Zmyślona historia Tima Snydera

Zmyślona historia Tima Snydera

Snyder, który specjalizował się w historii Europy Środkowej, ale nie Rosji, nie ma wystarczających kompetencji do pisania o tym kraju

Być może największym współczesnym mistrzem sfałszowanej historii w wymiarze epickim i historiozoficznym jest Amerykanin Timothy Snyder. W książce pod niezręcznym tytułem „Droga do niewolności” historyk ten usiłuje nakreślić autorską interpretację współczesności. Straszy czytelnika katastroficzną wizją przyszłości demokratycznego Zachodu („otchłań, za którą czeka Rosja”), podpartą mieszaniną faktów medialnych, pseudonaukowych formułek, dziennikarskich banałów, pompatycznie brzmiących frazesów, paranoicznych fobii, obsesji seksualnych i sporej dozy spiskowej wizji dziejów. Z rzetelną publikacją książka Snydera nie ma nic wspólnego. To pseudonaukowy, parahistoryczny spam. Dowód płytkiego i naiwnego rozumienia procesów zachodzących w świecie.

Czytelnik, który się spodziewał, że książka Snydera dostarczy mu solidnej porcji trafnych spostrzeżeń i błyskotliwych analiz, srodze się zawiedzie. Nie jest ona bowiem popisem przenikliwości politycznej autora. Nie może się stać pożywką przemyśleń dociekliwego czytelnika. Złożona jest z pustosłowia, bałamutnej historii i kiepskiej argumentacji, w której roi się od demagogii. Nie wykracza poza domysły, oskarżenia bez dowodów i insynuacje medialne. Opis zjawisk jest powierzchowny, a argumentacja nie wytrzymuje rzeczowej krytyki. Snyder często się myli, przeinacza lub selektywnie traktuje fakty. Naciąga interpretacje do założonych tez.

Autor bez zażenowania podsuwa czytelnikowi skojarzenia wydarzeń ze świata polityki z doświadczeniami osobistymi i rodzinnymi. Ginekologiczne okoliczności narodzin jego potomka w tajemniczy sposób korelują z newsami z pierwszych stron gazet (np. z katastrofą w Smoleńsku). To metoda wzbudzenia sympatii i zaufania czytelnika. Osobliwością wymagającą odnotowania są dziwaczne odwołania do rzekomych ukrytych motywacji, lęków czy wyobrażeń o podłożu perwersyjnie seksualnym, które miałyby tłumaczyć postawy i zachowania prezydenta Rosji na arenie polityki międzynarodowej.

Wyjaśnieniem złowrogich procesów na płaszczyźnie historiozoficznej ma być w pracy Snydera rzekoma zmiana paradygmatu myślenia o świecie narzucona przez siły zła (w tej roli wszechobecny faszyzm) społeczeństwom Zachodu i Wschodu. Pozorując historiozoficzny rozmach, Snyder wymyślił parę wszechobejmujących pseudonaukowych pojęć – „polityka nieuchronności a polityka wieczności” – które obsadził w roli centralnych kategorii wyjaśniających ukryte tendencje i zawiłości świata wielkiej polityki. W jego opowieści są one workami mieszczącymi wszystkie procesy świata historycznego i współczesnego. Ich mutacja, w wyniku której postęp zamienia się w apokalipsę, miałaby tłumaczyć zachodzące w nim negatywne zjawiska, w tym zarówno fałszywe poczucie braku alternatywy właściwe zachodniej demokracji (to aluzja do Fukuyamy), jak i równoległe dążenie do jej rozmontowania i wzniesienia imperium autorytaryzmu zainicjowane na Wschodzie. To frazesy, które niczego nie tłumaczą, a jedynie zniekształcają faktyczny obraz historii. Podobnie jak naiwnie pomyślana i skopiowana z Havla „polityka odpowiedzialności”, która miałaby być antidotum na zło zrodzone z tamtych.

Książka dotyczy nie tylko Ameryki, sporo miejsca autor poświęcił Rosji, Ukrainie i Polsce. Wątki amerykańskie są bardzo słabe. Snyder powtarza obiegowe sądy o narastających nierównościach, epidemii uzależnień od opioidów, kryzysie demokracji, które wspiera fałszywymi wyjaśnieniami. Doszukuje się rosyjskich źródeł amerykańskiej choroby. Prowadzi go to do tak kuriozalnych wniosków jak ten, że to rosyjska adaptacja faszyzmu umożliwiła globalną oligarchię. Jak gdyby znana od czasów starożytnych oligarchia potrzebowała faszyzmu do zaistnienia. I to koniecznie w wersji rosyjskiej. Jeszcze bardziej

obciążone kliszami, uprzedzeniami, mitami i fałszem

są wizerunki Rosji i Ukrainy. Opowieść o nich mija się z wymogami historycznej rzetelności, mimo że dumny z dzieła autor swoją pracę przyrównuje do twórczości Tukidydesa, co jest przejawem amerykańskiego braku kompleksów, ale w jeszcze większym stopniu braku poczucia proporcji.

Zdaniem Snydera Rosja to zdegenerowane imperium rządzone przez faszystę, który świadomie sięga do historycznych pierwowzorów rosyjskiego faszyzmu. W krzywym zwierciadle Snydera cała polityka Putina może zostać wyprowadzona z prac „putinowskiego filozofa rosyjskiego faszyzmu” Iwana Iljina. Tę całkowicie bezpodstawną i niesprawiedliwą opinię zdołał Snyder upowszechnić w masie artykułów, wykładów i wywiadów, wszędzie znajdując wielu gorliwych słuchaczy i naśladowców. Z internetu wysypuje się mnóstwo poddanych recyklingowi artykułów i filmików, w których Snyder walczy z widmem rosyjskiego faszyzmu spod znaku Iljina. Mimo regularnych wizyt na Ukrainie nigdy nie dostrzegł tam najmniejszych choćby przejawów faszyzmu. To nie tyle ślepota, ile niezdolność uznania faktów. Snyder nie mógł także nie zauważyć opinii poważnych obserwatorów i znawców Wschodu, takich jak Stephen F. Cohen, Richard Sakwa czy Andrew Wilson, którzy zwracali uwagę na odradzanie się i jawne gloryfikowanie banderyzmu na rzekomo proeuropejskiej Ukrainie. Nie mógł nie dostrzec zewnętrznej inspiracji kolorowych rewolucji, w tym Euromajdanu, jak i coup d’état, który na chwilę wyniósł do władzy króla czekolady. A przecież do tych sukcesów otwarcie przyznawali się wysocy rangą dyplomaci amerykańscy, przypisując sobie nawet nadmierne zasługi (patrz mityczne
5 mld dol. Victorii Nuland). Bezradny wobec argumentów Snyder ratował się demagogią i pozornymi racjami. Naśladując propagandę dziennikarską, sugerował, że zachodnie media stały się ofiarą ataku dezinformacyjnego ze strony Kremla. Stąd już tylko krok do typowego dla polskich mediów obrzucania niewygodnych ekspertów obelgami w rodzaju „pożyteczni idioci Putina”.

Niewątpliwym sukcesem Snydera jest utożsamienie hasła filozof (albo prorok) rosyjskiego faszyzmu z nazwiskiem Iwana Iljina. Przez skojarzenie z Iljinem Snyder chce obciążyć oskarżeniem o faszyzm samego prezydenta Rosji. W odpowiedzi na hasło „filozof faszyzmu” wyszukiwarka Google już na pierwszej pozycji wyrzuca nazwisko rosyjskiego filozofa. Ale to utożsamienie jest wynikiem fałszu. Oparty na odruchu stadnym algorytm prawdy sprawia, że

fałsz powtórzony tysiąc razy

staje się słownikową definicją. Fałszerstwo Snydera ma wiele wymiarów. Po pierwsze, mimo przewijania się kontrowersyjnych idei w jego dziele Iljin nie był filozofem ani prorokiem rosyjskiego faszyzmu. W prawie 500-stronicowej monografii Michaela Kellogga „Rosyjskie źródła nazizmu” jego nazwisko w ogóle się nie pojawia. Próżno też go szukać w książce wybitnego historyka Niemiec i Rosji Waltera Laqueura „Fascism: Past, Present, Future”. Zaledwie kilka razy występuje w innej pozycji tego autora, „Black Hundred: The Rise of the Extreme Right in Russia”, która poświęcona jest przejawom rosyjskiej skrajnej prawicy, ruchom czarnosecinnym. Laqueur wyraźnie klasyfikuje Iljina jako przedstawiciela staroświeckiego rosyjskiego konserwatyzmu, podkreślającego odrębność rosyjskiej drogi historycznej od liberalnego wzorca Zachodu z jego formalną i mechanistyczną ideą demokracji, której przeciwstawiał „organiczną demokrację” rosyjską. Autor monografii wyraźnie stwierdza, że Iljin „z całą pewnością nie był nazistą”, a wśród swoich zwolenników uchodził nawet za antyfaszystę.

A co mówią fakty? Iljin mógł pracować naukowo w Niemczech tylko w okresie Republiki Weimarskiej. Niespełna rok po dojściu Hitlera do władzy został usunięty z katedry Rosyjskiego Instytutu Naukowego w Berlinie i poddany inwigilacji. W tym samym roku opuścił Niemcy i do śmierci mieszkał w Szwajcarii. Jego książki nie były zakazane w III Rzeszy, ponieważ odbierano je jako krytykę marksizmu i bolszewizmu, jednak autor był objęty zakazem pracy i zajmowania się polityką. Był to efekt jego odmowy współpracy z machiną propagandową Hitlera. Opinie te są dobrze udokumentowane i potwierdzają je specjaliści, m.in. Philip Grier w eseju „Złożone dziedzictwo myśli Iljina”, drukowanym w książce pod redakcją amerykańskiego znawcy filozofii rosyjskiej Jamesa Scanlana „Russian Thought after Communism: The Recovery of a Philosophical Heritage” oraz w obszernym biogramie Iljina włączonym do 10-tomowej „Routledge Encyclopedia of Philosophy”.

Na autorze, który głosi tezy sprzeczne z dotychczasową wiedzą, ciąży powinność solidnego ich uzasadnienia. Tymczasem Snyder nie podejmuje nawet próby dowodu, niczym wyrocznia ogłaszając niepoparte faktami sądy. Politycznie Iljin zbliżony był do emigranckiego środowiska nowopokoleńców, prawicowej partii o nazwie Narodowy Związek Pracy Nowego Pokolenia. Nowopokoleńcy odwoływali się do solidaryzmu społecznego, wysoko stawiając rosyjską ideę wspólnoty. Od faszyzmu tę konserwatywną utopię oddziela przepaść.

Po drugie, Snyder

próbował podwójnie skompromitować Iljina.

Powiązał go nie tylko z faszyzmem, ale także za pośrednictwem widma Lenina z komunizmem. Iljin, który po rewolucji bolszewickiej został w Rosji, a w 1918 r. objął nawet katedrę prawa na uniwersytecie moskiewskim, cieszył się – wedle pogłosek – specjalnymi względami wodza rewolucji, który objął go osobistą opieką i miał interweniować u Dzierżyńskiego, doprowadzając do jego zwolnienia po aresztowaniu przez czekistów. Snyder kreuje swój kolejny argument na rzecz tej karkołomnej tezy ex nihilo. Przywołuje fakt, że publikując poza cenzurą, Lenin posługiwał się pseudonimem literackim Iljin. To jednak zupełnie przypadkowa zbieżność. Prawdziwy Iljin, który początkowo poparł rewolucję lutową, był nieprzejednanym wrogiem bolszewików. Rewolucję październikową uznał za największą katastrofę w dziejach ojczyzny. W trakcie puczu Korniłowa poparł puczystów, a Lenina nazywał „Pugaczowem z dyplomem uniwersyteckim”. Nic dziwnego, że w 1922 r. znalazł się na „parowcu filozofów”, w grupie ponad 160 intelektualistów wypędzonych z Rosji po umocnieniu się władzy bolszewickiej.

Po trzecie, całkowitym nieporozumieniem jest traktowanie Iljina jako oficjalnego ideologa Kremla. W przeszłości pochopni obserwatorzy rosyjskiej polityki obsadzali w tej roli Aleksandra Dugina, ale żaden z nich, ani nikt inny, jej nie odgrywał. Współczesna Rosja nie ma oficjalnej ideologii, jaką dla ZSRR był urzędowy marksizm-leninizm. Nie przez zaniedbanie, ale z wyboru. Dzięki temu rząd ma większą swobodę w kreowaniu polityki i może elastyczniej reagować na wydarzenia. Można powiedzieć, że w Rosji odrobiono lekcję z nieodległej przeszłości – władza pozbyła się przeszkody w postaci gorsetu ideologii, który utrudniał rozpoznanie rzeczywistości i rządzenie sekretarzom partyjnym w ZSRR.

Po czwarte, pisma Iljina, na które powoływał się Putin i które przywołuje się z aprobatą w dyskusjach dotyczących rosyjskiej tożsamości, nie zawierają treści faszystowskich. Są to fragmenty odwołujące się do tradycyjnie rozumianego konserwatyzmu, zawierające najbardziej standardowe składniki tej ideologii, odnoszące się do wartości państwotwórczych i negujące nurty radykalnie rewolucyjne. Iljin odrzucał tradycję zapatrzonej w Zachód radykalnej inteligencji, która w okresie rewolucyjnej zawieruchy znalazła ujście w ruchach anarchistycznych, terrorystycznych i w komunizmie. Nie chodziło o teksty propagujące faszyzm.

Po piąte, nieliczne teksty, w których Iljin chwalił Hitlera, Mussoliniego i faszyzm, pisane były z perspektywy skrajnego antykomunizmu przez człowieka doświadczonego bezpośrednio przez rewolucję bolszewicką i krwawą wojnę domową, która była jednocześnie obcą interwencją. Iljin pisał w 1933 r. o „nowym duchu” w niemieckim narodowym socjalizmie, mając w głowie skrajnie idealistyczne i naiwne wyobrażenie tego, czym ów ruch miałby się stać w przyszłości. Błędnie lokował wtedy swoje nadzieje na odbudowę Rosji. Była to filozofia polityczna daleka od liberalizmu, ale też obca nazizmowi. Wyrażała bezradny bunt przeciw rosyjskiej rzeczywistości i naiwną wiarę w możliwość regeneracji za sprawą „nowego ducha”.

Po szóste, elementem składowym luźnej platformy ideowej, na której Kreml opiera swoją strategię polityczną, jest także nowy euroazjatyzm. Nie wchodząc w zawiłości tego zagadnienia, trzeba przyznać, że Iljin był stanowczym przeciwnikiem tej orientacji ideowej i uważał ją za przejaw „umysłowego oszustwa”.

Zamykając sprawę rzekomego putinowskiego proroka faszyzmu, trzeba jeszcze wyjaśnić powody nadzwyczajnego powodzenia tego autora na współczesnym rynku idei w Rosji. Fakt ten wyróżnia go na tle licznych przecież przedstawicieli przedrewolucyjnej intelektualnej elity, jak również białej emigracji, którzy byli często w diagnozach, ocenach i przewidywaniach nowocześniejsi, mądrzejsi i bardziej wyrafinowani. Wyjaśnienie jest prozaiczne. Jego przewaga polega na przystępności. Zajmując się odwiecznymi problemami rosyjskiej idei, Iljin

posługiwał się uproszczonymi schematami,

łatwo przyswajalnymi mitami i dogmatami. Miał też skłonność do wyostrzania swoich poglądów. Dużo bardziej nadawał się więc na ideologa niż ekumeniczny Władimir Sołowjow, nieortodoksyjny Mikołaj Bierdiajew czy ścisły i wymagający intelektualnie Piotr Struwe. Usilne przyszywanie go przez Snydera do Putina jest jednak nadużyciem.

Między bajki trzeba włożyć zupełnie gołosłowne twierdzenia Snydera, jakoby to Iljin był – w swojej nadzwyczajnej zdolności proroctwa (zmarł w 1954 r.) – odpowiedzialny za „serię zmian wprowadzonych w 2013 r. do koncepcji rosyjskiej polityki zagranicznej”, i jeszcze mniej prawdopodobną tezę, że prawie wszystkie poczynania Kremla na arenie międzynarodowej w ostatnich latach dają się wyprowadzić z radykalnej wizji Iljina nieuchronnego zderzenia Rosji z Zachodem. W mniemaniu Snydera można odtworzyć ciąg inicjowanych przez Kreml przedsięwzięć na arenie międzynarodowej, które miały charakter nielegalny i były próbami politycznej destabilizacji demokratycznego porządku na Zachodzie. Od pierwszej z serii agresywnych akcji Rosji – „wojny cybernetycznej przeciw Estonii” w 2007 r. – przez atak na Gruzję, „inwazję” na Ukrainę, zainstalowanie w Polsce szpiegowsko-dywersyjnego oddziału trolli z „polskim faszystą” Mateuszem Piskorskim na czele, infiltrację i finansowanie skrajnych partii w Europie Zachodniej, stymulowanie dążeń separatystycznych w Szkocji, prowokację wobec kandydatki na prezydenta Hillary Clinton w drodze nielegalnego przejęcia i ujawnienia mejli komitetu wyborczego Partii Demokratycznej, aż po wypaczenie wyniku amerykańskich wyborów i skuteczne usadowienie w Białym Domu prokremlowskiego Donalda Trumpa oraz doprowadzenie do brexitu w celu osłabienia i stopniowego demontażu Unii Europejskiej.

Trzeba przyznać, że te fantastyczne teorie trafiają w Polsce na podatny grunt. Podchwytują je dziennikarze różnych opcji i odcieni politycznych. Nie dbają przy tym o ryzyko popadnięcia w sprzeczność, gdy oskarżając Rosję – jak to robi wpływowa gazeta stołeczna – o wykonanie akcji „Trump na prezydenta”, jednocześnie rozpisują się o podejmowanych przez Kreml desperackich próbach przeciwdziałania eskalacji sankcji wobec Rosji wdrożonych przez tegoż prorosyjskiego prezydenta. Nikomu też nie przeszkadza, że prezydent będący rzekomo marionetką Putina wysyła broń na Ukrainę, zwiększa finansowanie European Deterrence Initiative oraz rozmieszcza dodatkowe środki militarne w Polsce, co krytyczna wobec PiS i widząca w tej partii sprzymierzeńca Putina warszawska gazeta uznaje za sukces dyplomatyczny prezydenta RP.

Snyder, który specjalizował się w historii Europy Środkowej, ale nie Rosji, nie ma kompetencji do pisania o tym kraju. Jest w tym zakresie amatorem. Nic więc dziwnego, że nie ustrzegł się kompromitujących błędów. Być może niektóre wynikają ze złej woli, a nie z braku kompetencji, ale to okoliczność jeszcze bardziej obciążająca.

Autor „Drogi do niewolności” nie rozumie trudnych relacji narodowościowych w Rosji. Wypacza sens jej imperialnego statusu. Rosję carską utożsamia z ZSRR i z Rosją Putina, widząc w nich więzienie narodów. Nie docenia kwestii historycznego ograniczenia praw narodowości rosyjskiej, opóźnienia rozwoju Rosji jako państwa narodowego ani jej cywilizacyjnego wpływu na rozwój pozostałych grup narodowych i etnicznych, w tym na kształtowanie się świadomości ich odrębności narodowej, kulturowej, instytucjonalnej i państwowej. W szczególności

zafałszowuje historię relacji rosyjsko-ukraińskich.

Popełnia błąd pars pro toto, uznając przejawy agresywnie antyrosyjskiej tożsamości ukraińskiej, ukształtowane w dużej mierze pod wpływem czynników zewnętrznych na Ukrainie Zachodniej, za najistotniejszą treść samoświadomości narodowej całej Ukrainy. Nadużywa argumentów pozornych, tak jak w przypadku podkreślania odrębności kulturowej Kijowa jako miasta rozwijającego się przez większą część swojej historii niezależnie od Rosji, bez poinformowania czytelnika, że w okresie nowożytnym Kijów nie był ważnym ośrodkiem miejskim aż do XIX w., kiedy związki z Rosją stały się bardzo mocne i długotrwałe. Pomija niewygodne dla jego tez fakty, że przez większą część historii Kijów nie był też ukraiński, że długo nie rozwijało się ukraińskie mieszczaństwo, a ukraińska świadomość narodowa budziła się z dużym opóźnieniem dopiero w ostatnim 20-leciu XIX w. Idąc tym tropem, Snyder kwestionuje niepodważalną w historii ideę wspólnego źródła państwowości i sens dziedzictwa Rusi Kijowskiej dla obu narodów.

Podkreślając oligarchiczny charakter „rosyjskiej kleptokracji” w czasach Putina – w okresie, kiedy czynnik państwowy uzyskał zdecydowaną przewagę nad oligarchicznym – nie zauważa niemal afrykańskiej prywatyzacji i podziału państwa między zwalczające się klany oligarchiczne na Ukrainie, nie mówiąc o kleptokracji w „demokratycznej” Rosji Jelcyna.

W książce znajdziemy wiele mniejszych, ale nie mniej rażących błędów. Po krytyce Snyder wycofał się z najjaskrawszego przypadku przeinaczenia intencji Putina, jakim było przypisywanie mu powoływania się w czasie konfliktu z 2014 r. na historyczne precedensy uzasadniające prawo do zmiany granic – zajęcie Sudetów i anszlus Austrii przez Hitlera – które rzekomo w umyśle rosyjskiego prezydenta miały motywować zajęcie Krymu. Prawdziwe przyczyny tej decyzji leżały gdzie indziej, o czym także w USA pisali eksperci. Powołując się na precedens, Putin miał na myśli zjednoczenie Niemiec, a nie aneksje Hitlera. Snyder zmodyfikował wadliwy argument, wprowadzając mgliste pojęcie „schizofaszyzmu”, które w jego opinii oddaje sens polityki ZSRR w czasach Stalina i w Rosji Putina, a zarazem wyjaśnia rzekomo niezasadne oskarżenia o faszyzm buntowników z Euromajdanu spod znaku tryzuba. Werbalizm zastąpił błędne rozumowanie.

Przywołując przykłady wzmagania się nastrojów skrajnie prawicowych w Europie i wzrost popularności partii eurosceptycznych, Snyder odsyła czytelnika do inspiracji rosyjskiej jako jedynego wytłumaczenia tego zjawiska, nie zauważając, że nastroje te ogarnęły również takie kraje jak Polska i Węgry, w których panuje ukształtowana jeszcze w czasie istnienia bloku państw satelickich ZSRR atmosfera wroga wobec Rosji, a w Polsce rusofobia stała się wręcz ideologią państwową. Za błędy te w dużym stopniu odpowiada

selektywny charakter kontaktów

Snydera w krajach obszaru, o którym pisze. Pozorne wyjaśnienia suflują mu zaprzyjaźnione środowiska. Jest to jednak dowód niezdolności autora do wypracowania samodzielnego poglądu. To bowiem wymagałoby uwzględnienia innych perspektyw w spojrzeniu na rzeczywistość. W rezultacie czytelnik zamiast pełnego i zrównoważonego obrazu otrzymuje karykaturę rzeczywistości.

Podobnie jak pierwsze z serii jego prac uwolnionych od standardów historycznej rzetelności – „Skrwawione ziemie” i „Czarna ziemia” – również najnowsza książka spotkała się na Zachodzie z falą krytyki ze strony specjalistów z powodu przyjętej przez autora antynaukowej metody. Recenzentom nie spodobało się ferowanie moralistycznych wyroków historycznych, uciekanie się do historiozofii z właściwą jej tendencją do podawania bezpodstawnych uogólnień jako prawd objawionych oraz stosowanie podwójnych standardów ocen i frywolne traktowanie zasad intelektualnego obiektywizmu. Wzywano autora do porzucenia polemicznego, zaangażowanego politycznie dziennikarstwa i powrotu na obszar historii naukowej.

W Polsce jego pamfletowa działalność zyskała uznanie. Wpływowa gazeta zorganizowała akcję publicznego czytania jednej z jego poprzednich książek. Artykuły Snydera, wywiady, omówienia jego tez są obecne w mediach tradycyjnych i elektronicznych w nadmiarze, ale nigdzie nie poddano ich rzetelnej ocenie, przyjmując na wiarę i bezkrytycznie powielając skrajne i tendencyjne opinie. Pisząc kolejną książkę, Snyder ponownie odsunął na bok naukową rzetelność i uczciwość intelektualną. Dzięki temu wyprodukował towar chodliwy na rynku karmiącym się sensacjami i uproszczeniami. Obraz swój namalował w pośpiechu, zamaszystymi pociągnięciami pędzla. Jest on wypełniony tezami stanowczymi, ale fałszywymi. Rozczarowanie i irytację czytelnika pogłębia okraszenie książki pustymi aforyzmami pozorującymi intelektualny rozmach autora.

Jarosław Dobrzański jest filozofem i historykiem idei

Fot. Wojciech Stróżyk/REPORTER

Wydanie: 30/2019

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. Andrzej
    Andrzej 30 lipca, 2019, 00:14

    Wreszcie ktos,odwaznie, przeklul balon „Snyder”. Odwaznie, pod prad, bo Snyder jest guru Polityki i Wyborczej.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Ireneusz Miesiac
    Ireneusz Miesiac 21 sierpnia, 2019, 11:28

    Artykuł trochę zbyt krytyczny do oceny przez specjalistów. Dla mnie niewątpliwą zasługą Snydera jest mała książeczka „O tyranii” jako przestroga dla Polski. Poza tym faszyzm należy interpretować jako chorobę świadomości społecznej, która występuje co któreś pokolenie i wynika z nieuctwa.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy