Zhańbiona Solidarność

Zhańbiona Solidarność

Strajkujący w sierpniu 1980 r. robotnicy zostali zdradzeni. Można nawet powiedzieć, że to hańba historyczna

Prof. Bruno Drwęski – kanadyjsko-francuski historyk i politolog z polskimi korzeniami, wykładowca w Narodowym Instytucie Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) w Paryżu.

Po lekturze pana książki zastanawiałem się, dlaczego nie dał pan we francuskim wydaniu tytułu „Zdradzona”, „Zagrabiona”, a może nawet „Zhańbiona Solidarność”.
– Tytuł każdej książki to zawsze jakiś skrót myślowy. Oczywiście, że strajkujący w sierpniu 1980 r. robotnicy zostali zdradzeni. Można nawet powiedzieć, że to hańba historyczna, która najprawdopodobniej coraz bardziej będzie ciążyła nad obrazem kierownictwa Solidarności i komitetów obywatelskich, które latem 1989 r. przejęły władzę w Polsce. We francuskim wydaniu tytuł brzmi „Solidarność, która drogo kosztowała”. Wydawało mi się, że dla francuskiej opinii publicznej ważniejszy jest pewien aspekt, dziś już dość rozpowszechniony, a mianowicie finansowanie liderów kolorowych rewolucji na Wschodzie czy też w krajach arabskich przez obce mocarstwa. I jak ono się ma do wcześniejszego finansowania struktur Solidarności. We Francji może ono budzić niemałe zakłopotanie, bo oddolna pomoc dla tego ruchu na początku lat 80. nadal uchodzi za akt lewicowej solidarności z narodem walczącym o rozszerzenie praw socjalnych i wolności. A teraz wychodzi, że powstanie i działalność Solidarności były po części inspirowane z zewnątrz, przynajmniej na szczeblu elit i doradców, takich ludzi jak Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Taylor, Lech Kaczyński, Jan Krzysztof Bielecki, Wiesław Chrzanowski, Jan Olszewski i jeszcze wielu innych.

Przedstawił pan Solidarność z lewicowej perspektywy, tymczasem w Polsce wciąż w dobrym tonie jest deprecjonowanie lewicowej wizji świata; uważa się, że to jakaś moda, a nawet choroba.
– Ogląd tego, co napisałem, naturalnie zależy od tego, co rozumie się przez pojęcie lewicy. Ja nadal stoję na stanowisku, że obiektywnie funkcjonują sprzeczności klasowe, niezależnie od poglądów poszczególnych ludzi, i że elity posiadaczy korzystają dziś z hegemonii kulturalnej oraz medialnej i wpływają na to, żeby nie można było sobie tego uzmysłowić. Moim zadaniem było pokazanie, że ogromna większość Polaków w latach 70. i 80. wcale nie marzyła o prywatyzacji ani o kapitalizmie, tylko o zdemokratyzowanej Samorządnej Rzeczypospolitej, zgodnej z historycznymi marzeniami nie tylko polskiej lewicy społecznej. Jeśli zaś chodzi o ową modę, to tak mogą mówić ludzie niechętni lewicy. Trzeba mocno podkreślić, że wpływ na to, co nazywają modą, mają ludzie z górnych warstw społecznych, którzy reprezentują interesy bogatszej części społeczeństwa; to oni dyktują wzory postępowania i światopogląd. I robią to, prawie nie mając przeciwwagi ze strony rzeczywistej lewicy. Powiem więcej, skoro po 30 latach transformacji nadal prowadzi się systematyczne kampanie antykomunistyczne, to moim zdaniem dlatego, że elity obawiają się, że ten trup jest jednak potencjalnie żywy. Zresztą elity światowej burżuazji dbają o to, żeby ich dzieci w elitarnych szkołach dobrze poznały nauki Marksa, jednocześnie pilnując, żeby ta wiedza nie dotarła do „nizin społecznych”.

W Polsce obowiązuje przekaz: Solidarność (wspólnie z Janem Pawłem II) obaliła komunizm, przyniosła wolność. Pan pisze, że realizowała scenariusz nakreślony za Atlantykiem.
– Wystarczy przeczytać prasę i ulotki Solidarności sprzed 1989 r. i jeszcze z czasów wyborów w czerwcu 1989 r., żeby się przekonać, że jej liderzy szli do ludu z hasłami przede wszystkim obiektywnie lewicowymi, inaczej byliby nieprzekonujący, nie znaleźliby posłuchu w społeczeństwie. Wolność należy także do pryncypiów lewicy, wolność w imię równości i sprawiedliwości społecznej, a nie wolnoamerykanka wymarzona przez liberałów. O takiej właśnie wolności marzyli polscy robotnicy, szerzej – polskie masy. I takiej wolności na razie nie wywalczyli. Elity Solidarności, kształcone w dużej mierze za oceanem, jak choćby Leszek Balcerowicz i wielu jej doradców, mieli inny, niedopowiedziany program, który wyszedł na jaw dopiero pod koniec 1989 r. Na ten temat zresztą wiele można się dowiedzieć od uczciwszych i rozczarowanych działaczy Solidarności, takich jak Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Piotr Ikonowicz i wielu innych, mniej znanych.

Wiele słów krytyki, żeby nie powiedzieć potępienia, kieruje pan w stronę elit Solidarności i wokół niej skupionych. Bo to one zdradziły robotników, przeszły na neoliberalizm, który im zaszczepiono w USA.
– Każdy człowiek ma prawo do swoich opinii i do ich zmiany, ale elementarna uczciwość nakazuje, by otwarcie przyznawać się do poglądów, do ich zmian, szczególnie gdy jest się osobą publiczną. Wielu liderów Solidarności, zwłaszcza po ogłoszeniu stanu wojennego, obraziło się na „naród”, bo wówczas nie utożsamiał się on z działaniami większości struktur podziemnych. Nie utożsamiał się, bo wcześniej rozczarował się metodami stosowanymi przez nich w drugiej połowie 1981 r. – walką z władzą, a w zasadzie chęcią bycia ponad nią. To nadąsanie się liderów Solidarności różnych szczebli wytworzyło wśród nich poczucie elitarności i wyjątkowości. Byli oni mile widziani i witani w zachodnich, liberalnych mediach. Stąd ucieczka w ich ramiona takich ludzi jak Leszek Balcerowicz, który niczego nie chciał ryzykować dla swojej kariery w Polsce w latach 80., ale który związał się jednocześnie z amerykańskimi kołami neoliberalnymi. Bez sprzeciwu zresztą ze strony kierownictwa zarówno swojej byłej partii, jak i podziemnej Solidarności, co jest znamienne i co większość Polaków odkryła dopiero wtedy, kiedy nie było możliwości odwrotu od wilczego kapitalizmu.

Autentyczni robotnicy w Solidarności stanowili najliczniejszą grupę, ale czy to, że stali się ofiarami transformacji, było/jest wynikiem tego, że byli bezwolni, ulegali przekonaniu o etosie inteligencji działającej dla dobra narodu?
– Realny socjalizm był dziwnym ustrojem, zbudowanym w Polsce odgórnie w sposób nieco feudalny. Owszem, przyszedł trochę srogi, ale i „dobry pan”, tym razem naprawdę dobry, w tym sensie, że dał chłopom wymarzoną ziemię, a ich dzieciom masowy awans społeczny. Ów socjalizm wpłynął na rzeczywiste szybkie polepszenie bytu mas ludowych, ale w sumie, w ramach sztywnego i pofeudalnego systemu, oddzielał Polaków od realiów światowego rynku kapitalistycznego. Nie czuli więc, że na świecie toczy się międzynarodowa walka klas. Do tego mieli w dużym stopniu ograniczony krąg widzenia lokalnej tzw. czerwonej burżuazji, korzystającej z poparcia wielu obiektywnie coraz bardziej prawicowych liderów radzieckiej partii komunistycznej. Rządzący ówczesną Polską (jak również władze innych krajów bloku wschodniego) korzystali z logiki oblężonej twierdzy, w ramach której przeciętny człowiek nie mógł mieć styczności z kontrolowanymi przez Zachód terms of trade, czyli – mówiąc ogólnie – niekorzystnymi dla krajów socjalistycznych warunkami wymiany handlowej, polityką pułapki zadłużenia.

Kup „Zagrabioną historię Solidarności”

Inteligencja tego nie widziała, nie ostrzegała?
– Rewizjonistyczna, a potem dysydencka inteligencja oraz ekonomiczna nomenklatura partyjna utożsamiały się w tej sytuacji coraz bardziej z globalną burżuazją, podczas gdy robotnicy nie mieli szansy zrozumieć, jak naprawdę wygląda życie pracowników najemnych w krajach kapitalistycznych. Stąd ich złudna wiara, że skoro w Polsce nie ma kapitalistów, to kapitalizm im nie grozi. Nie mieli oni pojęcia, co to jest imperializm, wszechwładza kapitału. W ogromnej większości elity solidarnościowe nie wykonały swojego zadania – przekazania masom członkowskim wiedzy na ten temat. Odwrotnie, wolały zaproszenia, granty, pochwały, fundusze i dolarowe honoraria hojnie im proponowane i ofiarowywane na zachodnich salonach i w klubach. I to już od lat 60., kiedy Solidarności jeszcze nie było. To odróżnia postawę liderów Solidarności od etosu inteligencji z XIX w., która stała po stronie ludu, dokształcała go i walczyła o jego dobro. A ta solidarnościowa lud zdradziła, potem zaś miała do niego pretensje, że nie dorósł do jej oczekiwań.

W książce przypomina pan, że wielu ludzi z kierowniczych gremiów Solidarności wzięło udział w procesie prywatyzacji gospodarki, stało się kapitalistami. A i sam związek czerpał korzyści z transformacji ustrojowej, uczestnicząc chociażby w tworzeniu jednego z OFE.
– Można krytykować liderów PiS pod wieloma względami, ale teza założycielska tej partii, o tym, że w 1989 r. doszło do zmowy elit, ma pewne podstawy – kiedy się ją wyczyści z prymitywnego antykomunizmu i uwzględni pewien fakt. To mianowicie, że przyszli przywódcy tej partii, będący w Solidarności, sami w 1989 r. także dorwali się do władzy i nie potępiali wówczas procesu przejmowania zakładów uspołecznionych. Najpierw przez garstkę oportunistów, a potem przez międzynarodowy kapitał, który wkroczył na polską scenę i działał w zasadzie bezkarnie, wymuszając na władzy korzystne decyzje. Nie tylko ekonomiczne, ale i prawne. Dopiero wtedy budziło to niechęć „narodowców” i „patriotów” wyrugowanych z procesu przejmowania przedsiębiorstw. W efekcie tamtej polityki w Polsce powstała służebna klasa kompradorska, której trafiają się okruchy z zachodniego pańskiego stołu. Polska pozostaje do dziś krajem gospodarczo peryferyjnym, mało znaczącym w międzynarodowym podziale pracy, nie powstała więc, bo powstać nie mogła, prawdziwa polska burżuazja posiadająca.

Z wielkiego zrywu milionów zostali nieliczni, tysiące. Dziś, jak pan pisze, został aparat i jego poplecznicy, a sama Solidarność jest właściwie trupem.
– Po stanie wojennym Solidarność nigdy nie odzyskała tych prawie 10 mln członków z początku 1981 r. Nawet w 1989 r. jej kierownictwu z trudem udało się przyciągnąć na jakiś czas niecałe 2 mln członków. Dla porównania powiem, że wtedy OPZZ udało się, mimo stopniowego przejęcia go przez zwolenników Rakowskiego, zatrzymać w swoich szeregach jeszcze 5 mln członków z wcześniejszych 7 mln. Dziś Solidarność ma dużo mniej członków i przeważnie odgrywają oni rolę uprzywilejowanych przez pracodawców kombinatorów, rozbijających w zakładach pracy wszelkie ruchy niezadowolenia, a także strażników interesów rządzącej zachowawczej partii, czyli PiS. Solidarność, jak wiele innych związków zawodowych w globalnym kapitalizmie, faktycznie pełni dziś funkcję pasa transmisyjnego interesów właścicieli środków produkcji, zamiast być świadomym rzecznikiem proletariatu i prekariatu.

To kiedy usłyszymy z ust jakiegoś lidera Solidarności: sztandar wyprowadzić?
– Nie jestem prorokiem i nie wiem, co się stanie, ale wydaje mi się, że Solidarność jest dziś tak samo ideologicznie pusta i jałowa jak PZPR za czasów ekipy Rakowskiego, z tą różnicą, że Rakowski, cokolwiek o nim sądzić, reprezentował wyższy poziom wiedzy i kultury niż liderzy solidarnościowego chowu. Zarówno ci, którzy nadal kierują Solidarnością, jak i większość tych, którzy odeszli ze związku do partii liberalnych i antyliberalnych.

Co zatem zostało z 21 postulatów? I czy nie jest wymowne to, że właściwie wymazano je z pamięci, nie chcąc pokazać, czym naprawdę była Solidarność, czego się domagała i o co walczyła w latach 1980-1981?
– Z porozumień sierpniowych, poza mszą niedzielną, wyrzucono na śmietnik w zasadzie wszystkie postulaty, a także późniejszą obietnicę Samorządnej Rzeczypospolitej. W Polsce klasa robotnicza w 1989 r. w większości nie wywodziła się z nielicznych środowisk robotniczych sprzed 1945 r. Powstała z popańszczyźnianych warstw drobnomieszczańsko-chłopskich, do tego była oddzielona od systematycznego wyzysku istnieniem żelaznej kurtyny. Robotnik polski w 1989 r. był przeważnie w swoich koncepcjach kimś, kogo nazwałbym nie w pełni świadomym postfeudalnym socjalistą, bo nie miał warunków, żeby dochodzić do prawdziwej wiedzy na temat naukowego socjalizmu. Obłuda obecnych elit polega na tym, że w dużej mierze dorwały się one do wiedzy i do żłobu na grzbiecie tej właśnie konkretnej klasy robotniczej, ignorując, a potem pogardliwie depcząc jej prawdziwe marzenia. Dziś jest wiele obłudy w antypopulistycznym, antypisowskim dyskursie elit liberalnego reżimu globalnego, bo za nim kryje się często pogarda wobec ludu prostego i zdradzonego, a więc siłą rzeczy zagubionego ideologicznie. I to w imię demokracji, czyli po polsku mówiąc, ludowładztwa, którym to pojęciem posługiwano się w PRL.

W Polsce w oficjalnej propagandzie mówi się o nim jako o państwie totalitarnej dyktatury, obok wojny najczarniejszym okresie w naszej najnowszej historii. Traktuje się jako okupację sowiecką, zrównując z okupacją hitlerowską. Dlatego nie da się nic dobrego powiedzieć o tym państwie.
– Te tezy są tak skrajne i prymitywne, że nawet nie warto z nimi polemizować, wystarczy je ośmieszać, co robi większość tzw. prostych ludzi. PRL, z różnym natężeniem, na pewno była państwem autorytarnym, lecz nie totalitarnym. Funkcjonowała czasem, nawet częściej, na korzyść interesów szerokich mas, a czasem na korzyść interesów bardziej prywatnych. Elity nomenklatury partyjnej same obalały tę władzę we wszystkich krajach europejskiego realnego socjalizmu. I to jest najlepszy dowód, że ten ustrój jakoś im przeszkadzał w rozwijaniu skrzydeł. Wielu Polakom Polska Ludowa otwierała drogę do stabilnych warunków egzystencji, do awansu społecznego i do najdłuższego okresu pokoju, jakiego Polacy zaznali od wielu stuleci i mimo wszystko aż do dziś. Co nie oznacza, że w ramach tamtego ustroju nie powstały nowe struktury klasowe, które szybko obróciły się przeciwko interesom szerokich mas pracujących.

Powiedział pan, że Solidarność jest już trupem. Tymczasem w Polsce mówi się, że trupem jest lewica, socjalizm. Można już ogłosić, że socjalizm na świecie to przeszłość?
– Socjalizm realny, jaki znaliśmy, na pewno jest trupem, bo ten historyczny etap został zamknięty. Dowodem na to jest fakt, że ta była forma socjalizmu nie ma miejsca w nieomal żadnym istniejącym na świecie ugrupowaniu odwołującym się w takiej czy innej formie do socjalizmu naukowego i klasowego. Nawet w państwach, które uważają się za socjalizujące, od Kuby po Chiny, od Wenezueli po Wietnam, od Korei Północnej po Nikaraguę itd. Te kraje oficjalnie dążą do budowy socjalizmu na zupełnie już innych zasadach niż te z lat obozu radzieckiego. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Mike Pompeo, sekretarz stanu USA, prawa ręka prezydenta Trumpa, powiedział niedawno, że Chiny są groźne nie dlatego, że są kapitalistyczne od czasu ich reform z 1978 r., ale dlatego, że pozostały głęboko „komunistyczne”. Cokolwiek sądzić o tym człowieku i jego opiniach, ta argumentacja potwierdza, że w elitach rządzących światem nadal istnieje strach przed komunizmem. One wiedzą, że obalenie pozostałości po pierwszej rewolucji francuskiej, którego dokonano na kongresie wiedeńskim w 1815 r., nie oznaczało końca idei republikanizmu ani haseł tejże rewolucji i tak samo będzie z dziedzictwem następnych rewolucji.

Bo historia uczy, że żadna rewolucja nigdy naprawdę nie umiera?
– Bo każda z nich otworzyła nowe widnokręgi, nowe spojrzenia na świat, które mocno zagnieździły się w ludzkich umysłach. Można więc sądzić, że tak też się stanie z wciąż dość powszechnym dążeniem do uspołecznienia środków produkcji i wymiany. W przypadku Polski zarówno PRL, jak i Solidarność należą do dziedzictwa doświadczeń społeczeństwa, toteż sądzę, że idea Polski Ludowej, a zarazem Samorządnej, wcześniej czy później odrodzi się w formach, jakich dziś jeszcze nie w pełni sobie wyobrażamy. By się o tym przekonać, radzę oddalić się od salonów i zebrań rad nadzorczych wielkich koncernów obecnych w Warszawie i chodzić po przedmieściach aglomeracji, miasteczkach i wsiach „głębokiej Polski”, bo tam często można usłyszeć tęsknotę za jakimś „normalnym ustrojem”, który na pewno w oczach „prostego ludu” nie jest kapitalistyczny. Dlatego rolą społecznie postępowych i oddanych sprawie ludu intelektualistów jest nie tylko dostrzeganie jego tęsknot, ale także formułowanie w wiarygodny sposób metod i dróg realizacji tego, co tkwi w jego świadomości. Po to, abyśmy wszyscy mogli godnie żyć – w Polsce, we Francji i na całym naszym wspólnym przecież świecie.

Fot. Łukasz Ostalski/REPORTER

Wydanie: 35/2020

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. slimakk
    slimakk 24 sierpnia, 2020, 17:04

    ja zawsze nie potrafie zrozumiec, dlaczego tak trudno jest trzymac sie czasu. Owszem, Solidarnosc byla fuinansowana z zewnatrz, ale przeciez nie w roku 1980, to jest – uwazam, ze absurd. Szczegolnie, jak sie powoluje na nazwiska Lecha Kaczynskiego, Bronislawa Geremka czy Jana Olszewskiego – przeciez tych ludzi w Stoczni Gdanskiej nie bylo
    Andrzej Duda piec lat temu tez za strajki gdanskie podziekowal (wiadomo dlaczego) zamiast prawdziwym strajkowiczom: Glempowi, Wyszynskiemu, Popieluszce i Jancarzowi
    to wszystko zdaerzylo sie 40 lat temu – czy wszystko Wam sie juz myli ?
    nie wydaje mi sie, ze Solidarnosc i kryzys roku 1980, jaki powstal (wczesniejsze strajki lipcowe) byl sponsorowany w jakis znaczacy sposob przez zagranice
    nastroje – jak sie okazalo – w Polsce byly radykalne, bo momentalnie stanela prawie cala Polska
    wspieranie Solidsrnosci przed i po wprowadzeniu stanu wojennego to oczywiscie zupelnie inna historia, ale nie ma chyba jakichs przeslanek, aby przpuszczac, ze zwiazane to bylo ze sterowaniem tego ruchu z Zachodniej Europy czy z USA
    tak, ze glowna teza o rzekomej „zdradzie” jest przesadzona
    Solidarnosc byla taka jacy my sami bylismy i jestesmy
    jesli zdradzilismy to sami zdradzilismy siebie
    acha, Balcerowicz wystapil z PZPR po wprowadzeniu stanu wojennego, w roku 1981
    co bylo wtedy aktem duzej odwagi, bo nie wiadomo bylo, jaka bedzie polityka wladz wobec takich czynow –

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radosław
      Radosław 25 sierpnia, 2020, 16:55

      „nie wydaje mi sie, ze Solidarnosc i kryzys roku 1980, jaki powstal (wczesniejsze strajki lipcowe) byl sponsorowany w jakis znaczacy sposob przez zagranice”

      Na wczesnym etapie był to oczywiście wewnętrzny bunt społeczny, wywołany przez pogłębiający się kryzys gospodarczy końca lat 70-tych. Zresztą kryzys globalny, spowodowany dwukrotnym szokiem paliwowym. Zagranica, głównie Amerykanie, wmieszali się w sprawy trochę później, aby ugrać swoje interesy – polityczne i militarne. I za to też nie należy winić jakichś niższych rangą działaczy S, nie mówiąc o szeregowych członkach organizacji. Jeżeli coś im można zarzucić, to skrajną naiwność, graniczącą z głupotą. No jak można było uwierzyć, że tacy ludzie jak Reagan czy Thatcher, którzy serdecznie nienawidzili związków zawodowych, nagle rozkochali się w skrajnie lewicowej Solidarności?
      Jeśli mówić o zdradzie, to zaczęła ona dojrzewać gdzieś w połowie lat 80-tych. Razem z amerykańskim finansowaniem przyszły zobowiązania – „my wam pomożemy zdobyć władzę, wy będziecie tańczyć, jak wam zagramy”. No czy panoszenie się amerykańskiej ambasador w polskiej polityce nie jest wystarczającym dowodem? Czy zdrada jest zbyt mocnym słowem? Być może.
      To jakim słowem należy określić:
      – oddanie w obce ręce większości polskiej gospodarki
      – doprowadzenie do zapaści demograficznej
      – pompowanie polskich pieniędzy na konta zagranicznych firm zbrojeniowych, kosztem destrukcji własnego przemysłu, drenowaniu budżetu edukacji czy służby zdrowia
      – całkowite zniweczenie ogromnego wysiłku, który umożliwił odbudowę i rozwój po II w.św. wielu nowoczesnych dziedzin nauki i techniki – elektronika, informatyka, lotnictwo, technika jądrowa i wiele innych
      – wypędzenie na emigrację, pozbawionych perspektyw w kraju, milionów Polaków
      – sprowadzenie, pod pretekstem „ochrony”, amerykańskich żołdaków, którzy stoją w Polsce praktycznie poza polskim prawem – jak okupanci.

      Właśnie trwa dramatyczna walka o umożliwienie powrotu polskiej młodzieży do szkół, nie ma pieniędzy aby zapewnić jej bezpieczną edukację, chronić nauczycieli i rodziców – ale na finansowanie amerykańskich baz pieniądze się znajdują.

      No jakie jest adekwatne określenie takich działań?

      Pozdrawiam – szczerze i bez żadnej personalnej urazy.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • slimakk
        slimakk 25 sierpnia, 2020, 17:08

        no wiec o to mi wlasie chodzilo
        oczywiscie, mamy rozne spojrzenia na temat tego, co sie rozwnielo pozniej, ale zgadzam sie z Toba, ze jak juz Solidarnosc powstala, to byla wspierana przez zagranice, zreszta nie oszukujmy sie – nawet 100 dolarow kieszonkowych to byly w PRLu niesamowity pieniadz, trudno nawet dociec . Oczywiscie wsparcie bylo o wiele bardziej powazne. Zrownowazalo wsparcie panstwa dla pro-komunistycznych dzialaczy i tworcow.

        Odpowiedz na ten komentarz
  2. Andrzej
    Andrzej 24 sierpnia, 2020, 23:27

    W podobnym tonie pisał gen.Jaruzelski w książce ,,Stan wojenny. Dlaczego,, Ale w 1992 r nie napisał tego dosłownie….

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy