Anglia jedzie na oparach

Anglia jedzie na oparach

Do pustoszejących półek w sklepach ludzie zdążyli się przyzwyczaić, ale kiedy zaczęło brakować paliwa, wpadli w panikę

Dziewięć miesięcy od brexitu, 19 od początku pandemii, Wielka Brytania chwieje się w posadach. Coraz częściej brakuje mleka, butelkowanej wody, jajek, mięsa, benzyny. Nie ma kto wozić towarów. Rząd interweniuje, wprowadzając na ostatnią chwilę tymczasowy program wizowy dla zagranicznych kierowców samochodów ciężarowych i osób zatrudnionych przy produkcji żywności. Czy Europejczycy uratują Brytyjczykom Christmas?

Problemy z zaopatrzeniem rynku narastały stopniowo. Od marca 2020 r. do chwili obecnej opuściło Wyspy 15-19 tys. kierowców ciężarówek z kontynentu, a w sumie ich liczba spadła o 30 tys., czyli 10% w ciągu roku. W lipcu Anglia otworzyła się po wielomiesięcznym okresie obostrzeń. We wrześniu dzieci wróciły do szkół, a pracownicy urlopowani (na tzw. furlough) lub pracujący zdalnie podczas pandemii do firm. I okazało się, że kraj nie był gotów na masowy powrót do normalności. Liczba wakatów w transporcie osiągnęła według wyliczeń zrzeszenia branżowego transportowców 100 tys. Do pustoszejących półek w sklepach ludzie zdążyli już się przyzwyczaić, ale kiedy na niektórych stacjach zaczęło brakować paliwa, wpadli w panikę i ustawili się w kolejkach do dystrybutorów. Deklaracje rządu, że jest dobrze, pogorszyły sytuację.

Miało być pięknie w Anglii dla Anglików, mniej konkurencji, więcej pracy za lepsze pieniądze. Tymczasem do exodusu europejskich kierowców, spowodowanego kombinacją brexitu i pandemii, dołączyły stare brytyjskie problemy.

Kto dowiezie po brexicie

Brytyjscy kierowcy ciężarówek rezygnują z zawodu. Pracują w złych warunkach, mało zarabiają. Na noclegi zatrzymują się często w zatoczkach na skraju dróg (ang. lay-by) albo na terenach przemysłowych, bez dostępu do toalet. Parkingi przy głównych drogach szybko się zapełniają, nie starcza miejsca dla pojazdów wielkogabarytowych. Opłata za nocny postój wynosi 30 funtów. „W Europie to nie do pomyślenia – opowiada „Guardianowi” Christopher Johns, trucker z 10-letnim stażem. – Każdy wjazd na kontynent to dla mnie duża ulga”.

Johns twierdzi, że wielu jego kolegów zarabia tyle samo, ile dostaje na dzień dobry pracownik Lidla. „To szokujące, jak mało dba się o kierowców w Wielkiej Brytanii. Pracujemy bardzo ciężko za bardzo małe pieniądze – narzeka. – Zarabiałbym więcej, gdybym pracował na kontraktach, tak jak moi koledzy, ale mam żonę i troje dzieci, potrzebuję stabilnego zatrudnienia. Starcza nam na życie tylko dlatego, że jeżdżę dużo po Europie, za co dostaję wyższe zwroty kosztów”.

Marco Digioia, sekretarz generalny Europejskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych (UETR), uważa, że brytyjski program wizowy nie przyciągnie kierowców, którzy w Europie są rozchwytywani. Niewielu ma powody, by opuścić kontynent dla Szkocji czy Anglii, gdzie pracuje się w gorszych warunkach. Podczas gdy Bruksela ogłasza wielomiliardowe inwestycje w infrastrukturę logistyczną, rząd Borisa Johnsona chwyta się szalonych pomysłów, takich jak bardziej elastyczny czas pracy kierowców. Ci nie chcą słyszeć o kolejnych nadgodzinach – bo tak należy odczytywać plany rządu. Już teraz jeżdżą po 12-15 godzin na dobę. Chcą jeździć bezpiecznie. Wykonują stresujący, wymagający solidnych kwalifikacji zawód. A rząd podpowiada, że tutaj też dałoby się zaoszczędzić: szkolić szybciej, egzaminy upraszczać.

W powstałej wskutek pandemii kolejce do egzaminów na kierowców samochodów ciężarowych czeka 40 tys. osób. Pierwsze 4 tys. kandydatów przetestują egzaminatorzy wojskowi, których wypożyczy minister obrony. Za późno i za mało, by zdążyć przed Bożym Narodzeniem – od złożenia papierów do ukończenia kursu mija zwykle od trzech do czterech miesięcy. Po zdobyciu prawa jazdy kategorii C/C&E potrzeba jeszcze od czterech do sześciu tygodni praktyki. Nie ma szans, by absolwent kursu wyjechał samodzielnie w trasę przed Nowym Rokiem. Docelowo rząd chce dofinansować system edukacji truckerów, tak by kursy kończyło nawet 50 tys. osób rocznie. „Kierowcy ciężarówek utrzymują ten kraj w ruchu. Podejmujemy działania, aby rozwiązać problem niedoboru kierowców, usuwać bariery”, mówi minister edukacji Nadhim Zahawi. Obiecuje kształcić bezpłatnie, krótko, intensywnie, byle adepci mogli szybko wyjechać na drogi.

Do skrzynek około miliona posiadaczy prawa jazdy kategorii C/C&E trafią w najbliższych dniach listy z podziękowaniem za pełnienie kluczowej funkcji w brytyjskiej gospodarce i z zachętą skierowaną do tych, którzy odeszli z zawodu. List zawierać będzie obietnice poprawy warunków pracy, w tym wzrostu płac. Średnia miesięczna pensja truckera wynosi obecnie 37 tys. funtów. W najnowszych ofertach pracy wymagającej najwyższych kwalifikacji figurują zarobki powyżej 50 tys. Małe firmy nie mają szans w bitwie o pracowników. Większe kuszą bonusami w wysokości do 5 tys. funtów (dla kierowców cystern paliwowych). To działa – kierowcy przechodzą z firmy do firmy. Zapłacą za to zwykli ludzie, przy kasie w spożywczaku.

Czego nie chce rząd

Stowarzyszenia branżowe producentów żywności i napojów oraz transportu od dawna wzywały przedstawicieli rządu do podjęcia odpowiednich kroków, by ratować wyludniający się rynek pracy. Proponowały wprowadzenie rocznych wiz dla m.in. kierowców, rzeźników i kucharzy. Rząd udawał, że nie słyszy. Wpuścić obcych do jednej gałęzi gospodarki to zachęcić inne do żalenia się, że i u nich brakuje ludzi. A brexit to brexit.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 41/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Rex Features/East News

Wydanie: 41/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy