław Binienda, prof. Kazimierz Nowaczyk, dr inż. Grzegorz Szuladziński.

Przez następne lata motyw wybuchu bomby powtarzano i modyfikowano. Był moment, kiedy ogłaszano, że była jedna bomba, która wybuchła w salonce prezydenta. Kiedy indziej mówiono o serii wybuchów. Albo o ładunkach umieszczonych w skrzydle.

Ładunki też były różnego rodzaju. Początkowo pierwszeństwo miała teoria o bombie termobarycznej. „Według ekspertów od budowy płatowców – pisała „GP” – kadłub prezydenckiego Tu-154 rozerwała potężna eksplozja. Wiele wskazuje, że mogła to być bomba paliwowo-powietrzna. Na tym pułapie, przy ziemi, takie rozczłonkowanie kadłuba mogła spowodować tylko ingerencja człowieka”.

Potem pojawił się trotyl. Pisał o tym Cezary Gmyz 30 października 2012 r. w „Rzeczpospolitej”. „Trotyl na wraku tupolewa”, głosił tytuł. A niżej: „Polacy, którzy badali wrak samolotu, odkryli na nim ślady materiałów wybuchowych”.

Sprawa trotylu, mimo że została wyjaśniona w kilka godzin, wprawiła pisowców w stan egzaltacji. Jarosław Kaczyński na zwołanej konferencji mówił bez zahamowań: „Zamordowanie 96 osób, w tym prezydenta RP i innych wybitnych przedstawicieli życia publicznego, to niesłychana zbrodnia. Każdy, kto choćby popełnił w tej sprawie matactwo i poplecznictwo, powinien ponieść konsekwencje”.

A kto powinien ponieść i jakie, wyjaśnił chwilę później, dodając: „Rząd Tuska stracił prawo do istnienia”. Kiedy zaś pokazano mu informację, że „Rzeczpospolita” przyznała się do pomyłki, odparł: „Mamy własne źródła”.

Sprawa trotylu była ważną cezurą. Od tego momentu i Kaczyński, i PiS, i prawicowe media nie tylko prezentowały kolejne wersje o bombie i zamachu, ale również zaczęły oskarżać Donalda Tuska o współudział i zacieranie śladów. Zaczęły go porównywać do Bieruta. Że ukrywa prawdę o Smoleńsku, tak jak Bierut ukrywał o Katyniu. Oto zresztą próbka ich tytułów z pierwszych stron z kolejnych miesięcy.

„Trotyl i nitrogliceryna na wraku tupolewa. Macierewicz: współodpowiedzialni za zbrodnię muszą odejść” („Gazeta Polska”, 31 października 2012 r.).

„Nie ma żadnych wątpliwości, że trotyl, który eksplodował, znajdował się na szczątkach tupolewa: Nowe dowody na wybuch” („Gazeta Polska”, 13 marca 2013 r.).

„Czarne skrzynki zostały sfałszowane” („wSieci”, 20 października 2014 r.).

„Ukrywano dowody na wybuch. Sensacyjne odkrycie komisji smoleńskiej” („Gazeta Polska”, 25 października 2017 r.).

Takich i podobnych tytułów cytować można wiele. Są dalekie nie tylko od prawdy, ale i od przyzwoitości. Bo nie godzi się traktować czytelników jak idiotów. Chyba że przyjmuje się cyniczne założenie, że liczy się sprzedaż kolejnych egzemplarzy pisma.

Smoleńska religia

Wiara w zamach smoleński trwa w najlepsze, podsycana kolejnymi informacjami. I to takimi, które nie mają pokrycia w rzeczywistości, co jednak nie ma znaczenia. Kaczyński wiedział to w roku 2010, wie i teraz – jeżeli rozhuśtuje się emocje, ludzie przestają ze sobą rozmawiać, zastanawiać się nad argumentami innych. Stają się impregnowani na nie. Wierzą natomiast, a priori, w argumenty „swoich”. Są jak na wojnie – liczy się tylko morale mojej grupy i pognębienie wroga.

Prezes PiS świadomie i celowo rozkręcił więc smoleńską histerię. Gdyby nie było rozgrzanych emocji, ludzie na katastrofę, na jej przyczyny, patrzyliby pewnie inaczej. A tak – swoje wiedzą. I szukają informacji tę „wiedzę” potwierdzających.

Kaczyński uzyskał dzięki temu armię wyznawców, co pomogło mu przejść przez trudny czas popularności PO i Tuska, utrzymać w ryzach partię. I zdobył legitymację do autorytarnego rządzenia. Bo przecież my, zdradzeni o świcie, stojąc naprzeciw zdrajców i zaprzańców, mamy prawo zrobić z nimi wszystko.

Kłamstwo smoleńskie jest więc nie tylko mitem założycielskim PiS, ale i partyjną religią. Są bohaterowie, czyli Lech Kaczyński i jego współpracownicy, którzy lecieli do Katynia i zostali zamordowani. W wyniku spisku Putina i Tuska – jeżeli ktoś w taki spisek wątpi, niech spojrzy na ich wspólne zdjęcie ze Smoleńska. A jeżeli ktoś wątpi, że Lech Kaczyński był bohaterem, niech zważy, gdzie został pochowany – na Wawelu, tam, gdzie Piłsudski i polscy królowie.

W ten sposób odchodzi się od racjonalnych argumentów, liczą się emocje i symbole. A kto nimi zarządza, ten ma pełnię władzy. To jest cel Jarosława Kaczyńskiego. Mówił o tym w roku 2007, gdy był premierem, w jednym z wywiadów: „Co z tego, że rządzimy, skoro nie panujemy”. Panowanie nad duszami, nad emocjami Polaków – to była dla niego pełnia władzy. I teraz ją realizuje.

Wiara i jej pomniki

Jeżeli prześledzimy działania PiS w ostatnich latach, czarno na białym widać, jak traktowana jest religia smoleńska. Antoni Macierewicz, jej kapłan najwyższy, miał pokazać poprzez działania swojej podkomisji, że w Smoleńsku był zamach, czyli miał zdobyć dowody, że wiara jest nie tylko wiarą, ale i prawdą. Jak wiemy, tych dowodów nie zdobył. Ale czy wiara może przez to zniknąć? Skądże, zwłaszcza że Kaczyński zadbał, by wiara smoleńska odcisnęła piętno na innych przestrzeniach.

Już zresztą podczas 90. miesięcznicy asekurował się i zapowiedział, że może być różnie. Mówił: „Będzie prawda, której dzisiaj jeszcze nie znamy, ja jej nie znam. Prawda albo stwierdzenie, że dzisiaj, w tych okolicznościach, które mamy, tej prawdy ustalić się nie da”.

Czyli teraz, zamiast o zamachu, będzie można mówić o zaniedbaniach rządu, fatalnej organizacji, uległości wobec Rosjan, zbezczeszczonych zwłokach, szczątkach zamienionych w prosektorium, o zaplombowanych trumnach. Wszelkie argumenty, że gdybyśmy chcieli badać każdy kawałek ciała metodą DNA, to na pogrzeby ofiar musielibyśmy czekać wiele miesięcy, są jak rzucanie grochem o ścianę. Nie chodzi tu przecież o racjonalne argumenty.

Religia wymaga też obrzędów i symboli. Po to był apel smoleński, który miał być wygłaszany w czasie wszystkich uroczystości z udziałem wojska. Po to są miesięcznice smoleńskie, pochód z katedry i okolicznościowe orędzie urbi et orbi prezesa. Po to PiS wzięło media publiczne, by relacjonowały te „uroczystości”, tak jak relacjonowały obchody świąt państwowych. Po to ambasady RP na całym świecie muszą wyświetlać film „Smoleńsk”. Po to są pomniki. PiS tam, gdzie rządzi, stawia pomniki Lecha Kaczyńskiego, a teraz w Warszawie, obok Grobu Nieznanego Żołnierza, będzie odsłaniany pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej. Nie miejmy złudzeń – dla PiS będzie to pomnik „ich” katastrofy, pomnik Lecha Kaczyńskiego i jego współpracowników. Inni, nie z jego środowiska, zostaną pominięci. A sam pomnik Kaczyńskiego ma stanąć w pobliżu pomnika Piłsudskiego.

Te pomniki nie są więc zwykłymi symbolami szacunku, pamięci. Pomnik smoleński teoretycznie ma być poświęcony wszystkim ofiarom katastrofy, ale przecież praktyka – nikt chyba w to nie wątpi – będzie inna. I ten pomnik, i pozostałe – wszystkie są symbolem panowania religii smoleńskiej, religii pisowskiej, tak jak krzyże znaczą świat chrześcijan.

Władza tym sposobem wyposaża się w swoiste sacrum, bo ona jest jedynym nosicielem tej tradycji, tego wydarzenia. Pochodzi z ofiar. A jej przeciwnicy, ze znienawidzonym Tuskiem na czele, z grona puczystów, zdrajców i zamachowców.

Czy gigantyczna operacja, którą prowadził Jarosław Kaczyński, operacja zaszczepienia Polakom religii smoleńskiej, ma szansę się powieść? Oczywiście nie i Kaczyński pewnie wie już o tym. Ona jest aktem wiary pisowskiego aktywu, aktem lojalności tych, którzy od tej władzy coś dostali. Ale dla tych spoza PiS jest czymś obcym. Jest gigantycznym kłamstwem. A na takim kłamstwie nie da się zbudować jedności narodowej czy chociażby narodowego pojednania. Tylko że taka jedność, wewnątrzpolski pokój Kaczyńskiemu nie są potrzebne. On zgody nie szuka, woli twardo zarządzać mniejszością, która narzuca większości swoją wolę. Wystarczy mu więc wiara w smoleński mit tylko jego zwolenników. Żeby, gdy rządzą, mieli siłę rządzić bezwzględnie, a gdy znajdą się w opozycji – mieli siłę przetrwać.

Taka jest logika Kaczyńskiego, bez wątpienia dla niego samego dobra. Ale nie dla państwa. Bo na dłuższą metę żadne państwo nie ma szans dobrze funkcjonować, gdy jego obywatele tak mocno się nienawidzą Szaleńcy kontra zdrajcy.

Wybór jest więc oczywisty. Jeżeli religia smoleńska jest szkodliwa, dlatego że jest kłamstwem i opiera się na fantazjach, a nie faktach, to trzeba z nią walczyć. Pokazywać, gdzie mówi nieprawdę. Żeby przegrała.

Wydanie: 15/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy