Awantura wokół „św. Zakonu Rycerek i Rycerzy Tęczy”, czyli jak się dobrze przyłączyć

Awantura wokół „św. Zakonu Rycerek i Rycerzy Tęczy”, czyli jak się dobrze przyłączyć

Zdjęcie wstawił na Facebooka Jan Hartman. Widzimy grupę ludzi, większość z nich znają Państwo z licznych publikacji i wystąpień. To polska inteligencja. Wszyscy zostali podpisani, ponieważ zdjęcie dokumentuje powołanie „św. Zakonu Rycerek i Rycerzy Tęczy”, więc chodzi właśnie o to, żeby było wiadomo, kto wstąpił do owego zakonu i kto tęczy broni.

Nie widziałabym tego wpisu, gdyby nie zaczął żyć własnym życiem. Ludzie rozsyłali sobie print screeny esemesami, a na Facebooku zrobiła się „aferka”, od momentu kiedy ów wpis udostępnił poeta z Krakowa Edward Pasewicz, pisząc, że jako osoba homoseksualna czuje się upokorzony przez Jana Hartmana i jego „zakon”. Poeta użył dużych liter, a ton wypowiedzi wyrażał wściekłość, bezradność i żal.

Skąd się wzięły te emocje? Przecież Hartman i spółka nie tylko nie są homofobami, ale jeszcze publicznie, pod własnymi nazwiskami, okazali wsparcie osobom LGBT+. A zakon to przecież nie jednorazowa akcja, tylko instytucja pomyślana na lata, ma ambitniejsze plany niż machanie kolorową flagą. Zapowiada walkę, oddanie, wierność i upór w dążeniu do osiągnięcia (równościowych) celów. Co się więc stało? Stawiam na dwie rzeczy: kwestię języka (nie tylko poeta Pasewicz jest wrażliwy na jego gry) i pewne przesilenie.

W mediach i w sieci pojawiło się mnóstwo powierzchownych wezwań i coś, co można nazwać „podwózką lanserską”. Czyli z jednej strony widać, że część z naszych nie wie, o czym mówi, z drugiej – mniej lub bardziej znani ogłaszają światu swoją wyższość moralną, ale próżność i pycha niestety wyłażą im bokami. Chodzi o tych, którzy, niezależnie od tego, czy do morza wylała się ropa, czy w którymś kraju trwają zamieszki, czy ktoś pognębił misia – zawsze pierwsi ogłaszają światu bestialstwo innych i piszą odpowiednio: stop zanieczyszczaniu wód, Białoruś – jesteśmy z Wami, gnębiciele misiów to świnie (sama też nie wiem, jak to zrobić dobrze: zadeklarować coś i nie wyjść na pyszałkowatą).

Co w tym złego? Czy nie jest to angażowanie się, budowanie wspólnoty, wychodzenie z tak postponowanej przez wszystkich neutralności? Krótko mówiąc – budowniczy społeczeństwa obywatelskiego, nie tego chcieliście?

Otóż te deklaracje w mediach społecznościowych są czymś w rodzaju detonacji ładunku w gabinecie chemicznym, gdzie jest tylko nasza klasa. Po lekcji, po ładnie wykonanym wybuchu, wracamy do swoich zajęć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Czasem ktoś rzuci, że nie wie już, jakie robić nakładki na zdjęcia profilowe: tęczowe czy z białoruską flagą, z zielonym listkiem czy z czerwoną błyskawicą. Taki problem.

Wracając do „zakonu” Hartmana – przykro, że dobre chęci i solidarność ze strony inteligentnych, wrażliwych ludzi na całej linii rozminęły się z realnie potrzebującym wsparcia adresatem. Poeta Pasewicz jest regularnie napadany, a niektóre pobicia można uznać za bardzo ciężkie. Jedno ze zdjęć z ostrego dyżuru umieścił w sieci: zalana krwią twarz, wybite zęby, opuchnięte, nabiegłe krwią oczy. Zresztą wystarczy przeczytać najnowszą (świetną) książkę z wierszami poety „Sztuka bycia niepotrzebnym”. W wierszu „Moja Polska rwie się na kawałki” pisze on: „Odrobiłem faszystowską lekcję, wybił mi zęby / przystojny skądinąd patriota, potem / skopał, byliśmy ładną parą wplątaną w milczenie (…). / Nic politycznego nie czai się w półmroku”. W awanturze wokół „św. Zakonu Rycerek i Rycerzy Tęczy” poszło o słowa, wyjątkowo ważne w walce o własną wolność (i tożsamość osób tzw. niebinarnych, czyli tych poza prostym podziałem na męskie i kobiece). Pasewiczowi wydały się infantylne i żartobliwe. Może poszło o błąkające się uśmiechy Rycerzy na fotografiach. Wiem, że mieli dobre intencje, wiem też, jaki ton narzucają media społecznościowe, ale staram się zrozumieć także wrażliwość ludzi, którzy na co dzień są opluwani, bici, nazywani „ideologią”. A coming outu nie robi się raz. Za każdym razem, kiedy osoba homoseksualna kogoś poznaje, robi kolejny coming out. I nigdy nie wie, jakiej reakcji może się spodziewać. Przynajmniej w Polsce, w każdym razie w Polsce, niestety.

Historia z „zakonem” jest przykra z jednego jeszcze powodu. Najgorsze, co mogłoby się stać, to nasze wycofanie wsparcia dla osób LGBT+ i osób niebinarnych – z lęku przed urażeniem kogoś naszą niezgrabnością, przed pomyłką, publicznym linczem na Facebooku. Jak więc się przyłączyć?

Po pierwsze, najłatwiej zapytać osobę niebinarną (w tym miejscu nie rozmawiamy już tylko o gejach i lesbijkach, PiS bezmyślnie wrzuciło wszystko do jednego worka), jak ją nazywać, w jaki sposób do niej mówić, żeby czuła się bezpiecznie i zgodnie z własnym poczuciem tożsamości płciowej. Każda z tych osób chętnie odpowie. Wbrew pozorom to nie jest pytanie z tych, których nie wolno zadawać, bo przekraczają barierę intymności.

Po drugie, warto mówić od siebie: bez spektakularnych zawołań powielonych w sieci, pustawych, nieosobistych, przechodzących błyskawiczną inflację. Niektóre szumne deklaracje dowartościowują tylko nas, pokazują jako Rycerzy Zakonu i tyle. Ci, którzy potrzebują wsparcia, mają stale jątrzącą się ranę – natychmiast wyczują fałsz, ostentację i lans.

Po trzecie, spróbujmy wykonać pewną pracę. Przeczytać trochę wierszy, powieści, dokumentów, filmów z obszaru LGBT+. Będzie nam łatwiej zrozumieć ich wrażliwość i skalę strachu, bólu, samotności. Ale też pamiętać: to nie są obcy, to nie androidy, tylko nasze ziomki. Czasem mam wrażenie, że to popkultura (Netflix, HBO) wykonuje najwięcej pracy, jeśli chodzi o prostą integrację każdego rodzaju inności.

Świetną robotę wykonało OKO.press, prosząc trzy osoby niebinarne o zdefiniowanie podstawowych pojęć, rozróżnień dotyczących tożsamości płciowej czy po prostu stosownych zaimków. Powstał słowniczek, który mogą Państwo przeczytać w sieci. Pożyteczny, choć skomplikowany. Nomenklatura albo – więcej – wiedza na temat osób LGBT+ i niebinarnych wydaje się czymś na pograniczu socjologii, psychologii, genetyki i językoznawstwa. I nie dość, że jest złożona, to także dynamiczna. Kiedy Susan Sontag, najsłynniejsza celebrytka nowoczesnej humanistyki, rozpoznała siebie jako osobę homoseksualną, również stworzyła czy „przepisała” z kultury taki słownik. Poszukiwaniom związanym z własną seksualnością towarzyszyły poszukiwania nowego języka. A nowy język jest potrzebny nam wszystkim.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy