W czyim interesie?

W czyim interesie?

Gdy Napoleon przyjechał do Warszawy, jego minister Talleyrand poinstruował go, jak ma przemówić do Polaków, żeby się podobać i zjednać ich sobie: potępiać Rosję i przypominać zwycięstwo Jana Sobieskiego pod Wiedniem. Zadziałało jak trzeba. Barack Obama też został dobrze przygotowany. Był cud nad Wisłą gospodarczy i pierwszeństwo w obaleniu komunizmu („iskra zmian w Europie przyszła z Polski”). Rosji też się dostało. Polacy są zrobieni z plasteliny i za pomocą pochlebstw można z nich ulepić, co się chce, gdy się jest Amerykaninem. W Waszyngtonie dobrze o tym wiedzą i swoją grę na polskiej próżności posuwają do cynizmu.
Prezydent Obama niemal uroczyście oznajmił, że „dni imperiów i stref wpływów minęły”. Właśnie widzieliśmy, jak minęły. Ciżba wasali tłoczyła się wokół łaskawego cesarza, nadstawiając plecy do poklepania.
Uroczystość była urządzona na cześć wyborów 1989 r. wygranych przez „Solidarność”. Para prezydentów – ona Warszawy, on Rzeczypospolitej – zgodnie i z wielkim naciskiem twierdziła, że wybory były „częściowo wolne”. Zgadzam się całkowicie, że częściowo. Wystawiono tylko dwie listy, partyjno-rządową i solidarnościową. Władza nie dała społeczeństwu możliwości wyłonienia innych, niezależnych, reprezentacji. Na miejscu solidarnościowych prezydentów nie narzekałbym, że wybory były tylko częściowo wolne, bo gdyby były w pełni wolne, „Solidarność” nie wygrałaby aż tak wysoko i nie ustanowiłaby swojego panowania na tyle lat w każdej dziedzinie życia publicznego.
Prezydent Komorowski stosował swoje w kółko powtarzane „Nie ma wolności bez solidarności” do spraw wewnętrznych i zagranicznych. W ogóle z każdej okazji korzysta, żeby promować „Solidarność”, jeśli nie organizację, to przynajmniej słowo. Przedstawiciel jego gabinetu do najważniejszych korzyści uroczystości z Obamą zaliczył fakt, że dzięki przemówieniu amerykańskiego prezydenta świat się dowiedział, że komunizm upadł najpierw w Polsce. To prawda, że tu upadł najpierw, a upadał już od 1956 r., ale świat o tym dobrze wiedział, bo był na bieżąco informowany. Obrazy, jakie widzieli Amerykanie w 1981 r., głębiej im zapadły w pamięć niż słowa takiego czy innego prezydenta. To dziwne, że powiadamianie o polskim pierwszeństwie solidaruchy uważają za pierwszorzędne zadanie państwa, które obsiedli. I jeśli im się uda tę wiadomość gdzieś ogłosić, to zaliczają to do sukcesów narodu. Upadek muru berlińskiego – powtarzają i powtarzają – nastąpił potem, dlaczego świat o tym nie wie! Ależ wie, pisałem na tym miejscu kilka razy, że nie chodzi o pierwszeństwo, lecz o to, że obiektywnie biorąc, zjednoczenie Niemiec, czego upadek muru jest symbolem, było ważniejsze niż zmiana ustroju w Polsce i objęcie władzy przez „Solidarność”, zdaje się, że na zawsze.
Czy polityka zagraniczna polskich rządów jest narodowa, czy solidarnościowa? W stosunku do Zachodu jest narodowa i z góry, bez liczenia głosów można stwierdzić, że ma poparcie przytłaczającej większości Polaków. Ekscesy serwilizmu w stosunku do Stanów Zjednoczonych odbierane są może z niesmakiem, ale niesmak to kategoria psychologiczna, nie polityczna.
Kult Ameryki jest w Polsce tradycyjny i łączy wszystkie partie. Zrodził się już w XVIII w.; nową republikę za Atlantykiem podziwiali zwolennicy Konstytucji 3 maja i targowiczanie, np. Seweryn Rzewuski, który amerykańską republikańską wolność przeciwstawiał „despotyzmowi” wprowadzonemu (rzekomo) przez konstytucję majową. Polacy współcześni nie wyobrażają sobie niepodległości bez protekcji amerykańskiej. Jakub Berman w rozmowie z Teresą Torańską („Oni”) trafnie powiedział, że Polska musi komuś podlegać: jak nie Związkowi Radzieckiemu, to Ameryce. Tak chce naród i niewiele tu można skorygować.
Rządy solidarnościowe nie byłyby sobą, gdyby polityki wschodniej nie spowiły w swoją politykę historyczną i w swój misjonizm z posłania do narodów Europy Wschodniej. Czy postępowanie tych rządów wobec Rosji i Ukrainy jest polityką? Można mieć wątpliwości, gdy się je opisze normalną prozą, uwolni od nowomowy, niezdefiniowanych słów, wieloznacznych metafor. Jeśli to jest polityka, to z pewnością robiona nie w narodowym interesie. Nie można jej nawet przedyskutować publicznie. Wytyczono wiele czerwonych linii, których przekroczyć nie wolno choćby tylko stawianiem pytań. Co przemawia za tym, że Rosja nam zagraża? Na czym opiera się nadzieja, że Ukraina będzie nas chronić? Skoro z takim zaangażowaniem wchodzi się głęboko w spór ukraińsko-rosyjski, dlaczego nie daje się opinii publicznej wyjaśnienia, kiedy i jakim prawem rosyjski Krym znalazł się w granicach Ukrainy? Dlaczego Rosja musiała płacić Ukrainie miliardy za stacjonowanie swojej floty w Sewastopolu, skoro nawet Chruszczow nie dał tego miasta Ukrainie? Odpowiedz, rządzie, tak lub inaczej, ale odpowiedz, zamiast ogłuszać ludzi nachalną propagandą i uciszać pytających rysowaniem czerwonych linii. Podejrzewamy, że wasza wschodnia polityka ma na celu utwierdzanie się obozu solidarnościowego w swojej tożsamości z pominięciem wzglądu na dobro narodu.
Im więcej słyszę o bezpieczeństwie, tym bardziej się boję. Gdy wydarzenia na Ukrainie wymkną się spod kontroli i wybuchnie wojna, żadne ciężkie brygady nie uchronią Polski od losu pobojowiska, jakim była w obu ostatnich wojnach. A przecież dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa wystarczyłoby siedzieć cicho.

Zbiór felietonów prof. Bronisława Łagowskiego, prezentujących odmienne od przeważających poglądy na stosunki polsko-rosyjskie: kup teraz.

Wydanie: 24/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy