Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jest jedna ciekawa rzecz – mamy dziwne zawirowania wokół kandydatury Ryszarda Stemplowskiego na stanowisko ambasadora w Chinach.
Najpierw mówiło się, że ambasadorem w Pekinie powinien zostać ekonomista, z doświadczeniem gospodarczym, mający przełożenie na rząd i prezydenta. Taki, który może zadzwonić do prezydenta lub premiera bezpośrednio, pomijając biurokratyczne kanały. Czyli mający pozycję w kraju. No i jakieś godne stanowisko, minimum wiceministra.
W ten sposób zbudowano teoretyczny model idealnego ambasadora w Chinach. Sęk tylko w tym, że jakoś trudno było znaleźć osobę, która by do niego pasowała. To zresztą nie jest przypadek jedynie Chin – w ogóle, jeśli chodzi o obsadzanie stanowisk w państwach Dalekiego Wschodu, od jakiegoś czasu jest w MSZ kłopot, bo ci, których chętnie by tam wysłano, specjalnie się nie palą. Ktoś, kto ma pozycję w biznesie czy bankowości i propozycje pracy za kilkaset tysięcy złotych rocznie, niezbyt chętnie myśli o wyjeździe na drugi koniec świata, w dodatku na cztery lata. Bo to i małe pieniądze, i praktycznie rezygnacja z wyrobionych układów w kraju oraz pozycji…
Więc, jeśli chodzi o Pekin, najpierw szybko okazało się, że minister Cimoszewicz nie znajdzie na tę placówkę swojego wymarzonego ambasadora. A potem pojawił się Ryszard Stemplowski. Bynajmniej nie ekonomista, bynajmniej nie osoba z przełożeniem, chyba że na Bronisława Geremka, no i nie wiceminister, tylko dyrektor PISM (Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych), wcześniej ambasador w Wielkiej Brytanii, a jeszcze wcześniej szef Kancelarii Sejmu.
Skąd jego kandydatura się wzięła? W MSZ plotkuje się, że „od tyłu”. Otóż stanowisko szefa PISM obiecano jednej ważnej, wracającej z placówki personie, trzeba było więc je zwolnić. Toteż zapytano Stemplowskiego, czy nie zechciałby wyjechać za granicę, oczywiście, w charakterze ambasadora. A on odparł, że owszem, zgadza się, ale może wyjechać tylko do kraju, który jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Więc nastąpiła szybka kalkulacja: Stany Zjednoczone – nie, wiadomo dlaczego; Wielka Brytania – jedzie tam dotychczasowy dyrektor generalny, Zbigniew Matuszewski; Francja – Stemplowski nie zna francuskiego, a to w Paryżu warunek sine qua non; w Rosji jest Stefan Meller, więc zostały Chiny. I to Stemplowski wziął.
Ale, jak mówią w MSZ, Chińczycy nie za bardzo chcą wziąć jego. Oni, mocarstwo światowe, woleliby kogoś z większymi referencjami, a nie „prostego” dyrektora, nawet jeżeli ma zapierające dech IQ.
Więc rozmaitymi kanałami toczą się rozmaite rozmowy. Wiadomo, że Stemplowski agrément dostanie, bo jego odmowa byłaby aktem nieprzyjaznym. Teoretycznie, jak się uprzemy, to go do Pekinu wyślemy. W praktyce Chińczycy z kolei mogą to wszystko rozmywać, udawać, że czegoś nie usłyszeli, dołować papiery w szufladach, przeciągać.
Co z tego wszystkiego wyjdzie? Zobaczymy. Zanim premier pojedzie do Pekinu, sprawa się wyjaśni.

Wydanie: 36/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy