Australijskie fantazje marszałka Senatu

Australijskie fantazje marszałka Senatu

Restrykcyjna polityka władz w Canberze wobec imigrantów jest w Polsce niemożliwa do zastosowania

Alle Gleichnisse hinken, wszelkie porównania zawodzą – mawiają Niemcy. Jeszcze gorzej jest, gdy porównania nie odpowiadają rzeczywistości, przeczą faktom bądź tworzą iluzje. Taki jest właśnie przypadek marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, skądinąd niezłego mówcy i lekarza (to ostatnie ma znaczenie, gdyż problem uchodźców dotyczy również kwestii humanitarnych).

Pan marszałek odwiedził jakiś czas temu Australię i powiedział w telewizji: „Europa nie może być miejscem, do którego nagle zjadą się ci, którzy chcą. Musimy tak postawić sprawę, jak postawiła Australia. Powiedziała »nie, nie możemy przyjmować imigrantów«. (…) To dla Polski dobry wzór, z którego należy czerpać”. Miał na myśli rozwiązanie wprowadzone przez rząd w Canberze w latach 2001-2007 i ponownie od 2012 r. (tzw. Pacific Solution), polegające na tym, że uchodźcy przybywający na łodziach (tzw. boat people) są na oceanie blokowani przez marynarkę i straż przybrzeżną, zatrzymywani, a potem odsyłani do zamkniętych i rygorystycznych ośrodków poza terytorium Australii.

Ci nielegalni przybysze, głównie z 260-milionowej Indonezji oraz Sri Lanki, trafiają na wyspę Manus w Papui-Nowej Gwinei, na Wyspę Bożego Narodzenia (australijskie terytorium zależne) lub do 10-tysięcznego Nauru. Tam skrupulatnie rozpatruje się ich wnioski o azyl i zazwyczaj zawraca do kraju, z którego wyruszyli, bądź proponuje przesiedlenie, ale nie do Australii, lecz np. do Kambodży. Ostra polityka odstraszania ukróciła biznes przemytniczy i radykalnie zmniejszyła napływ imigrantów, świadomych tego, że niezwykle trudno liczyć na uzyskanie statusu uchodźcy.

Z drugiej strony metody te są bardzo kontrowersyjne, a przy tym ograniczona jest możliwość ich zastosowania. Australia to przecież wyspa i łatwiej tam niż w Europie kontrolować strumień uchodźców. Ponadto drastyczne odsyłanie imigrantów do Indonezji nie oznaczało zagrożenia ich życia. Natomiast jeśli chodzi o przybyszów do Europy, takie ryzyko istnieje. Jakiekolwiek porównanie z Polską jest w ogóle chybione, ponieważ jesteśmy krajem tranzytowym, a nie docelowym!

Osobną sprawę stanowi sposób traktowania migrantów przez władze Australii. Wiele organizacji, zwłaszcza wchodzących w skład systemu ONZ i pozarządowych, uważa go za pogwałcenie praw człowieka. W niektórych raportach używane jest nawet słowo okrucieństwo. Chodzi np. o warunki w ośrodkach zamkniętych (choć od końca 2015 r. ośrodek w Nauru jest otwarty), a przede wszystkim o naruszanie zasady non-refoulement (niezawracania), będącej kamieniem węgielnym konwencji genewskiej o statusie uchodźców z 1951 r. i potwierdzonej w protokole nowojorskim z 1967 r.

Australia może być natomiast rzeczywiście wzorem dla Polski i całej Europy w zupełnie innym obszarze, niż postrzega to marszałek Karczewski. Chodzi o tak bezrefleksyjnie wyśmiewaną przez rząd PiS wielokulturowość. Z tego punktu widzenia Australia jest bodaj najbardziej różnorodnym państwem świata. Ta wielokulturowość powstała jako potrzeba polityczna i od kadencji rządu Gougha Whitlama (1972-1975) niezmiennie uznaje się ją za rzecz bezdyskusyjną.

Władze w Canberze rocznie przyjmują ok. 200 tys. imigrantów, spełniających określone warunki (wieku, wykształcenia itd.), a ponadto kilkanaście tysięcy uchodźców, co w sumie stawia je w czołówce światowej. Nie pozostają też obojętne na dramatyczną sytuację w Syrii i Iraku. Od lipca 2015 r. do stycznia 2017 r. Australia przyjęła prawie 19 tys. uchodźców z tych krajów. Wśród nich przeważali chrześcijanie (choć byli też muzułmanie), co wywołało nawet otwartą dyskusję. Tony Zappia, deputowany Partii Pracy, powiedział niedawno w tamtejszym parlamencie, że „chrześcijanie wydają się najbardziej prześladowanymi ludźmi na Ziemi”.

Australia ma długą historię imigracji, w tym przyjmowania uchodźców. Zaczęło się od wysyłania skazanych z Europy w 1788 r.; łącznie przywieziono ich ok. 160 tys. Potem w połowie XIX w. wybuchła gorączka złota. Na dużą skalę polityka imigracyjna rozwinęła się po II wojnie światowej, m.in. jako odpowiedź na kryzys humanitarny w zniszczonej Europie. W tym czasie kraj liczył tylko 7 mln mieszkańców, obecnie – ok. 24 mln. Prawie 30% obywateli urodziło się za granicą, w tym ponad 45 tys. nad Wisłą.

Seweryn Ozdowski, przewodniczący australijskiej Rady ds. Wielokulturowości i były rzecznik praw obywatelskich, na pytanie, dlaczego w Polsce trudno o taką życzliwość wobec przybyszów, jaka panuje w Australii, odpowiada: „Ja tego dobrze nie rozumiem, bo uważam, że delikatne zdywersyfikowanie kultury polskiej tylko by jej pomogło, spowodowało większą kreatywność, dostarczyło kontaktów międzynarodowych. W swoim czasie Polacy też byli uchodźcami, również w Australii”.

Z prawdziwą przykrością stwierdzam, że wnioski na temat kryzysu uchodźczo-migracyjnego w Polsce, które marszałek Senatu, osoba znana mi osobiście i kulturalna, wyciąga na podstawie doświadczeń australijskich, mieszczą się w kategoriach fantazji. Do nas wszystkich odnosi się przy tym celna uwaga wybitnego pisarza amerykańskiego Erskine’a Caldwella, autora „Poletka Pana Boga”, że „duża wiedza czyni skromnym, mała – zarozumiałym”.

Autor jest profesorem, przez wiele lat był członkiem oraz przewodniczącym Komisji Migracji i Uchodźców Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu

Wydanie: 24/2017

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy