Żeby szybciej wrócić z gór

Żeby szybciej wrócić z gór

Skoro najbardziej niebezpieczne jest schodzenie ze szczytów wydaje się logiczne, że lepiej zjechać

– Nie lubię schodzić ze szczytu na nogach – mówi zakopianka Anna Tybor. W 2021 r. jako pierwsza kobieta na świecie zjechała bez tlenu z Manaslu (8163 m) na nartach.

– We wspinaczce z nartami najprzyjemniejszy jest zjazd, bo krótko trwa – chętnie powtarzał Słoweniec Davo Karničar, który zjechał z Everestu (8848 m).

Również Andrzej Bargiel z Łętowni, pierwszy człowiek, który zjechał na nartach z K2 (8611 m), mówi, że męczy go schodzenie i noclegi na dużych wysokościach. Jego zjazd bez tlenu z wierzchołka najtrudniejszej góry Ziemi zaczął się 22 lipca 2018 r. przed godz. 12 i skończył w bazie już o 18.30. Schodzenie z K2 wymaga zaś biwaku, a wypadki najczęściej zdarzają się w długotrwałym zejściu. Zjeżdżając z K2, Andrzej Bargiel minął kilku wspinaczy, którzy, trzymając się poręczówek, mozolnie wchodzili na szczyt, by z równie wielkim wysiłkiem z niego schodzić. Nie znaczy to, że używanie nart stanowi wygodniejszą alternatywę.

Niebezpieczne zjazdy po stokach o nachyleniu przekraczającym 50 st. wymagają odporności psychicznej, najwyższej koncentracji i doskonałej kondycji. Gdy się trafi na zmrożoną szreń, trzeba skręcać podskokami, co na dużych wysokościach jest morderczym wysiłkiem, albo jechać na tyłach nart, co potęguje ryzyko. Wspinacze mogą iść utartym szlakiem, wpięci w poręczówkę – narciarze siłą rzeczy zjeżdżają zakosami, po nieznanym terenie, gdzie grozi im wpadnięcie w szczelinę albo zsunięcie się z deską śnieżną. A wcześniej muszą wtargać narty na plecach i przypiąć je na szczycie, co nie jest proste na ośmiotysięczniku.

– Po drodze są urwiska i przepaście, jeden błąd i spadam kilkaset metrów – mówił Andrzej Bargiel o swojej trasie z K2. Jego zjazdu z drugiego szczytu Ziemi już nic nie przebije i zapewne przez dziesiątki lat nie da się go powtórzyć.

Góry wysokie są rozległymi masywami, ale jedyna droga możliwa do pokonania na nartach wiedzie niekiedy przez zabójczo strome żleby, zwężające się do zaledwie 2 m. Taka właśnie – Kuluarem Lhotse – była trasa Amerykanów Hilaree Nelson i Jima Morrisona, którzy we wrześniu 2018 r. jako pierwsi zjechali z tego szczytu (8516 m), wspomagając się jednak tlenem.

Oprócz kijków warto mieć w ręku czekan, by wbić go w śnieg w chwili upadku, nim prędkość stanie się niemożliwa do opanowania. Gdy ściana zbliża się do pionu, można tylko zsuwać się na nartach bokiem, trzymając się poręczówki (tak zrobił Andrzej Bargiel na K2).

Zdarzają się też bardzo ostre, strome i przepaściste granie, gdzie nie wolno upaść, bo się zginie. Taki jest trawers Messnera (wysokość ok. 7000 m), łączący na K2 drogę Kukuczki i Piotrowskiego z drogą Basków. W 2017 r. Andrzej Bargiel i Janusz Gołąb nie zdobyli K2, ale niemal metr po metrze przepatrzyli zbocza przez lunetę i doszli do wniosku, że tylko ten trawers umożliwi nieprzerwany zjazd z wierzchołka do bazy bez odpinania nart. Sam Messner, choć trawers nosi jego nazwisko, nie odważył się nim przejść. Jako pierwszy pokonał go – na nartach – właśnie Andrzej Bargiel 22 lipca 2018 r. Parę dni wcześniej, w wyjściu aklimatyzacyjnym, przezornie przejechał na próbę trawers Messnera z asekuracją. – To najtrudniejszy zjazd na Ziemi – uważa Janusz Gołąb, zdobywca K2 w 2014 r., który w 2018 r. dotarł do obozu III i tam czekał na zjeżdżającego Bargiela.

Nie dla spadochroniarzy

Wysokogórskie narciarstwo ekstremalne ma niedługą historię. Gdy w 1964 r. zdobyto (latem) ostatni ośmiotysięcznik, wspinaczom zaświtało, że można by zjeżdżać z nich na nartach. Najpierw w 1970 r. z Everestu spróbował Japończyk Yuichiro Miura. Bilans ekspedycji był tragiczny. W lawinie zginęło sześciu Szerpów, siódmego zabił spadający serak, jeden z Japończyków zmarł na serce. Uparty Miura nie przerwał wyprawy, ale narty przypiął na wysokości niespełna 8000 m. Zjechał na ok. 6000 m, stracił panowanie nad nartami i przy bardzo dużej szybkości, nie umiejąc ani zwolnić, ani skręcić, otworzył spadochron ratunkowy. Zatrzymał się z jego pomocą, lecz, zaplątany w linki, nie mógł zejść w bezpieczniejsze miejsce i trzeba mu było pomóc. W następnych latach Miura trzykrotnie wszedł na Everest, ostatni raz w 2013 r. jako 80-latek, pozostając do dziś jego najstarszym zdobywcą. Planuje czwarte wejście w wieku 90 lat. Po nim już nikt nie korzystał ze spadochronu na nartach.

W ostatnim półwieczu wielokrotnie usiłowano zjechać z różnych ośmiotysięczników, ale często nie były to pełne, udane próby. Narciarze albo pokonywali na nartach tylko część trasy, a resztę w butach z rakami, albo zaczynali zjazd nie z samego wierzchołka, albo ginęli, jak Francuz Yves Morin, który w 1979 r. zjechał z wierzchołka Annapurny (8091 m), ale na wysokości 6600 m umarł z wyczerpania.

Wreszcie, w 1982 r., 46-letni Szwajcar Sylvain Saudan dokonał pierwszego pełnego zjazdu z Gaszerbrumu I (8080 m). Na razie nikt jeszcze nie zdołał w taki kompletny sposób zjechać z Makalu (8485 m), Kanczendzongi (8586 m), Dhaulagiri (8167 m) ani Nanga Parbat (8125 m). Przeszkadzały zbyt skaliste, strome i za mało zaśnieżone zbocza.

Pierwszym człowiekiem, który zjechał z Everestu, był wspomniany Davo Karničar (z tlenem), 7 października 2000 r., bez odpinania nart. Czas efektywnej jazdy do lodospadu Khumbu wyniósł cztery i pół godziny. Bez tlenu jeszcze nikt nie zjechał z najwyższego szczytu Ziemi, bardzo prawdopodobne, że zrobi to Andrzej Bargiel.

Karničar jako pierwszy, mając 44 lata, skompletował też w listopadzie 2006 r. narciarską Koronę Ziemi, zjeżdżając również z Elbrusa i Mont Blanc, Vinsona, Aconcagui, Denali, Kilimandżaro oraz Góry Kościuszki (najwyższy w Australii i Oceanii jest indonezyjski Puncak Jaya, ale śniegu tam tak mało, że nie ma chętnych do wykonania kilkusetmetrowego zaledwie zjazdu, poza tym nie brakuje opinii, że cała Indonezja należy do Azji).

Miesiąc przed nim z najwyższych szczytów wszystkich części świata zjechała Amerykanka Kit DesLauriers, wybitna narciarka ekstremalna, ale co najmniej w dwóch miejscach na Evereście schodziła bez nart, więc ten zjazd nie został uznany.

Nie przeszkodziło to jednak jej i jej zwolennikom w głoszeniu, że właśnie ona była pierwsza. A gdy w 2019 r. Karničar zginął (przygnieciony drzewem w lesie), coraz rzadziej już się mówi o jego pierwszeństwie.

Na nartach i desce

Polskim prekursorem himalajskiego szusowania był nasz najlepszy wspinacz Jerzy Kukuczka. Podczas wyprawy na Sziszapangmę (8027 m) we wrześniu 1987 r. najpierw on i Artur Hajzer zdobyli dziewiczy szczyt Yebokangal Ri (7365 m) i z powodzeniem z niego zjechali. Potem przyszła pora na zasadniczy cel. Kukuczka i Hajzer zaatakowali Sziszapangmę w stylu alpejskim, wszystko niosąc w plecakach. Na szczyt weszła też wtedy Wanda Rutkiewicz, a także Ryszard Warecki i Meksykanin Carlos Carsolio, obaj niosąc po jednej narcie dla lidera wyprawy. Po latach Kukuczka, Rutkiewicz i Hajzer kolejno zostali w górach…

Kukuczka przypiął narty na przełęczy podszczytowej (ok. 8000 m) i wszedł na wierzchołek. Wrócił na przełęcz, tam przenocował w namiocie z Arturem Hajzerem, a następnego dnia rozpoczął pierwszy polski zjazd z ośmiotysięcznika, jednak nie z wierzchołka. Uczucia miał mieszane, wcześniej zwykle jeździł na ubitych stokach: „Śnieg jest głęboki, kopny. Nie widzę w ogóle swoich nart, momentami posuwam się tak wolno, że wydaje mi się, że stoję w miejscu. Artur za mną schodzi i właściwie dystans między nami się nie powiększa. Nie potrafię ujechać więcej niż 10 m, potem jestem tak zmęczony i mam taką zadyszkę, że muszę siąść w śniegu i odpocząć. (…) Cały zysk z mojego »białego szaleństwa« sprowadził się do tego, że w zjeździe z 8000 m na 5900 m zyskałem godzinę nad Arturem, który nie jechał, ale człapał w śniegu”.

Słowa Kukuczki oddają istotę zjeżdżania z gór wysokich: to upiornie ciężka praca na stoku. Ale z czasem, im lepiej wytrenowani stawali się narciarze, tym bardziej rosła ich przewaga czasowa nad wspinaczami idącymi pieszo. W czasie zjazdu z Sziszapangmy Kukuczka miał 39 lat. Kontynuatorami jego narciarskiej inauguracji byli już nieco młodsi Polacy.

W 2004 r. z Czo Oju (8201 m) zjeżdżał na desce 30-letni Olaf Jarzemski. Biwakował w obozie II, zjazd nie odbył się jednym ciągiem. Mówił potem, że trudno było to nazwać przyjemnością, w zjeździe walczył ze zmęczeniem i warunkami pogodowymi.

Coraz śmielej góry wysokie atakują snowboardziści. Już w 2001 r. Austriak Stefan Gatt zjechał bez tlenu z Everestu na 6500 m (pokonując jednak dwa odcinki bez deski). Jego konkurent Francuz Marco Siffredi zjechał zaś bez odpinania deski, z jedną przerwą na naprawę wiązania – ale z tlenem. Rok później Siffredi chciał poprawić wynik i wrócił na Everest. Zjazd z wierzchołka rozpoczął o godz. 15 i już nikt nigdy go nie zobaczył.

Było ich dwóch

W 2014 r. 29 września z Czo Oju samotnie zjechał na nartach 26-latek Aleksander Ostrowski, ustanawiając ówczesny rekord Polski w wysokości zjazdu narciarskiego. Po drodze zabrał swój namiot z obozu II. Zwijanie namiotu z nartami na nogach, by zachować czystość stylu, wydało mu się śmieszne, więc na krótko je zdjął. Do obozu I zjechał przy świetle czołówki, przenocował, do bazy doszedł już z nartami na plecach.

Ostrowski, urodzony w Wetlinie, zaczął jeździć na nartach w wieku trzech lat. Jako 19-latek został ratownikiem Grupy Bieszczadzkiej GOPR, studiował geografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, biegał ultramaratony. W 2012 r. wszedł na Pik Lenina (7134 m) i zjechał z niego północną ścianą. – Góry niosą różne zagrożenia. Trzeba być czujnym, obserwować, podejmować odpowiednie decyzje. Najwięcej wypadków zdarza się w zejściu, bo ludzie zapominają, że trzeba jeszcze wrócić – mówił. Nie ukrywał, że czasem się boi: – Strach jest dobry, trzeba się bać, ale nie może paraliżować.

Trzy miesiące młodszy od niego, 22-letni Andrzej Bargiel w 2010 r. wygrał słynny bieg na Elbrus (5642 m), poprawiając rekord Denisa Urubki aż o 32 minuty. Wcześniej, w latach 2007-2009, był trzy razy mistrzem Polski w skialpinizmie. Po tych osiągnięciach zaproponowano mu udział w programie Polski Himalaizm Zimowy, ale okazało się, że to nie dla niego. Przewyższał wielu uczestników kondycyjnie i szybkościowo, nie chciał tracić czasu na długie siedzenie w bazie. W 2013 r. zorganizował własną wyprawę na Sziszapangmę. Zaczęło się nie najlepiej. Chorował na lekką grypę, a gdy szedł po skałach, potknął się i wybił ze stawu lewy bark, z którym miał kłopoty od czasu upadku narciarskiego w Tatrach. Zastosował więc swój sprawdzony patent: włożył kijek pod ramię, szarpnął prawą ręką i sam nastawił bark.

Podczas ataku szczytowego nastąpiło załamanie pogody, śnieg, zawierucha. Inne wyprawy zrezygnowały, sił zabrakło także jego starszemu bratu Grzegorzowi. Andrzej Bargiel znał jednak swoje możliwości. Choć brnął w śniegu po szyję, 2 października zdobył samotnie wierzchołek centralny Sziszapangmy, o 14 m niższy i łatwiejszy od głównego. Przypiął narty i już po 35 minutach dojechał do obozu III (z którego droga na szczyt trwa prawie osiem godzin), potem do II, gdzie spotkał się z bratem. Cały zjazd, zakończony na wysokości 5800 m, zajął mu niespełna dwie godziny!

– Narty zwiększają poczucie bezpieczeństwa, bo ułatwiają odwrót. Gdy jest głęboki śnieg czy groźba lawin, mogę poruszać się szybciej i uciekać w dół. Jestem bardziej mobilny, narta ma większą powierzchnię i mniejszy nacisk na śnieg niż buty. Gdy ludzie na kolanach przechodzą szczeliny po drabince, ja jadę na nartach i po prostu przeskakuję nad szczeliną do 3 m szeroką, pod pełną kontrolą – tłumaczył.

W lipcu 2015 r. Andrzej Bargiel z kolejną własną ekspedycją ruszył na Broad Peak (8047 m), gdzie dwa lata wcześniej zginęli zimą Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Aleksander Ostrowski wybrał zaś Gaszerbrum II (8035 m). Oba szczyty są blisko siebie w Karakorum.

25 lipca Bargiel odniósł następny sukces. Samotnie wszedł na Broad Peak (w 2015 r. dokonał tego tylko jeszcze jeden himalaista) i w trzy godziny zjechał na nartach do podstawy szczytu. Jechał w niezwykłych warunkach. Po lewej miał słońce, bezchmurne niebo i wspaniałe widoki. Po prawej mgłę jak mleko, kończącą się równo z granią. Przy przedwierzchołku Rocky Summit musiał skoczyć z dwumetrowej ścianki skalnej (na ponad 8000 m, bez tlenu!) i ledwo uniknął upadku. Gdzie indziej, w wąskim, słabo zaśnieżonym kominie narty zgrzytały o skały, konieczne było skorzystanie z poręczówek. Poniżej grani zagrażały szczeliny. Broad Peak to szczyt dużo trudniejszy od Sziszapangmy. Andrzej Bargiel mówi, że dla niego ważna jest przygoda. Zjeżdżanie z Broad Peaku mu ją zapewniło. – Jazda była przyjemna, doznania narciarskie bardzo pozytywne, mnóstwo dobrego śniegu, który tak zasypał szczeliny, że niemal ich nie było – oceniał swój zjazd.

W tym samym dniu Aleksander Ostrowski i towarzyszący mu Piotr Śnigórski wycofywali się spod wierzchołka Gaszerbrumu II. Uznali, że śnieg jest za słabo związany. Po południu rozpoczęli zjazd z obozu II (ok. 6500 m). Słońce grzało, śnieg był ciężki i wilgotny, Ostrowski jechał pierwszy. Po jednym z jego skrętów ze zbocza oderwała się deska śnieżna, która zaczęła się zsuwać razem z nim. Stok był coraz bardziej stromy, zerwana pokrywa śnieżna pędziła coraz szybciej. Aleksander Ostrowski został wepchnięty do szczeliny, błyskawicznie zasypanej przez ciężki śnieg. Wypada wierzyć, że nie cierpiał i zginął natychmiast. Jego towarzyszowi nic się nie stało.

W bazie pod Gaszerbrumem II przebywali wtedy inni wspinacze. 26 lipca trzech pakistańskich tragarzy wysokościowych podjęło próbę poszukiwań, ale bez rezultatu. W tym samym dniu do bazy dotarli Andrzej Bargiel i Dariusz Załuski. Wojsko pakistańskie, ze względu na niebezpieczne warunki, zakazało jednak wychodzenia w górę swoim obywatelom i kolejnej akcji nie zorganizowano. Jak wyjaśniał później Bargiel, on sam nigdy tam nie był, nie wiedział, gdzie iść, i potrzebował pomocy tragarzy, żeby cokolwiek zrobić – ale oni nie mogli wyruszyć, a wyjście bez nich byłoby bez sensu. Stwierdził też: – Trochę mi wstyd za tych wszystkich wspinaczy, którzy byli w bazie pod Gaszerbrumem II, bo nikt w poszukiwania Olka się nie zaangażował.

W drodze na K2

W następnym roku Andrzej Bargiel myślał już o K2, którą pierwszy raz zobaczył, gdy atakował Broad Peak. Był w coraz lepszej formie. W rekordowym tempie zdobył tytuł Śnieżnej Pantery – prestiżowe rosyjskie wyróżnienie przyznawane za pokonanie pięciu trudnych siedmiotysięczników, leżących w dawnych granicach ZSRR. Zajęło mu to 29 dni, 17 godzin i 5 minut. Oczywiście zjeżdżał z nich na nartach.

Przed Polakiem z K2 próbowali zjechać inni doświadczeni narciarze ekstremalni, np. Włoch Michele Fait, który zginął w 2009 r., czy Szwed Fredrik Ericsson, który zabił się rok później. Andrzej Bargiel pierwszą próbę zdobycia i zjechania z K2 podjął w 2017 r. W bazie poznał się wtedy z Karničarem. Nie weszli na szczyt, przeszkodziła pogoda, ale doświadczenia i poczynione wówczas obserwacje pomogły Bargielowi w odniesieniu wielkiego sukcesu w 2018 r. Jak mówił potem, czasem żeby wygrać, trzeba zrobić krok w tył.

Pierwszy, udany zjazd z K2 był efektem niezwykłych umiejętności, kondycji i siły zarówno fizycznej, jak i psychicznej 30-letniego Bargiela. Ale to zasługa nie tylko odpowiedniego treningu, lecz chyba także genów i otoczenia. Młody Bargiel jeździł konno, z powodzeniem uprawiał kolarstwo górskie, no i oczywiście szusował na nartach. Pierwsze miał po dziadku, drugie kupił od kolegi w ramach handlu wymiennego. Były nartami do skakania, długimi na 220 cm, więc je obciął i przykręcił inne wiązania. Trzecie dał mu himalaista Ryszard Gajewski za pomalowanie dachu. Od wujka dostał popękane adidasy, które sobie zszył. W wieku 14 lat zaczął startować w zawodach skialpinistycznych, na które jeździł autostopem, bo w rodzinie nie było samochodu.

Od najmłodszych lat był samodzielny i umiał znaleźć własne miejsce wśród siedmiu sióstr i trzech braci. – Mam liczne rodzeństwo, mieszkaliśmy na wsi, rodzice mieli za mało czasu, żeby się nami zajmować, więc musieliśmy sobie radzić. To pomaga w racjonalnym działaniu i rozwiązywaniu trudnych sytuacji.

Rozsadzająca go w dzieciństwie energia bardzo przydaje mu się teraz w górach: – Zapas mocy, energia oraz doświadczenie to klucz do bezpieczeństwa. Wszystko musi być poukładane, nie można działać spontanicznie. Nie lekceważę ryzyka, jestem przecież ratownikiem TOPR, ale przesuwam jego granice dzięki umiejętnościom i doświadczeniu. Mogę więc robić trudniejsze rzeczy, a ryzyko nie jest większe.

Doświadczenie zdobywał najpierw w niższych górach. Niekiedy boleśnie, jak w 2006 r. we Włoszech, gdy podczas mistrzostw świata w skialpinizmie zasypała go lawina. Nie mógł ruszyć nawet palcem, dusił się, tracił przytomność. Na szczęście ratownicy odkopali go w półtorej minuty. Mówi, że gdy na himalajskiej wyprawie znajdzie się w trudnym terenie, to jest pewien tego, co robi, za sprawą doświadczeń z Tatr i Alp.

No i pomocny jest nowoczesny sprzęt, którego nie było kilkadziesiąt lat temu. Telefon satelitarny z lokalizatorem zapewnia stałą łączność i dostęp do prognozy pogody aktualizowanej nawet co godzinę. Andrzej chodzi w lekkich skiturowych butach, z grzałkami dającymi do 50 st. ciepła, nosi ze sobą lżejsze niż kiedyś liny i śruby asekuracyjne, ma kombinezon ze specjalnymi wywietrznikami. Narty są węższe od powszechnie dziś stosowanych carvingowych „płetw”, jedna waży ok. 1,3 kg, długość w zależności od wyprawy to 160-170 cm.

Pomaga też dron, który młodszy brat Bartek przerobił i po mistrzowsku nim steruje. Na K2 dron nie tylko filmował i obserwował Andrzeja, lecz także dostarczył do obozu III lekarstwa dla Janusza Gołębia, którego bolały plecy i nie mógł chodzić. Dron doleciał aż na wierzchołek K2, tam wyczerpały się baterie, a Andrzej Bargiel zabrał go ze sobą. Bartek, dzięki dronowi, podał także ratownikom dokładne namiary miejsca, w którym leżał zaginiony i uznany już za zmarłego Rick Allen, wspinający się na Broad Peak. Dron podleciał do niego i kilkakrotnie nawracając, wskazał kierunek bezpiecznego odwrotu ze ściany. W ten sposób Bartek przedłużył Allenowi życie o trzy lata (Szkot zginął na K2 w 2021 r.).

Gdy Andrzej Bargiel zjeżdżał z K2, przyjaciele widzieli go z bazy i doradzali kierunek jazdy, ostrzegając przed skałami i szczelinami poniżej. W 2021 r. dron pomógł w stworzeniu zapierającego dech w piersiach filmu, pokazującego zjazdy Bargiela z dziewiczego Yawash Sar II (6178 m) i pięknej, niewiarygodnie stromej Laili (6096 m, zjazd rozpoczęty 150 m niżej z powodu oblodzenia).

Za mało adrenaliny?

Dokonania Bargiela i Ostrowskiego spopularyzowały skialpinizm w Polsce, a pandemiczne zamknięcie wyciągów zachęciło narciarzy do zjazdów pozatrasowych.

Anna Tybor także pierwsze ekstremalne zjazdy zaliczała w Tatrach. Zaśnieżona rysa przecinająca nasz najwyższy szczyt to dla niej stok niezbyt trudny. Większym wyzwaniem był Zachód Grońskiego na północnej ścianie Wołowego Grzbietu. Kto go widział, nie może pojąć, jakim cudem da się stamtąd zjechać na nartach.

Tatry szybko przestały jej wystarczać. Gdy skończyła architekturę na Uniwersytecie Jagiellońskim, poszukała pracy w Alpach. Znalazła ją w Livigno, na wysokości ponad 1800 m. Mieszka tam od pięciu lat, zaprojektowała hotel w St. Moritz, jest też ratowniczką górską i członkinią polskiej kobiecej kadry narodowej w skialpinizmie (nader skromnej, bo dwuosobowej). Pięć razy (!) była mistrzynią Polski w skialpinizmie, zajęła drugie miejsce w biegu na Elbrus, weszła na Pik Lenina, regularnie jeździ na rowerze, biega, chodzi na siłownię.

Mimo to góry dostarczają chyba Annie Tybor za mało adrenaliny. Ratowała kiedyś lotniarza, który uderzył w skałę i został sparaliżowany. Dziś sama uprawia paralotniarstwo, tłumacząc tę ryzykowną pasję niechęcią do schodzenia z dużych wysokości.

We wrześniu 2021 r. 29-letnia Anna Tybor poszła na Manaslu. Z bazy wystartowała samotnie około godz. 16 i doszła od razu do obozu III. Tak wyśrubowane tempo sprawiło, że była bardzo zmęczona, kasłała, po noclegu w obozie III zrobiła dzień przerwy. Na wierzchołek ruszyła z dwoma włoskimi kolegami, także narciarzami wysokogórskimi, którzy wcześniej wyszli z bazy. Założyli obóz IV na wysokości 7400 m, po tym biwaku zdobyli szczyt (8163 m) 29 września o godz. 15. Przypięli narty i pojechali do obozu IV na nocleg (spali bez nart), następnego dnia zjechali już do bazy (ok. 4900 m), zabierając po drodze swoje namioty z obozów pośrednich. W trzech najbardziej stromych miejscach korzystali z poręczówek. Czas efektywnego zjazdu z wierzchołka do bazy wyniósł około pięciu godzin.

To, że zjechała bez tlenu, jest historycznym osiągnięciem. Na „niskie” ośmiotysięczniki, takie jak Manaslu, himalaiści zwykle wchodzą bez tlenu, ale w zjeździe narciarskim, gdy trudno regulować oddech, wspomaganie tlenowe jest bardzo przydatne.

Idąc na Manaslu, Anna Tybor stanęła (dosłownie) przed trudnym wyborem: – Między I a II obozem, na wysokości ponad 6000 m trzeba było się wspiąć na niemal pionową ścianę. Próbowałam ominąć to miejsce, ale drogę zagrodziła szczelina. Z 10 minut zastanawiałam się, czy skoczyć. Byłam sama, gdyby się nie udało, nikt by nawet nie wiedział, gdzie wpadłam. Na szczęście zobaczyłam światło czołówki, to był Szerpa idący do obozu II. Przy nim skoczyłam – opowiada.

W Bieszczadach zimą odbywa się memoriał Olka Ostrowskiego w narciarstwie wysokogórskim. W 2020 r. zwyciężyli ratownicy z bieszczadzkiej grupy GOPR, Jan Koza i Tomasz Ostrowski. On też jest skialpinistą, tak jak jego tragicznie zmarły brat. Góry mają – na szczęście albo niestety – wielką siłę przyciągania.

Fot. redbullcontentpool.com

Wydanie: 52/2021

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy