Historia i Polacy: zapis uzależnienia

Historia i Polacy: zapis uzależnienia

Mniej polityki, która dzieli, więcej o życiu codziennym, kulturze, społeczeństwie

Kiedy zaproszono mnie do wypowiedzenia się w sprawie historii „tu i teraz”, znów uświadomiłem sobie, ile to już razy po 1989 r. historycy toczyli takie dysputy z kolegami po fachu, politykami i dziennikarzami. I jak niewiele z tych dyskusji wynikało. Padały strzeliste słowa, buzowały emocje, a coraz większa część zawodowych historyków przekonywała się, że slogan-tytuł: „Warto rozmawiać” nie jest bynajmniej zaproszeniem do rzeczowej debaty, ale coraz częściej rozpoczyna typową pyskówkę. Nie wątpię jednak, że tym razem tak nie będzie.

Zgadzam się z opiniami, że Polacy są chorzy na historię. A przede wszystkim na swoją historię najnowszą. Po części wynika to z tradycji: naród historyczny, pozbawiony przez ponad 100 lat państwowości, odwoływał się do swojej przeszłości jako ważniejszej niż w przypadku innych narodów tworzących państwa części kapitału kulturowego. Ten historyczny przechył trwał po 1918 r. Po 1945 r. przybrał on inną postać. Zakaz upowszechniania innej niż „jedynie słuszna” ideologii stopniowo się dewaluował. Od lat 70. XX w. postępował proces gloryfikacji II Rzeczypospolitej. Ówczesne gorące dyskusje o Piłsudskim, Dmowskim, przewrocie majowym, partiach – wszystko to w istocie rzeczy było erzacem prawdziwej polityki, którą zajmować się nie było można – chyba że jako narażony na represje opozycjonista. A na to nie wszyscy mieli ochotę.

Niewygodne tematy

Jakie są obecnie główne osie sporu o historię i tematy niewygodne? Odpowiedź na to pytanie ograniczę do historii najnowszej. Po 1989 r. dostęp do archiwaliów pozostałych po strukturach władzy i instytucjach peerelowskich już w latach 90. zaowocował ogromem prac poświęconych szeroko pojętej polityce, i to rozumianej jako pole konfrontacji różnych grup rządzących i rządzonych. Ponieważ zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami archiwalnymi badacze mogli uzyskać dostęp do akt wytworzonych ponad 30 lat wcześniej (czyli w przypadku cezury 1989 – do roku 1959), to główne prace opowiadające o PRL koncentrowały się przede wszystkim na stalinizmie i jego opresjach. Sądzę, że właśnie te publikacje zawłaszczyły sposób postrzegania PRL jako całości.

Najważniejszym efektem tego procesu była (i jest) skłonność do postrzegania polskiego społeczeństwa jako jednoznacznie opierającego się władzy, w swojej masie antykomunistycznego i katolickiego. Ten mit znalazł kulminację w tradycji solidarnościowej. Tymczasem realne zachowania społeczne były dużo bardziej zróżnicowane, uwzględniały konieczność negocjowania ze strukturami państwa ważnych kwestii codzienności w imię własnego interesu.

Przykłady? Proszę bardzo. Wiem (bo to badałem), że aby dostać mieszkanie, Polacy przed 1989 r. stosowali (na skalę masową) różne, nielegalne i półlegalne, strategie, łącznie z łapówkami czy poświadczaniem nieprawdy w dokumentach urzędowych. Ci, którzy chcieli robić karierę zawodową, często z wyrachowania zapisywali się do partii. Jak ocenić praktykę polegającą na tym, że niektórzy pracownicy zbliżający się do tzw. wieku poprodukcyjnego nagle zaczynali – za zgodą dyrekcji zatrudniających ich zakładów – zarabiać „krocie”, aby jak najbardziej wywindować sobie emeryturę?

Już słyszę te głosy oburzenia, że takie praktyki to przecież oszukiwanie obcego nam (narodowi) państwa i trudno je kwalifikować jako moralnie naganne. Czyżby? Czy można to interpretować jako chwalebną „obrotność” naszych rodaków, która miała odegrać zbawienną rolę w okresie transformacji systemowej? Mam co do tego poważne wątpliwości: chyba nie o taką „obrotność” chodziło.

Kłamstwa o historii: PRL, Berling Cyrankiewicz i żołnierze wyklęci

Sądzę, że Polacy w PRL myśleli i zachowywali się przede wszystkim zgodnie z własnym indywidualnym interesem – co nie oznacza, że w „godzinie próby” nie potrafili się zachowywać godnie, wręcz bohatersko. Ale te heroiczne wątki historii najnowszej już obrosły tysiącami opracowań. Te mniej martyrologiczne – są bardziej „drażliwe” i dlatego rzadziej stają się przedmiotem refleksji. A pamiętajmy, że nawet na początku lat 80. w uznawanych za rzetelne badaniach z serii „Polacy” za najważniejszą bolączkę respondenci uznawali nie brak demokracji, ale… brak mieszkań, a najkrótsza historia Polski była sarkastycznie streszczana w trzech słowach: „mięsa nie ma”.

Zawodowo nie zajmuję się historią Polski przed 1918 r., dlatego na temat okresów wcześniejszych wypowiadam się ostrożnie. Uznaję za istotne, że ostatnio wzrasta liczba ważnych prac próbujących oprzeć wizję historii Polski nie tylko na prawicowym, ale również na lewicowym systemie wartości. W pracach Adama Leszczyńskiego (zwłaszcza „Ludowa historia Polski”), Kamila Janickiego („Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa”), Michała Rauszera („Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich”) i kilku innych badaczy dworkowa, szlachecko-ziemiańska przeszłość jest konfrontowana z zatęchłymi, krytymi słomą, często kurnymi chatami – nędznym schronieniem większości tych, których dość arbitralnie nazywano Polakami.

Jak więc należy mówić i uczyć o historii? Po pierwsze – nowocześnie w sensie formalnym. Co ważne, to już się dzieje. Muzeum Żydów Polskich, Muzeum Historii II Wojny Światowej, Muzeum Powstania Warszawskiego – wszystkie one (odkładając chwilowo na bok charakter merytoryczny przekazu i polityczne zawirowania wokół ich dyrekcji) to placówki multimedialne, pozostające w awangardzie podobnych przedsięwzięć w Europie. I to dobrze, chodzi bowiem m.in. o to, aby nie stracić więzi tradycji z pokoleniami „urodzonymi ze smartfonem”.

Po drugie, co do treści przekazu: mniej polityki, która dzieli, więcej o życiu codziennym, kulturze, społeczeństwie; więcej treści nastawionych na zrozumienie uwikłań zwykłych ludzi. W odniesieniu do PRL więcej o tym, jak można było osiągnąć to, co podstawowe do „normalnego” funkcjonowania (i co to znaczyło) w warunkach „anormalnej” rzeczywistości; jak ludzie stosowali i zmieniali reguły systemowe, po to by osiągnąć prywatne cele, i jak na to reagowała władza.

Mity i patriotyzm

Poza tym polska historiografia musi się zanurzyć w komparatystyce. To jest ważne z wielu przyczyn, w tym tej jednej najważniejszej: może pokazać nasze miejsce w Europie i w regionie i być lekiem na narodową megalomanię.

Jak przeciwstawić się wykorzystaniu historii przez rządzących (bo że tak jest – to oczywistość)? Trudne zadanie, bo rzecz rozbija się o to, kto rządzi i jak tę władzę wykorzystuje do „bełtania w narodowej kadzi”. Być może zwolennicy innej niż aktualnie obowiązująca wersji historii, oraz jej unowocześnienia, powinni spróbować się zintegrować, wyjść poza obecne schematy. Stworzyć fundację (instytut) imienia np. Mieczysława Niedziałkowskiego. Wykazać jeszcze większą aktywność w internecie. Czemu nie? Pozostaje problem – za co?

Nie ma innej metody (a przynajmniej ja jej nie widzę) na odkłamywanie historii, w tym mitologii „żołnierzy wyklętych”, niż debata, publikowanie i upowszechnianie opracowań, wspomnień, relacji, które pokazują np., przed jakimi dylematami stali „wyklęci” i jak próbowali je rozwikłać. Trzeba pisać zarówno o zabójstwach (Żydów, Ukraińców) będących ich dziełem, krwawym załatwianiu osobistych porachunków, jak i o rozterkach psychologicznych tak ciekawie pokazanych przez Mariusza Mazura w pracy „Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy 1945-1956”. Osobiście sądzę, że tworzenie mitu „wyklętych” tułających się w pojedynkę lub w małych grupach, które próbowały przetrwać jeszcze w latach 60., jest promowaniem postaw mających niewiele wspólnego z nowoczesnym patriotyzmem.

Dużo bardziej odpowiada mi postawa Tadeusza Manteuffla, który Aleksandrowi Gieysztorowi, namawianemu przez Jana Rzepeckiego ze Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość do kontynuowania oporu wobec władzy miał powiedzieć: „Idź do Rzepeckiego i powiedz mu, że teraz nie będziemy robić żadnej partyzantki, tylko uniwersytet”. Rzepeckiego wkrótce na jakiś czas aresztowano, ale dużej części jego podwładnych (i w końcu jemu samemu) udało się wejść na miejscami wyboistą, zwłaszcza na początku, drogę legalnej działalności w powojennej Polsce.

IPN i jego zagadki

W kształtowaniu obrazu historii najnowszej szczególnie donośnie brzmi głos Instytutu Pamięci Narodowej i jego historyków. Do tego urzędu, molocha z wszystkimi cechami takiej instytucji, mam stosunek krytyczny, ale zniuansowany.

Z jednej strony, IPN ma na koncie organizację wielu dużych krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych, na co nie było stać placówek uniwersyteckich czy PAN. Pracuje w nim wielu młodych ludzi, którzy zawdzięczają mu, że nie są bezrobotnymi humanistami. I duża część z nich to rzetelni badacze. Z drugiej jednak strony, praca tam oznacza konieczność realizacji planów badawczych (i bieżących poleceń, czasami dość kontrowersyjnych), które muszą się mieścić w aktualnej polityce historycznej. W tych warunkach wybicie się na niezależność jest dość trudne, a samodzielne myślenie i działanie – coraz rzadsze, czasami pryncypialnie odrzucane i karane (ostatni przykład: Sławomir Poleszak).

Efektem tych uwarunkowań jest produkcja – bo trudno to inaczej nazwać – dziesiątek opracowań kolejnych powiatowych, miejskich czy wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa publicznego. Prace te nie odznaczają się specjalnym wyrachowaniem metodologicznym. Wykorzystanie przez pracowników instytutu akt, których nikt wcześniej nie widział (co jest w Archiwum IPN dość łatwe), to najważniejsza przesłanka do zdobycia stopnia doktora, a nawet doktora habilitowanego. Ważne jest również uzyskanie „wiedzy tajemnej” o uwikłaniu we współpracę z policją polityczną ludzi znanych. To może zapewnić miejsce w medialnym (dziś hardprawicowym) mainstreamie. IPN podwyższa sobie naukowy prestiż, zatrudniając osoby o znanych nazwiskach (dla nich to dodatkowy etat) i wydając książki (edytorsko – na wysokim poziomie) również tych autorów, którzy w instytucie nie pracują (niektórzy pracowali), ale często grają w zawodowej historiograficznej ekstraklasie.

Bez względu na spory ideowo-polityczne i organizacyjno-instytucjonalne nie ulega dla mnie wątpliwości, że polskim historykom brakuje pogłębionej refleksji nad okresem po 1989 r. A przecież była to druga co do doniosłości rewolucja, która dokonała się w Polsce (po tej „prześnionej” z okresu tużpowojennego). Z czego to wynika? Przede wszystkim z dość złożonej sytuacji w zakresie dostępu do źródeł. Z jednej strony, jest ich dużo: wolna prasa, źródła elektroniczne, rozbudowane raporty ośrodków badania opinii publicznej, żyjący (jeszcze) ludzie, którzy wiele pamiętają. Ale z drugiej, dostęp do akt podstawowych instytucji III RP i archiwów partyjnych zarówno szczebla centralnego, jak i lokalnego jest ograniczony. Wystarczy dokonać rekonesansu w zbiorach Archiwum Akt Nowych, aby się przekonać, że tego, co tam jest z okresu po 1989 r., nie da się porównać z obfitością źródeł dla PRL.

Poza tym traktowanie historii jako oręża bieżącej walki politycznej, tak jak to robi Putin, w wersji soft istnieje też w III RP. Zajmowanie się historią tego okresu grozi uwikłaniem w bieżące spory polityczne, które ze standardami naukowości mają mało wspólnego. W przypadku badań społeczno-gospodarczych aspektów przekształceń własnościowych historyk może naruszyć nie zawsze jasną sieć powiązań władzy i biznesu, co wywoła trudne do przewidzenia konsekwencje.

Inicjatorzy tej debaty zwrócili się do jej uczestników również z pytaniem, czy należy pozostawić historię tylko historykom. Nie należy, a poza tym nie da się. Nie wyobrażam sobie, aby historią zajmowali się jedynie ludzie z potwierdzonymi odpowiednimi „uprawnieniami”. Wszak mamy liczne towarzystwa miłośników historii, mamy działających poza ich strukturami entuzjastów. Mamy wreszcie polityków, którzy uznają, że fakt uczestnictwa w różnych wydarzeniach politycznych przed, w trakcie i po tzw. transformacji systemowej uprawnia ich do głoszenia jedynej „prawdy historycznej”. Niech te swoje prawdy głoszą, nawet wtedy, kiedy świadomie lub nieświadomie kłamią. Wszak współczesna historiografia wykorzystuje relacje z żyjącymi do ustalenia nie tylko, „jak było naprawdę”, ale i tego, jak ludzie pamiętają to, co było.

W ocenach historyków i ich prac staram się kibicować przede wszystkim tym, którzy podejmują nowe tematy i robią to w sposób metodologicznie nowatorski. Często są to młodzi ludzie, którzy nie kończyli studiów historycznych albo obok historii studiowali inne kierunki. Wolę przeczytać napisaną przez takiego autora (w tym wypadku autorkę) nową, transdziedzinową, erudycyjną monografię dotyczącą tępienia szczurów jako praktyki kulturowej w powojennej Polsce niż kolejną „klasyczną” monografię walki społeczeństwa z komunistycznym państwem na terenie przysłowiowej Wólki Okrąglik. Choć z drugiej strony – to w III RP wydano monografię historyczną, której wpływ na teraźniejszość był kolosalny. I nie była to książka metodologicznie wyrafinowana, a dotyczyła niewielkiej miejscowości na Podlasiu. Napisał ją rasowy socjolog – Jan Tomasz Gross.


Prof. Dariusz Jarosz specjalizuje się w historii najnowszej Polski, jest pracownikiem Instytutu Historii PAN


Fot. East News

Wydanie: 2/2022

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy