Bandyta na muralu

Bandyta na muralu

Duch Ludwika Danielaka straszy w Bełchatowie

Postać Ludwika Danielaka, „Lotnego”, „Bojara”, „Szatana”, dzieli mieszkańców Bełchatowa. Na fali kultu „żołnierzy wyklętych” dołączył on do panteonu bohaterów. Apologeci Danielaka piszą o nim jako o „żołnierzu antybolszewickiego powstania w regionie” i twierdzą, że przeciwnicy ukazują „zniekształcony obraz watażki”, który „nijak się ma do rzeczywistości przedstawianej przez żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń”. Oczywiście tylko niektórych świadków. Ofiary Danielaka zostają zmarginalizowane albo oczernione. – Mordował tylko aktywnych komunistów. Nie mogło być tak, że kogoś zabito bez wyroku. To się zdarzało tylko w akcji. Tak np. było z dyrektorem Glapińskim – dyrektorem Bełchatowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego. Glapiński zaczął uciekać. Skoro zaczął uciekać, ludzie „Lotnego” uznali, że jest winny, i zastrzelili go – twierdzi Józef Wodziński, autor pierwszej biografii Ludwika Danielaka.

Napady i zabójstwa

Na poświęconym Danielakowi muralu w Bełchatowie znajdują się wizerunki Stefana Roweckiego – „Grota” i Stanisława Sojczyńskiego – „Warszyca”. Rowecki był komendantem Związku Walki Zbrojnej, a potem dowódcą Armii Krajowej, Sojczyński – szefem Kedywu w Radomsku, a następnie organizatorem i dowódcą Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP), antykomunistycznego ruchu oporu działającego z jednej strony w opozycji wobec Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, z drugiej także wobec Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Na muralu umieszczono także wizerunki lokalnych bohaterów: Zygmunta Kulika i Jana Szelągowskiego. To żołnierze Armii Krajowej. Szelągowski był dowódcą rejonu i pracownikiem Zakładów Elektrycznych, Kulik – fotografem. Zostali zamordowani przez Niemców 7 marca 1942 r. Razem z nimi rozstrzelano dwóch innych żołnierzy AK – Jana Tyszkego i Tadeusza Kowalczyka. Cała czwórka spoczęła w jednym grobie. Pomnik zbudowała im, o ironio, władza, z którą walczył Ludwik Danielak.

Nie wiadomo, dlaczego spośród czwórki lokalnych bohaterów na mural trafiło tylko dwóch. Trudno nie odnieść wrażenia, że znaleźli się tam tylko po to, żeby wizerunek Danielaka miał dobre towarzystwo, ponieważ powojenny partyzant z wojenną konspiracją nie miał nic wspólnego.

W 1939 r. Ludwik Danielak miał 16 lat. W czasie okupacji pracował najpierw w rodzinnym gospodarstwie, później w gospodarstwie niemieckim. Po wyzwoleniu został powołany do ludowego Wojska Polskiego i trafił do 4. Pułku Artylerii w Tomaszowie Mazowieckim. Po czterech dniach zdezerterował. Przez kilka miesięcy ukrywał się w domu, po czym nawiązał kontakt z Kazimierzem Grzybowskim „Zapalnikiem”, który współpracował z Konspiracyjnym Wojskiem Polskim. Oddziały KWP mordowały członków PPR, dokonały egzekucji żołnierzy Armii Czerwonej pod Grabami i brutalnego zabójstwa 19-letniego gońca UB, Stanisława Kałuży, w Kruszynach. W związku z tym były stopniowo rozpracowywane i likwidowane przez siły Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, aresztowano 27 czerwca 1946 r. w Częstochowie i razem z podkomendnymi postawiono przed sądem. W pokazowym procesie oskarżono ich zarówno o rzeczywiście dokonane zabójstwa, jak i o zbrodnie popełnione przez inne organizacje. Ośmiu oskarżonych, w tym „Warszyc”, zostało skazanych na karę śmierci i straconych 19 lutego 1947 r. w Łodzi, trzy dni przed ogłoszeniem amnestii.

W tym czasie oddział Grzybowskiego i Danielaka siał postrach w okolicy. Dokonał napadów na spółdzielnię i kasjera gminy w Bogdanowie, spółdzielnie w Woli Krzysztoporskiej i w Dobrzelowie, cukiernię w Bełchatowie. Dziś takie akcje nazywa się rekwizycjami, jednak w latach 40. mało kto odróżniał napady rabunkowe od kradzieży motywowanych chęcią wsparcia oddziałów leśnych.

Latem i jesienią 1946 r. Danielak zorganizował zamachy na Antoniego Grzesiaka, Apoloniusza Lisa, Wacława Fraja i Jana Wonera. Grzesiak i Lis byli funkcjonariuszami UB. Pierwszego oskarżano o zabicie sołtysa w Woźnikach, drugiego o zabicie partyzanta. Woner był liderem miejscowych struktur Stronnictwa Ludowego, a Fraj działaczem SL. W czasie wojny należeli do Batalionów Chłopskich. Zostali aresztowani przez Niemców i wywiezieni do obozów – Woner do Auschwitz, Fraj do Gross-Rosen. Z obozów wrócili, ale dopadli ich ludzie Danielaka. Śmierci uniknął napadnięty sołtys Oleśnicy.

Kup nasze książki o „wyklętych”

1 kwietnia 1947 r. Danielak i Grzybowski ujawnili się przed komisją amnestyjną w Piotrkowie. Danielak przyznał się do popełnienia czterech zabójstw. Oświadczył, że dokonali ich na rozkaz Jana Rogólki „Grota”. Jest to mało prawdopodobne, ale uznano to za wykonanie wyroków sądu podziemnego.

Po straceniu „Warszyca” nowym, samozwańczym dowódcą Konspiracyjnego Wojska Polskiego został Jan Małolepszy „Murat”, a część ujawnionych, w tym Grzybowski i Danielak, postanowiła wrócić do lasu. Danielak obawiał się ponoć zemsty za zabójstwa ludowców i funkcjonariuszy bezpieki.

Nie wykonali poleceń, więc zginęli

Po powrocie do konspiracji, 19 października 1947 r. oddział Danielaka dokonał napadu na spacerującego z przyjaciółką po Bełchatowie żołnierza KBW Władysława Garncarka. Motywem była chęć kradzieży broni, ponieważ jednak Garncarek stawiał opór, został zastrzelony. Później okazało się, że był on bratem leśnego z oddziału Grzybowskiego. Tydzień później zamordowano kolejnego żołnierza, Tadeusza Woźniaka. Milena Bykowska, autorka wydanej w 2014 r. biografii Danielaka, na wszystko ma wyjaśnienie. Według niej Garncarek zginął w wyniku „nieoczekiwanego rozwoju sytuacji”, a Woźniak był współpracownikiem gestapo i UB. Na czym miała polegać ta współpraca, autorka nie wyjaśnia.

Oddział Danielaka dokonywał wielu rekwizycji, a mówiąc po prostu – rabunków. 27 listopada 1947 r. w Bujnach Szlacheckich „za pokwitowaniem” od sekretarza gminy „pobrał” 14 tys. zł, natomiast ze spółdzielni – 9 tys. zł w gotówce i 37 tys. zł w towarze. Potem, jak wynika z opowieści mieszkańców, leśni poszli do sklepów w Bujnach i Grabostowie, brali z półek, co chcieli, rozstawiali szklanki, lali wódkę i zmuszali wszystkich do picia. 4 lutego 1948 r. wrócili i ciężko pobili wójta, Henryka Kopkę, który nie należał do partii.

29 listopada 1947 r. partyzanci podjęli próbę napadu na wóz pocztowy, jednak w ich ręce wpadli pracownicy Bełchatowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego, jadący autobusem na uroczystość wręczenia sztandaru oddziałowi związku zawodowego. Wśród nich znajdował się dyrektor Leonard Glapiński. Był międzywojennym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, podczas wojny trafił jednak w szeregi Gwardii Ludowej, za co został aresztowany i osadzony w Gross-Rosen. Po powrocie do kraju wstąpił do PPR i został mianowany dyrektorem zakładu. Partyzanci kazali mu się rozebrać, a gdy rzucił się do ucieczki, zastrzelili go. Według niektórych relacji Glapiński został przed śmiercią pobity.

Śmierć Garncarka, Woźniaka i dyrektora Glapińskiego odbiła się echem w okolicy. Dokonane przez ludzi Danielaka morderstwa potępił przemawiający na pogrzebach Franciszek Cybulski, sekretarz Gminnej Rady Narodowej w Bełchatowie. Cybulski nie był komunistą, lecz ludowcem. Mimo to został zamordowany. 9 grudnia 1947 r. został schwytany razem z kasjerem Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Bogdanowie Janem Pawłowskim, „podejrzanym o współpracę z UB” (cytat z książki Bykowskiej) Ludwikiem Michalskim oraz łódzkim funkcjonariuszem milicji Stanisławem Larczyńskim. Danielak ogłosił wówczas „wyrok w imieniu Polski podziemnej” na Cybulskiego i Michalskiego, milicjantowi jedynie odebrano broń, kasjera puszczono wolno. Michalski przeżył, ponieważ – jak pisze Milena Bykowska – błagał o życie. Cybulski natomiast miał powiedzieć: „Jak macie mnie bić, to lepiej od razu zastrzelcie”. Dziś możemy się dowiedzieć, że Franciszek Cybulski dostał wyrok, ponieważ miał być obecny przy aresztowaniu brata Danielaka, który został zabity na przesłuchaniu w powiatowym urzędzie bezpieczeństwa publicznego. Brakuje jednak przekonujących dowodów na to, że istotnie powiatowy urzędnik z Bełchatowa był w Stradzewie, wiosce, gdzie mieszkali Danielakowie.

Syn Franciszka Cybulskiego nie ma wątpliwości, że zabicie ojca było zemstą za zorganizowanie pogrzebu Glapińskiego i Garncarka. „Danielak miał jakiegoś kapusia w wydziale finansowym Starostwa Piotrkowskiego. Ojciec wiózł ze sobą ponad 30 tys. zł”, powiedział w 2013 r. Wiktor Cybulski portalowi Antyportal.org.

Do końca 1947 r. oddział Danielaka zdążył jeszcze dokonać dwóch zabójstw funkcjonariuszy ORMO: Stefana Sobocińskiego i Ignacego Włodarczyka, a także obrabować spółdzielnię w Klukach.

Dalsze zbrodnie

W 1948 r. oddział Danielaka uległ radykalizacji. Jego ofiary ginęły w coraz bardziej dramatycznych okolicznościach, często zupełnie przez przypadek. Leśni podporządkowali się nowemu dowódcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego Janowi Małolepszemu „Muratowi”. Jego osoba budzi kontrowersje nawet wśród byłych partyzantów. Dowodzone przez niego KWP coraz bardziej przypominało organizację terrorystyczną. Kto chciał zrezygnować z walki, tracił życie. W oddziale Danielaka zabito dwóch partyzantów: Stefana Okruszka i Jana Tylążka. Pierwszy zginął, ponieważ chciał odejść. Natomiast Tylążek zawinił tym, że ostrzegł przed niebezpieczeństwem dwie osoby, do których zastrzelenia został wyznaczony przez Danielaka, i ocalił im w ten sposób życie. Po jego śmierci z oddziału uciekli dwaj inni partyzanci.

16 lutego 1948 r. oddział Danielaka zamordował Ryszarda Stępnia, Teofila Semerata i Teofila Burysza. Złapano ich w drodze z rozprawy sądowej, na której zeznawali przeciw dwóm jego byłym podkomendnym. Zostali uprowadzeni do lasu, poddani torturom i zabici. Bykowska opisuje to następująco: „Mieszkaniec Kucowa, z którego pochodzili rozstrzelani cywile, wielokrotnie ostrzegał »Bojara« (Danielaka – przyp. red.) przed gospodarzami o czeskiej narodowości. Byli zwolennikami komunistycznej władzy, zaś dwóch spośród wspomnianych było Czechami”. Kilka dni później zostali zamordowani dwaj strażnicy leśni dokonujący oględzin w sprawie kradzieży drewna. 23 lipca 1948 r. zginął gajowy Stanisław Maszewski, który przypadkiem natknął się na ludzi Danielaka budujących w lesie bunkier. Inne ofiary Danielaka to: referent PUBP Aleksander Fiodorow, chorąży Stanisław Smolarek oraz trzej rolnicy i członkowie ORMO: Michał Kilińczyk, jego brat Zygmunt i Stanisław Papuga (Michała Kilińczyka powieszono, jego brata i Stanisława Papugę rozstrzelano). W wyniku ostrzału furmanki ciężko ranna została żona oficera wojska Franciszka Czyżewskiego.

9 listopada 1948 r. aresztowano dowódcę KWP Jana Małolepszego. Podczas śledztwa wydał on wielu swoich podkomendnych. Skazany na karę śmierci zmarł w celi 9 marca 1949 r. od obrażeń zadanych na torturach.

Oddział Ludwika Danielaka rozbito 8 lipca 1949 r. Jego samego aresztowano dopiero 3 marca 1954 r. W trakcie śledztwa „przyznał się” pod wpływem tortur do piątego zabójstwa dokonanego przed amnestią. Został skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 5 sierpnia 1955 r. w Łodzi. Miejsce jego pochówku pozostaje nieznane. Kazimierz Grzybowski nie został złapany. Ujawnił się w 1959 r., zmarł w roku 2003.

Kult Danielaka

Pierwszą osobą, która spopularyzowała postać Ludwika Danielaka, czyniąc z niego Robin Hooda lat 40., był bez wątpienia autor jego biografii z 2007 r. Józef Wodziński. Ponieważ pochodzi z Białej Podlaskiej, nie jest rdzennym mieszkańcem Bełchatowa, mógł zachować dystans do historii i obiektywizm. Nie zrobił tego. Opisał Danielaka jako uczestnika walki narodu z komunizmem, uwieńczonej powstaniem Solidarności i przemianami 1989 r. Wodziński nie kryje, że odrzuca wszelkie zastrzeżenia wobec „żołnierza antybolszewickiego powstania w regionie”, które część społeczeństwa wyraziła, po tym jak zaczął go upamiętniać.

Kolejne opracowania również pomijają lub usprawiedliwiają – tak jak biografia wydana w 2014 r. przez Milenę Bykowską – przestępstwa popełnione przez leśnych. Okradanie gminnych kas oszczędnościowych i spółdzielni zrównuje się z walką z hitlerowskim okupantem albo bagatelizuje. „Bywało tak, że zabrano 20 kilo cukru, a wpisywano (na pokwitowaniu) 30, żeby sklepowa mogła wziąć i rozdać te 10 kilo”, pisze Józef Wodziński.

Postać Danielaka świetnie wpisała się w tworzenie mitologii antykomunistycznego podziemia promowane w latach 90. przez prawicę i Instytut Pamięci Narodowej. Sposób przedstawiania dziejów przez funkcjonariuszy IPN służy tworzeniu mitu. Fakty są naciągane, historia koloryzowana i przeinaczana. Z „żołnierzami wyklętymi” zrównuje się bohaterów Armii Krajowej. A czasem wręcz ich marginalizuje. W Bełchatowie mają zapewnić Danielakowi dobre towarzystwo.

W podobny sposób „zbadano” i „odkłamano” wiele postaci. A z drugiej strony oczerniono wiele ofiar partyzantów. Na podstawie źródeł wytworzonych przez powojenne zbrojne podziemie bezkrytycznie zrobiono z nich konfidentów i zdrajców narodu, nie próbując konfrontować tych informacji z wersją żyjących jeszcze w latach 90. świadków ani z innymi źródłami. Ponieważ pomówieni od dawna nie żyją, nie mogą się bronić, a wiele lat po wydarzeniach łatwo jest całą historię spłycić i funkcjonariuszy bezpieki czy jej rzeczywistych współpracowników wrzucić do jednego worka z cywilami, których winą były przynależność polityczna, pełnienie funkcji publicznych lub znalezienie się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.

Postacie takie jak Ludwik Danielak, ale także inni, podobni mu „żołnierze wyklęci”, operujący na ziemi radomszczańskiej, Mazowszu czy zachodzie Polski, są też łatwiejsze do przeforsowania niż Romuald Rajs „Bury”, Józef Zadzierski „Wołyniak”, czy Józef Kuraś „Ogień”. Skala ich działalności była mniejsza, zamordowali znacznie mniej cywilów, a przede wszystkim nie popełniali zbrodni o charakterze masowym lub etnicznym. Z tego powodu konflikt pamięci ogranicza się do regionu i nie wpływa tak bardzo na debatę o polityce historycznej jak czyny oprawców polskich Białorusinów, Ukraińców czy Żydów ocalałych z Holokaustu.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 9/2020

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy